Sunday, June 12, 2011

fleetfoksiki w uszach (niedlugo sie spotkamy, la la la! - w miescie know how co prawda, a nie w lizbonie), ostatnia praca w dziejach na iberystyke napisana (i niech tak zostanie. nienawidze tego niepozornego budyneczku z calego serca), lizbonskie lampki choinkowe zakupione mi przez drieska w continente szczerza sie z regalu na ochocie, a ja sie dusze, niestety. nie wiem, co mam robic, dokad isc ani co planowac. zabraklo mi pomyslow. chodze spac przed jedenasta bo nie za bardz moge zniesc to wszystko dookola, wiec przynajmniej sobie spie. to ide. pa.

Sunday, June 5, 2011

podwójne życie

no, nie będzie łzawych podsumowań. chciałabym tylko powiedzieć, że jednak się popłakałam w lizbonie. kiedy żegnałam się z alessandrą. która się ze mną pakowała, i z którą zrobiłyśmy razem ostatni - ojeju! jak to okropnie brzmi - lanczyk, i jak zawsze wzruszył mnie jej wkład w gotowanie, bowiem przysmażyła szałwię nadając smak tortellini z pingo doce - tęsknię za pingo doce! - i zjadłyśmy to wszystko na dachu, na jej kocu w deseń zebry. alessandra dostała się na magisterskie studia do delft, i tam będziemy się widywać (oby). (jeśli będziemy mieszkać w londynie, a dries ciągle w gencie, będzie wsiadał do tego pociągu, który jeździ tunelem pod kanałem la manche, i będziemy razem tańczyć forro). więc potem alessandra zabrała 13 kilogramów bagażu podręcznego (kiedy ja targałam 25 podstawowego) i podążyłyśmy na cais do sodre, skąd był autobus. i kiedy już ulokowałam barbarę na siedzeniu obok mnie i zakupiłam bilecik na lotnisko, i miałam się żegnać z moją najmilszą współlokatorką ever, dopiero wtedy się rozpłakałam, chociaż cały ten rok to było wręcz niebieskie merci, pudełko tylko pysznych czekoladek, i powinnam płakać na każdym rogu (tak jak robiła to nausicaa). no i ciągle płaczę kiedy myślę o tym pożegnaniu z alessandrą, więc uważam, żeby nie zacząć o tym myśleć na przykład w empiku lub tramwaju numer 9.

a potem jechałam sobie mijając mój ulubiony główny plac miejski, najfajniejszy podejrzewam w europie, mój stary dom, moją szkółeczkę, siedzibę stowarzyszenia obywateli makao, i wszystko, wszystko było och wspaniałe, ale podobno lepiej jest wyjeżdżać, kiedy wszystko jest na szczycie cudowności, żeby nie pamiętać ewentualnego spadku formy.

a więc, powiedzmy, te dwa semestry były odległe os siebie o świetlne lata, pierwszy to było nurkowanie w przyjemnościach, spanie do 13 po imprezie każdej nocy, tysiące nowych znajomych i w ogóle, a drugi to nie powiem, zbieranie śmietaneczki. sprawdzeni przyjaciele i dobre jedzenie (ciągle mam na języku dorsza w śmietanie i potracza z winnicy), wybrane fiesty i forro do rana cztery razy w tygodniu, spódnice w leoparda i podróże, trąbki i pochody na ulicach, najlepiej, najlepiej. tak naprawdę niewiele zmieniło się od 15 marca, kiedy chciałam napisać notencję, ale jakieś zdarzenia przerwały mi jej tworzenie, ale pozwólcie, że ją zamieszczę, bo na serio oddaje to, jak było do końca:

w ogóle dziś myślałam jak to szalenie fajnie jest mieszkać w lizbonie (znowu). poszłam na obiad (znowu), bo ciągle ostatnio ucztujemy, tym razem na samej górze lizbony, w ślicznym domku niemców, gdzie przy balkonie rośnie palma gigant. wyszłam wcześniej, bo szłam na forró, i w deszczu pomknęłam na tramwaj (po portugalsku electrico, czy to nie jest najsłuszniejsza nazwa tramwaju na świecie?), i jechaliśmy w deszczu tym ślicznym żółtym tramwajem (tym które zawsze są na zdjęciach z anną marią jopek, bo oni kupili sobie tu dom), zabytkowym, prawie ocierając się o ściany kafelkowych kamienic, i było pięknie. a potem tańczyliśmy przez dwie godziny.
i nie o to chodzi, że tu jest łatwe życie, bo wiadomo, że erasmusowska egzystencja to nie jest najbardziej problematyczny żywot. Ale... (i tu zapewne zawołali mnie na jedzenie, i nie dokończyłam).

bardzo mi przykro, że nie mogłam zostać dłużej, ale obiecałam sobie, że zjem jeszcze tysiąc dorszy, właśnie w lizbonce, a teraz czas ustąpić innym niespodziankom (i zetrzeć z horyzontu buźki z iberystyki, bo tego się nie da więcej znieść).

to takie dziwne z drugiej strony, wróciłam i wpadłam w polski kompot, z niedzielnego musta w postaci imprezy brazolskiej w steps spokojnie przeszłam do wstawania o świcie i wściekłości w tramwajach (które jeżdżą po linii prostej i nie da się wystawić głowy za okno. co za beznadzieja).

to tyle. było cudownie. dziękuję za uwagę i do zobaczenia w obliczu następnych przygód, które może uregulują trochę mój żywot, ale mam nadzieję, że nie zbliżą go do tego, od czego uciekam od lat. trzymajcie kciuki (a dopo in italia, ściskajmy kciuki).


ps. kiedyś, na plaży jabłkowej, koło sintry, piknikowaliśmy, jak zwykle z włochami, więc jak zwykle z polotem, i jedliśmy kanapki z kozim serem i gruszką. pycha.
ps. dzień przed wylotem zaliczyłam pierwsze pływanko w oceanie, w carcavelos. delicja.
ps. jednym z haseł, którego ktoś poszukiwał kiedy wszedł na bloggiego jest śniadanie z kangurami.

Wednesday, June 1, 2011

koniec bajki

siedzę właśnie wysychając po kąpieli (lekko się zadyszałam starając się spakować między innymi nowe srebrne espadryle, barbarę, ozdobny łańcuch z festas populares, i tak dalej), i muszę przyznać, że dzisiejszy samolot do warszawy weźmie mnie na pokład (musi! już oddałam moją poduszkę). wczoraj było pięknie. poszliśmy na butlę ginjy, i w doborowym towarzystwie do sekretnego na chińczyka na kolację. pani chinka przeraziła się teatralnie, bo tam trzeba robić rezerwację (jest jak widać bardzo sekretny), ale w końcu, na moje jękliwe zapewnienia że musimy, dała nam mały pokoik, gdzie siedzieliśmy prawie dwupiętrowo, ja wygłosiłam mowę, a wszyscy jedli, pili, i było wspaniale. potem imprezy, łzy (nie moje), schowane bary ma mourarii, dziwni przyjaciele alessandry którzy dodali dziegciu do naszej sielanki (umówmy się, jest granica między nieśmiałością i socjopatią, i oni tę granicę przekroczyli). tom wyleciał rankiem do berlina, gdzie zostanie smakując wspomnienia kilka dni, a potem przybędzie do grody warsa. a potem zobaczymy. łzawe podsumowania wkrótce!!!

Monday, May 30, 2011

niedziela, lenistwo i dźwięki

wracać trzeba będzie, wracać!

nie wiem, dlaczego, ale wszystko wydaje się prawdziwsze w taksówce do domu dzielonej z tomkiem wróblem i finą, z tańców, do różowego domu na santos. no bo była ostatnia niedzielna fiesta, kolejna niedzielna kłótnia, i w ogóle. mam jeszcze dwa i pół dnia, całe dwa i pół dnia, i zamierzam je w pełni wykorzystać!

byliśmy na fado wieczorem. na podwórkowym fado z grillowanymi sardynkami (specjał festas populares), i było słodko.

Friday, May 27, 2011

piątek, gorąco!


recepcji powiedziano nam, że termy w vila de geres są płatne i wyglądają jak kryty basen (kryty basen to ja mam na ochocie!), a w ogóle najlepiej powrócić na łono głównych dróg jadąc przez hiszpanię.

no i pojechaliśmy, i pięc kilometrów za granicą, wciąż czując się portugalsko (w galicji mówią w galego, który pisownią nie bardzo się różni od portugalskiego), wskoczyliśmy do gorącego basenu z wodą wprost z wnętrza ziemi. obok płynie rzeczka, rio caldo, gdzie można na zmianę się chłodzić i grzać, i są żaby niestety. byliśmy tylko my i hiszpańscy staruszkowie (bardzo mili). podobno tamte źródła dobrze robią na kości, no mam nadzieję!


wracając do portugalskich miast, natknęliśmy się na to: czy ktoś chce zgadnąć co to jest?
otóż są to minispichlerzyki! da się je znaleźć chyba tylko w tym parku narodowym peneda geres, i zbudowano je, żeby kukurydza nie gniła (kiedy jeszcze była nowością i nie za bardzo wiedzieli, jak się za nią zabrać). teraz sobie stoją (tutaj w wiosce soajo), i są jedynie ozdobą. fajne nie?

ale to nie wszystko z przygód! (te dni były długie, tomeccino odważny, a portugalia mała). więc
pływaliśmy w kajaku (do dziś mam zakwasy), tomeczek kazał mi wyrobić się z prądem i wybrać jeden z łuków mostu żeby płynąć, i prawie się roztrzaskaliśmy, ale było pięknie, jedliśmy najgorsze kanapki świata w barze, którego kelnerka wyglądała jak prostytutka, a potem pojechaliśmy do viana do castelo, o którym lonely planet mówi jakby było przynajmniej berlinem, jeśli chodzi o imprezy, i paryżem piękności. na ulicach nie było nikogo, tylko podejrzanie wyglądający długowłosi chudzielcy, którzy chowali się po bramach. kiedy zrobiłam zdjęcie katedrze, jakiś pan zaczął iść gniewnie w moją stronę i bełkotać. na głównym placu nie było nawet gołębi. ale nasza dzielna drużyna odnalazła zagubionych ludzi! wszyscy tłoczyli się we włoskiej knajpce (welcome pizza), gdzie my się oczywiście zakotwiczyliśmy na długo, i pod pomnikiem, śpiewając piosenki, z których jedna zaczynała się eu sou viana (jestem vianą). taa. na kempingu panowie z obsługi byli średnio rozgarnięci i byłam pewna, że zamieszkują tam same wampiry, dlatego tom musiał zażyć kąpieli w damskiej łazience, bo nie mogłam zostać sama nawet na chwilę. rano poszliśmy na plażę, o którejlonely planet mówi, że jest piękna i nieskażona
przemysłem, a całą prawą część zajmuje fabryka, żurawie i takie kamienne nasypy. taa. no to pojechaliśmy do aveiro! ach aveiro! nie ma o czym mówić. lonely planet (czy oni byli pod wpływem jakichś środków?) mówi że to wenecja portugalska. jest tam jeden kanał i pięć łódek. wróciliśmy do domu. było pięknie! ciao ciao!


Thursday, May 26, 2011

czwartek, wino i śpiew


w czwartek, po reglamentowanym serze na śniadanie, ruszyliśmy z bardzo silnym postanowieniem dotarcia do hodowli winorośli i cieszenia się z nich jak najwięcej, skoro tyle nam zepsuły krwi (chciałam użyć tego wyrażenia).

co ty tam tyle robisz, zapytywał tomek za każdym razem, kiedy wchodziłam dokądś zapytać o drogę, i wychodziłam po dziesięciu minutach z nabazgraną mapą i brakiem konkretnych wskazówek. no i się dowiedział. kiedy zapytaliśmy staruszkę w zapomnianej wiosce sabrosa, jak dotrzeć do pinhao, gdzie miało być to cholerne wino, oparła się o okno, włożyła łokcie do środka samochodu, i zaczęła mówić, na rondzie w prawo, potem prosto, zrozumieliście? na rondzie w
prawo... no i tak wiele wiele razy. tom chciał odjechać, dziękując już z dystansu, ale te łokcie go powstrzymywały. dojechaliśmy w końcu, zatrzymując się kilkakrotnie żeby popiać z zachwytu, i dojechaliśmy do jednej winnicy, gdzie pani dała nam mptrójki z nagranym głosem przewodnika, i poleciła iść tam, gdzie wskażą strzałki.

przeszliśmy wśród winnych krzaczków kilometry, na koniec za darmo skosztowaliśmy porto (to jest to), wytrawnego sirocco (ha!) i czegoś jeszcze, tomek wskoczył do douro się ochłodzić, a potem nic już nie stało na przeszkodzie, żeby uderzyć na całkowity kraniec portugalii, do najfajniejszego parku narodowego zdaniem wielu (portugalskiego).

jechaliśmy opłotkami, natrafiając między innymi na zapomnianą przez świat wioskę o wdzięcznej nazwie fafiao, jadąc tamami, dziwnymi mostami i w ogóle niezwykle długo, żeby pojawić się wieczorem w vida de geres. zwabieni zostaliśmy tam właśnie gorącymi źródłami i sielankową ciszą, i znów nas oszukali! ale tego dowiecie się dopiero jutro, bo zareagowaliśmy porządną kolacją, i piwem nad potokiem na fajowskim kempingu wśród skał.

Wednesday, May 25, 2011

środa, angkor wat


hop hop hop! wstaliśmy o świcie żeby wskoczyć do rzeki, ale nic z tych rzeczy! nie zamknęli jeszcze tamy, która podnosi poziom wody, no ale przynajmniej był ładny widok. żeby nie było, że nie korzystamy z możliwości, które oferuje nam natura, wybraliśmy się w głąb głuszy szukać wodospadu o miłej nazwie studnia piekieł. był piękny choć nie oszałamiający piekielnością, i robił na dnie małe jeziorko,w które wskoczył w rosole tomek wróbel, i skąd został wypłoszony przez kolejnych gości po półgodzinie.

no to dość natury, bo niedaleko, na północ, są plantacje winorośli i podobno wręcz wspaniałe widoki. tworzę z moim lonely planet idealny duet, dlatego wyhaczyłam szybciutko kemping niedaleko, w lamego, które lp kusiło jako małe miasteczko, śliczne ah ah. okazało się koszmarnie brzydkie, z blokami jak z polski, i tylko jedna fajna rzecz jest tam niewątpliwie: wygląda trochę jak angkor wat, i jest tak sam
o zaskakujące (tomek był to wie). niestety, wszystkie knajpy zamykają o 8 (w portugalii!), dlatego, spryciarze, skoczyliśmy do pingo doce kupić mrożonki, żeby je odgrzać na kempingu. jechaliśmy i jechaliśmy, mrożone krokiety sojowe chłodziły mi nogi, i kiedy byliśmy już, ciemną nocą, na samej górze pustkowia, okazało się, że kemping splajtował. pan kelner w podejrzanym lokalu podgrzał nam jedzenie (chociaż wcale mu się to nie uśmiechało, nie dał nawet sztućców), i pomknęliśmy do vila real, szukać schronienia. vila real to stolica regionu tras-os-montes, nie sądziłam, że moja noga kiedykolwiek tam postanie, bo jest to najbardziej północna i zacofana część portugalii. kemping oczywiście był zamknięty (kto by chciał tam obozować?), ale schroniska młodzieżowe państwowe muszą istnieć, i tam też spaliśmy, niestety skłóceni. żadnych winnic, żadnych wieczornych hulanek, no nic!


uwaga! fajniejsze zdjęcia robi tomek!

Tuesday, May 24, 2011

wtorek, szlak orlich gniazd

no więc we wtorek (muszę zapisać zaległe przygody!) wyruszyliśmy z hostelu państwowego (gdzie ser śniadaniowy jest kontrolowany, więc można wziąć tylko jedną serową rureczkę) hen hen daleko na szczyty wzgórz portugalskich obejrzeć wioskę z new york timesa, a tak naprawdę to bardzo starą twierdzę, która na samym szczycie góry stoi sobie od wieków, i została - uwaga! - tylko az zdobyta, w dwudziestym wieku już, bo ktoś znalazł sekretne przejście. no! ale po tylu wiekach to wiadomo. piękne, piękne! potem, kilka kilometrów na dół, pożydowska wioska castelo de vide, no po prostu wspaniałość i cacko!

chodzi o to, że większość miasteczek portugalskich ma poobdrapywane ściany i co drugi dom jest opuszczony i nie ma okien. castelo de vide jest zapełnione życiem, o i jest też synagoga i stara żydowska dzielnica (chociaż żydów wypędzili wieki temu). plus konkurs a najładniej ukwieconą ulicę, co sprawia, że mieszkańcy szaleją i jest to wręcz kwietny las.

następnie, stojąc pod schroniskiem dla psów w castelo branco i wertując przewodnik uznaliśmy, że ciekawie byłoby zobaczyć - again uwaga - najbardziej portugalską wioskę portugalii (wg konkursu z 1938 roku). monsanto! no i jeju! nie wiem, skąd ta arcyportugalskość, skoro najfajniejszość bazuje na wielkich granitowych skałach i kamiennych domach na wzgórzu. każda z wiosek na pograniczu ma zamek, co po jakimś czasie przestaje pasjonować, szczególnie że na większości są tysiące latających szczypawek.

spaliśmy w parku narodowym najwyższych gór portugalii kontynentalnej (najwyższy szczyt nie dobiega nawet dwóch kilometrów), nad rzeką i po pizzy, co było fantastyczną odmianą po setce tosztasz, ale jak dużo ich zjemy w obliczu braku innych opcji, no, tego nie mogliśmy wiedzieć (zjedlibyśmy tysiąc pizz).

poniedzialek, portalegre i estremoz

na szalonym obiedzie w portalegranskiej pizzerii wznieslismy toast za nasza milosc w drodze, bo oto jedziemy!tomeccinas po raz pierwszy za kierownica poprawej stronie jezdni, ja jako niezawodny nawigator, mkniemy przez alentejo. na lanczyk zatrzymalismy sie w estremoz, ktorego rua direita byla najaktywniejszym spotem do tamtej pory (rozgadane staruszki i hiperaktywne dzieciaki), wyszukalismy sto kawalow marmuru (bo estremoz to marmurowe miasto), i, lapiac antene 2 z klasyka w tle pomknelismy pod hiszpanska granice, zeby zatrzymac sie w portalegre, cudnym miasteczku, gdzie o polnocy spozylismy jajeczna pizze i wysluchalismy studenckiego fado o polnocy na placyku. a nie w brudnej coimbrze he!

i tak. cudo!

Monday, May 23, 2011

nowy tydzień

wczoraj pewność i siła naszego związku zostały poważnie zachwiane, kiedy zwisałam ze skały na odległej praia da ursa (plaży niedźwiedzicy) w - nie bójmy się tego słowa - histerii. no cóż. pojechaliśmy na cabo de roca, żeby stamtąd powędrować na plażę, która była zabójczo piękna i fajna i och, ale było nam mało,dlatego postanowiliśmy wspiąć się na skałę a stamtąd zacząć przedzierać sięna kolejne plaże, i dotrzeć po piskowych kilometrach na przystanek autobusowy. no, ale nie udało się. oczywiście wdarłam się jakoś na szczyt skały, ale potem, kiedy z powrotem założyłam japonki, zaczęłam szlochać i jęczeć, że nie dam rady, i musimy wracać, z tomem przeżuwającym przekleństwa i potokami łez. plaża była piękna, mimo wszystko, a do cascais pojechaliśmy - na legalu! - za darmo, bo była słoneczna neidziela i pan konduktor był miły.

trzymajcie kciuki, jedziemy na wyprawę!
czasem zapewne trzeba zwinąć się ze smutku i poczekać, co się wydarzy.

Saturday, May 21, 2011

łatwość zachwytu



udaliśmy się wczoraj do wspaniałego muzeum, serio!

nie mam wielkiej edukacji w tym kierunku, ponieważ po falstarcie na asp cierpiałam na antymuzealność, i tak naprawdę dopiero w lizbonie przypomniało mi się, jak fajnie jest sobie chodzić i oglądać. no to poszliśmy wczoraj do museu do oriente, czyli wszystkiego, co wiąże się ze wschodem jakoś połączonym z portugalią. jak zapewne wiecie, portugalia była fantastycznym imperium, które swój koniec miało dopiero niedawno, kiedy oddzierżawili makao, wtedy kiedy hongkong. lata świetności minęły wieki temu, mimo wszystko.

museu do oriente było fantastyczne! fantastyczne! muszę tam wrócić sto razy. przede wszystkim wróciło tłumione pytanie, jak można zajmować się reklamą i zarządzaniem, jeśli świat jest tak niezwykle fantastycznie ciekawy? no, podobało mi się.

w lizbonie przygotowania do wielkich festas populares, czyli świąt dla ludu. pierwsza to ta ku czci św. antoniego, wystawiają już kapliczki i cała alfama (i santos!) obwieszone są kolorowymi
łańcuchami. najlepsza jest moja ulubiona palma (jest w tytule ale przytoczę stan
na dziś):

ekstra. wygląda jak wielkie święto palmy.

a! i podobo ta wieża (też udekorowana) jest starą wieżą arabską, która nie ma drzwi, i nie można się dowiedzieć, co jest w środku. jak widać ma bardzo aktywny dach, za to. profesor matematyki powiedział, że trzeba zapytać jakiegoś rzeźnika, który pozwala wejść po innych schodach, ale obeszłam wszystkie bary i w każdym traktowali nas jak intruzów, a stary barman w jednej taszce na pytanie, jak się dostać na górę, odpowiedział, że helikopterem. i co teraz?


poza tym, jako że jest dziś prawdziwy alfama day, udaliśmy się z włoszkami do jednej tajemnej taszki na obiad z dorsza, żeby nie było, że nie jadłam. więc proszę, dorsz w śmietanie, dorsz z brasza (tak się nazywa), dorsz oliściowiony (to moje tłumaczenie)! zapisuję żeby pamiętać, a wszytskim polecam wersję śmietanową. założyłam moją piękną suknię, i zamówiłam w showroomie (no serio!) srebrne butki. jest to bardzo ciekawy dzień.

Thursday, May 19, 2011

seria niefortunnych zdarzeń

barbara, młoda oliwka:

(siedzę właśnie na balkonie kuchennym z widokiem na dżunglę. ptaki śpiewają jak szalone, jest ciepło i słonecznie, i tak właśnie się zachwycam kolejnym lizbońskim popołudniem - oczywiście. mój portugalski czas zbliża się do jednocyfrowej liczby dni i zaczynam - tak jak kiedyś nole, w granadzie, kiedy wyjeżdżała, żeby zaczęło się coś dziać w jej życiu poza przyjemnościami z kolektywnego życia - odliczać wszystko, co robię ostatni raz, odnajdując nostalgiczne przyjemności nawet w ostatnim lanczu w kantynie uniwersyteckiej!)

guffo, symbol mądrości z mauzoleum właściciela quinta da regaleira, tego dziwacznego domu z ogrodem z podziemnymi korytarzami (tomek jest fanem):


sowa stoi na swoistych powązkach lizbońskich, cmentarzu o nazwie prazeres (przyjemności). jest piękny. na uboczu stoi masońskie mauzoleum diuka z palmeli, wielka piramida. jest tam też dużo kotów. stefania opowiadała że na paryskich cmentarzach są tylko koty czarne. no, a na lizbońskich - jednookie.

zapomniałam wspomnieć że w szale zwiedzania udaliśmy się też na zamek lizboński, który ma piękne klasyczne blanki i w jedną uderzyłam, ponieważ oczywiście trochę spadłam ze schodów, i mam na ramieniu siniaka wielkości i kształtu galaktyki (zdaniem tomassa). coś mi się wydaje że idę dziś na lekcję samby poskakać!

Wednesday, May 18, 2011

no conclusions

czy już zawsze będzie tak duszno, jasna cholera?

deszcz pada co pięć minut, może przynajmniej zmyje z chodników to, co zostaje po kwiatkach dżakarandy, którymi usłane jest wszystko w okolicy (tak marecki, to była dżakaranda, na maderze!*)

kończy się rok akademicki, dziś zarezerwujemy samochód na kolejnego roadtripa, a ja tymczasem wyciągam różową walizkę i rozpoczynam pakowanie. trochę nie wiem, jak zmieszczę wszystkie moje skarby, w tym drzewko oliwne (nawiasem mówiąc barbara rośnie jak szalona!)?

____
* okazuje się, że kolorowe drzewa są też na kontynencie, więc nie wiem po co udałam się na środek oceanu. podobno dżakarandami usłane jest też sydney, gdzie przez lata dawali małe drzewka wszystkim nowonarodzonym australijczykom. fajnie nie?

Tuesday, May 17, 2011

fim de semana

piknik:



na listę elementów wymarzonego domu wchodzą blanki:


Monday, May 16, 2011

to był maj

pada deszcz, ni z tego ni z owego spadł.
świat jest piękny. pomijając różne rzeczy.
długo nie pisałam, bo za dużo rzeczy się zdarzyło. przyjechał tomek. robimy mnóstwo zdjęć i mnóstwo się kłócimy. przywiózł mi majtki które są kwintesencją australijskości i książkę pod tytułem dlaczego koala nie ma ogona, i jednodolarówki z kangurami.

byliśmy w sintrze, w bajkowym zamku (wygooglujcie sobie) i w takim dworku z najfajniejszym ogrodem świata, gdzie są podziemne korytarze i mnóstwo wieżyczek, można zejść na sam dół studni i stamtąd pod ziemią się przedostać na drugi koniec ogrodu. jakiś koleś pomylił mnie ze swoją koleżanką i mnie przestraszył ze na pewno stanęło mi serce (na jakiś czas).
wyprawiliśmy podwójne urodziny i był to cudowny piknik.

skończyłam pracę licencjacką i proszę o inspirację w szukaniu pracy, bo program magisterski dużo kosztuje. ok?

kupiłam wczoraj pod domem drzewko oliwne barbarę, pani dała mi w bonusie bukiecik z dwóch róż i gerbery (!).

grzmi!
pachnie!
życie!
leje!
ozon!

Saturday, May 7, 2011

a w środku różowego domu?

znam alessandrę od dwóch miesięcy, i dzisiaj po raz drugi widziałam, jak gotuje. ha! i jeszcze lepiej, bo gotowała też dla mnie. niestety, musiałyśmy wyeliminować wiele składników, bo są związane z traumami kuchennymi (po raz pierwszy spotkałam osobę, która ma więcej traum kuchennych niż ja), ale było pysznie. spędzam z nią ostatnio dużo czasu, dlatego postanowiłam wam ją przestawić.

otóż alessandra pochodzi z mediolanu i jest bardzo szykowna. nosi się na czarno, szaro i biało i w desenie z dżungli. uwielbia pożyczać mi ubrania (czy to coś znaczy?) a szczególnie wielką spódnicę w której czuję się jak black swan. jest przeuroczą osobą, która dopiero co - jak sama mawia - wyszła ze świata magii, bo jej mama nie umie gotować, ale umiała zrobić tak, żeby alessandra wierzyła, że z kuchni dopiero co wyfrunął piotruś pan (posypywała wszystko złotym proszkiem). przyjadę do mediolanu i zamieszkamy u jej babci.

moją drugą współlokatorkę, jak sądzę, łatwo wygooglać. to najzdolniejsza aktorka luksemburska wschodzącego pokolenia. dostała rolę stewardessy w nowym luksemburskim serialu, dlatego, żeby wkręcić ją w ten świat, zwracam się do niej per verónica, tak jak filmowa aeromoca (po portugalsku stewardessa - aeromoca, czyli aerodziewczyna).

jutro przyjeżdża tomek. nie będziemy już musieli całować kamerek internetowych ani przytulać się do komputerów. trudno mi w to uwierzyć. dobra, idę spać, w ten sposób szybciej się zobaczymy!

ps. uznałam że lizbona to miasto ślepców i zdechłych gołębi, pod warstwą cudowności. ale jest najlepsza.

Friday, May 6, 2011

różowy dom na santos

wątpliwe uroki starej architektury to okna, które otwierają się przy jednym podmuchu wiatru, woda na podłodze w łazience po kąpieli wypływająca z podłogi, brak ciepłej wody, która powinna wypływać z prysznica, i brak windy.

mimo, że niestety nie doświadczyłam gorącego prysznica od jakiegoś czasu, zalet jest miliardy więcej.

Tuesday, May 3, 2011

golden gate-like

pewne rzeczy trzeba przeżyć w odpowiednim czasie. takie na przykład wagary. nigdy nie korzystałam z tej opcji, dopiero na studiach odkryłam, że to wspaniała sprawa! więc dziś wyszłam za późno i wsiadłam przypadkowo w 713, który nie jest moim autobusem, i jechał przez opłotki lapy przez przynajmniej 20 minut. metro nie przyjeżdżało, więc likwidując wyrzuty sumienia w kierunku przemiłej pani od literatury poszłam spacerkiem na principe real (moje radościodajne miejsce), z którego niesety wykurzyła mnie pani włączając kosiarkę spalinową. więc szłam i szłam, aż stanęłam przed hmem, gdzie nabyłam za bezcen spódnicę w deseń białego leoparda.

rzecz w tym, że kiedy wyjdę z domu, mam problemy z powrotem. idę na kawę na rua da bica i wracam po siedmiu godzinach, wychodzę na forro i wracam nad ranem, bo zahaczyliśmy o ginję i minimercado (klub do którego chodzi się tylko w poniedziałki, tylko, powtarzam!).

inaczej, kiedy odbywamy śniadanka na dachu, na który trzeba się wdrapać z okna alessandry. ja lecę na dół do baru po kawę, alessandra przygotowuje tacę (jedyną kuchenną czynność, którą lubi, jest nakrywanie do stołu), wyciągamy koc w deseń zebry (deseń to dzisiejsze słowo dnia) i oglądamy z oddali most 25 de abril, który wręcz każe nam myśleć, że jesteśmy sobie w san francisco, a nie na dachu na santos.

Monday, May 2, 2011

saudades calling

być może zawsze trzeba mieć jakiś deadline, ograniczoność czasu, żeby wyciągać wszystko z każdej chwileczki? żeby idąc na obiad do sekretnego chińczyka zapamiętać dokładnie wszystko, uśmiechniętą chinkę, która mówi po chińsku portugalsku i nie można jej zrozumieć, ale po obiedzie przynosi kawałki pomarańczy, kawę na paryskiej praca das flores, ciastka jedzone na dachu, na który wychodzi się z okna alessandry, no wszystko.

Sunday, May 1, 2011

spisik

moim ulubionym słowem po angielsku jest crockery, po hiszpańsku - albaricoque, po włosku - quindi, a po portugalsku rapazeada. yours?

a zycie smakuuuuje!

piłeś, nie pisz, mówi nowe hasło, ale niestety. następne niestety, nie balowałam dziś aż tak, jak chciałam, ale poproszę, żeby moje życie upływało w rytm tej piosenki, ok?

poza tym, zmieniłam akcent na włoski. w barach, na przystankach, ludzie mówią, no nie wyglądasz na włoszkę, a taki akcent... czyli wszyscy z wydziału iberystyki powinni teraz zacierać ręce, ale pewnie znajdą następny problem.

wracałam dziś do domu z dziewczynami z forro taksówką, która jechała 120 na godzinę po ulicach lizbony, słuchając fado, a potem barbry streisand. i piłam sangrię na bazie z szampana. plus byłam w niebezpiecznej dzielni na imprezie, ach! do tego stopnia, że moim ulubionym zwyczajem pochłonęłam przed chwilą całą resztę makaronu, tak jak lubię.

7 maja mieliśmy szczęśliwie odinstalować skajpa i inne komunikatory transkontynentalne, ale niestety, chyba dopadła nas rzeczywistość. zamiast tego biorę co się trafi, bo uznałam, że jedną z dobrych metod na dobre życie jest bycie brazylijczykiem. tak, wiem, oglądałam dokumenty o biedzie i strzelaninach, przeczytałam epopeję o nordeste, ale jednak, takie jest moje zdanie. tego będę się trzymać, i pozwalam rzeczywistości na dzianie się.

plus, mały apjecik. za dokładnie miesiąc będę leciała do polski, i chcę tańczyć co wieczór (i ranek) do taj mahala, jeść makaron o piątej, i czy to się musi kończyć?

Tuesday, April 26, 2011

batucada revolucionaria


ktoś powiedział, że nie da się dużo osiągnąć, chodząc z imienin na imieniny, i mimo że nie byłam na imieninach w sumie chyba nigdy, tak, potwierdzam. ale do rzeczy. na pewno nikt już tego nie przeczyta, mimo to postaram się opowiedzieć w skrócie przypadki kwietnia, łącznie z delicjami z różnych stron portugalii. zdjęć raczej wiele nie będzie, bo nigdy nikomu się nie podobały, więc trzeba sobie wyobrażać. valeu, jak mówią brazole?

no to pojechałam na maderę. było fajnie, ale bez
rewelacji. po dwóch dniach madeirańska rzeczywistość zastała mnie, kiedy wynosiłam w ramionach walizkę, mknąc na palusz
kach, żeby nie obudzić gospodarza, na wolność, i północ wyspy. nie będę już tak zdesperowana w szukaniu
hostów z couchsurfingu, obiecuję. za to na północy (jakieś 20 km), trafiła mi się wspaniałość. przygarnęła mnie rodzina piekarzy mieszkająca na zboczu, i jadłam świeżo upieczone przysmaki, jeździliśmy po okolicy z dwoma synami, chodziłam po levadas czyli szlakach do łażenia i o mało nie umarłam ze zmęczenia, taki był to wyczeprujący wyjazd. plus siedząc nad basenami z zaschniętej lawy spotkałam ingo, z którym nie wiedzieliśmy, że jedziemy na maderę, i było cudnie. samolot powrotny spóźnił się 11 godzin. ale w sumie na przykład

dwa dni po powrocie wybrałyśmy się w dawno planowaną podróż na południe. w tymczasowo naszym fiacie panda ulokowała się ludovica (w osobie kierowcy), carol (o meu golfinho), stefania z bolonii i ja. było pięknie. piłyśmy piwo sagres w sagres, na końcu świata (przysięgam. wygląda to tak, ten przylądek, jakby świat spadał w wodę),

biwakowałyśmy razem z załogą samochodu nausiki na plaży blisko porto covo, grilując bakłażany nad ogniskiem, prawie porwa
ł nas wiatr n najfajniejszej plaży z super rzeką w carrapateirze, a potem udałyśmy się do interioru, mijając setki białych wiosek (dlaczego portugalczycy do ozdabiania krawędzi domów używają tylko żółtego i niebieskiego?

to niepokojące). dojechałyśmy do nudnego miasta beja, w mertoli wynajęłyśmy pokój, żeby się umyć po praz pierwszy porządnie (choć spałyśmy też wcześniej na czterogwiazdkowym campingu), i tamże poszłyśmy do restauracji biały bocian, żeby dziewczynki mogły skosztować lokalnego specjału, czyli dzika, a ja zjeść typowy zestaw frytki i surówka.


wracając w strugach deszczu zahaczyłyśmy o klasyk wspaniałej wioski z zamkiem, monsaraz, i wskoczyłyśmy do serpy, gdzie z powodu deszczu tylko weszłyśmy do sklepu ogłaszając "szukamy sera z serpy", bo lonely planet mówi, że to prawdziwy klejnot. ser (owczy) spożyłyśmy w parku w mourze, a kawkę wypiłyśmy jeszcze gdzie indziej, bo nigdzie (poza mertolą) nie zjadłyśmy dwóch posiłków, wykorzystując mobilność związaną z fiatem pandą.

wróciłyśmy ze śpiewem na ustach, przemykając przez hiperdługi most vasco da gamy. teraz schodzi mi skóra z pleców, bo na plażach różnorakich spiekłam się odrobinę, ale to nic.

podróże zainspirowały mnie do tego, żeby, jeśli kiedykolwiek będziemy budować domek dla małych wróbli, mieć takiego gołąbka na każdym rogu (jak na maderze)

i taki komin (jak w algarve, jest to pozostałość arabska)


więc jestem w lizbonie. na święta miałyśmy brunch z american pancakes mojej roboty i czekoladowymi jajkami z neispodzianką w rozmiarze xxl. plus szukanie jajek w rozmiarze xs na dachu domu siny, gdzie skombinowaliśmy mały lanczyk wśród miłych znajomych.

przyjażdżają przyjaciele, robimy obiady, ann sophie obcięłam na nawet włosy, stijn, dwumetrowy chłopiec, był ze mną na imprezie forro, na której jednym ruchem ręki zmiatał portugalczyków, bo to są małe ludziki, na serio.

życie toczy się w rytm pranzetti (lanczyki), i muzyki na ulicach (wczoraj rocznica wyzwolenia od salazaryzmu, była batucada na ulicy, po której jeździ tramwaj z windą), a potem kolacja na placu camoesa, na którym czuję się, jakbym była w nowym jorku (nigdy nie byłam w nowym jorku).

no więc średnio postępuje moja edukacja. niedługo mam okrągłe urodziny. jak to możliwe, być tak niepoważnym w wieku, w którym moja babcia miała już dwójkę dzieci i gospodarstwo? a moja mama tytuł lekarza? ja nie mam żadnego tytułu, żadnych dzieci (luckily!), żadnych posiadłości, i mglistą przyszłość. nie wiem, co o tym myśleć, dlatego wybiorę się na brazylijską kolację.

Friday, April 8, 2011

atlantycko

no halo!
nadaje z madery.

jest oczywiscie dziwacznie (jak zawsze) ale plany sa niezwykle!

w funchal sami starzy niemcy i anglicy, troche kwitnacych drzew, i mieszkam u hosta, ktory jst bardzo dziwny. myslalam ze mnie zamorduje w nocy, ale nic takiego sie nie stalo. jest bogaczem chyba.

nie chce zapeszac, ale zaprosila mnie do siebie rodzina piekarzy z polnocy wyspy.

Sunday, April 3, 2011

bonjour lisbonne!


dzwony wygrywają melodyjkę na 1115, bom dia!

(zdjęcie fisheyem zrobiła alessandra)

Saturday, April 2, 2011

white&windy

obejrzałam dziś lizbonę sobotnią około godziny 10, co nie zdarza się często. ale było warto, ponieważ kontynuujemy oswajanie portugalskiej rzeczywistości. david, niemiec z domu na szczycie lizbony, nie lubi latać samolotem, i przyjechał do lizbony samochodem, którym zabiera różne postacie na wycieczki. trafiło tym razem na nas, więc pojechaliśmy szukać dzików w rezerwacie niedaleko mafry, skąd uciekał jan piąty, i ostatecznie schronił się przed napoleonem w brazylii.

ale najpierw pochodziliśmy po lesie, gdzie na czterokilometrowym szlaku trzeba było iść od strzałki do strzałki (było ich osiem, i każda wskazywała coś innego, np sylachetnego kasztana albo odchody dzikich kotów). to nie było trudne, ale oczywiści ezgubiliśmy się, i zamiast do strzałki numer pięć, gdzie najłatwiej spotkać dzika, doszliśmy na górę wzgórz szlakiem rowerowym, i kiedy nikt poza mną i ludoviką nie patrzył, jakiś czarny dziczek przebiegł nam drogę. ha! w ogóle to myślałam, że jedziemy na plażę, więc wzięłam tylko baleriny i japonki, ale jakoś doszłam do celu (bo w końcu się odnaleźliśmy).

z listy must seen możemy odhaczyć pałac w mafrze (nic szczególnego, chociaż obejście go z zewnątrz zajmuje około godziny), i tę oto piękną miejscowość na klifie, gdzie spotkaliśmy trzy osoby i około piętnaście psów, wszystkie bardzo towarzyskie. na samym końcu wsi znaleźliśmy bar, gdzie czarownie (według włoszek) pachniało ośmiornicą. chciały trochę kupić (włoszki ośmiornicy), ale niestety, barman gotował tylko dla siebie i dla znajomych, więc wypiliśmy po piwie cristal i pomknęliśmy do domu.

soundtrackiem może być natomiast sara tavares, która śpiewa po portugalsku kabowerdiańsku, i jest bardzo wesoła.


apdejcik. pomimo mych rozlicznych kryzysów, powiedzmy sobie wprost, erasmus to bajka. czasem kwaśna, ale bajka.

a poza tym cieszę się, bo wróciłam do domu i czekała na mnie miseczka curry, które rozmyślnie zrobiłam wczoraj na dwa dni, i siedzę sobie w pustym domu, w moim białym pokoju, a przede mną ciiiiiisza.

Friday, April 1, 2011

alegria em leiria


moi drodzy. nie jest to może najlepsze zdjęcie (jak wszystkie poza tymi, których nie robiłam ja), ale chodzi o walory edukacyjne. bowiem udałyśmy się z alice w jej podróż urodzinową do leirii, a stamtąd do batalhii, ale o tym później. chodzi o to, że nad kawką natknęłyśmy się na przechodzącą orkiestrę, i ten oto pan na czele pochodzu gra proszę was na souzafonie! według polskiej wikipedii to suzafon, ale chodzi o to, że wynalazł go półportugalczyk o popularnym nszwisku souza, stąd souzafon. oczywiście w ramach akcji jesteśmy najlepsi usłyszałam tę opowieść w kantynie uniwersyteckiej już kilka razy, że portugalczycy nawet wynajdują instrumenty (i jest to największy instrument dęty, a nie jakiś fagot).

w leirii życie toczy się spokojnie, zamek góruje nad miasteczkiem, a kelnerzy narzekają na wiatr. plus nikt tam nie przyjeżdża, dlatego jest na serio niezwykle tanio. no ale, dwie godzinki t było wystraczające, żeby wszystko obejrzeć, i pomknęłyśmy w stronę batalhii, gdzie jest niezwykle piękny klasztor. niestety, wioska wokół klasztoru jest strasznie brzydka, dlatego niewiele czasu można tam spędzić, no ale cóż. pokazuję wam prześwietlone zdjęcie, a co.

w środku była hipnotyczna pani, która sprzedała nam nielegalnie tańsze bilety (nie prosiłyśmy), a także grobowiec henryka żeglarza, i kilku innych możnych (stań na palcach, mówi lonely planet, i zobaczysz, że nadal trzymają się za ręce... its true!!! to słodkie!). plus dziedzińce, kaplice bez dachu (budowa ciągnęła się za długo, i dali sobie spokój), piałam z zachwytu i w ogóle. alice też była zadowolona, choć nie tak wybuchowo jak ja. to tyle.

ps. tytuł się rymuje, bo po portugalsku końcówki przeciągamy, jeśli jest tam i, czyli będzie: alegrija em leirija! czy to nie super?! ;) czy mogę układać samby?

Sunday, March 27, 2011

please dont watch me dancing

lubię takie soboty. po odrobieniu pańszczyzny w postaci przyswojenia wiedzy lub dokończenia rozdzialiku o przemocy w brazylii można wyjść sobie z domu, i trafić (nie przypadkiem!) na paradę instrumentów, które prowadzą chętnych od taszki do taszki (tasca - mały portugalski bar). tym sposobem nieco się upiłam już o godzinie 18, ale warto było. udzieliłam też mini wywiadu do jakiegoś dokumentu.

a potem, w mym przemyślanym outficiku wybyłam ze współlokatorkami na balet, który odbywał się na oriente, daleeeeko za oceanarium, więc spóźniłyśmy się tak jak 10% widowni. było pięknie.

a potem, już głęboką nocą, spotkałam natalkę, koleżankę madziola, i poszłyśmy w klasyczne tany, tak więc dziś średnio funkcjonuję, ale się nie daję! poszłam do muzeum sztuki starej wybrać obiekt do opisu? poszłam! (bo w niedziele jest za darmo i praktycznie po sąsiedzku). zrobiłam zakupy na zdrowe odżywianie? zrobiłam! (omdlewając po drodze) idę na fado? idę!

(mam okropne przeczucie, że cofam się w mym rozwoju intelektualnym, nic nie osiągnę, nie znam tureckiego, a hiszpański znają wszyscy, a tomeccino przestanie mnie kochać).

Friday, March 25, 2011

Não há festa como esta

witam was z mej książęcej kanapy. korzystam, bo nikogo nie ma w domu, i tak sobie spędzam najmilsze chwile, samotnie, w słonecznym pięknym bielutkim i tak dalej apartamencie.

moją lekką obawę budzi fakt, że żeby nie musieć uszczknąć z mych oszczędności na czarne godziny (plus na wyjazd do panamy na przyszłe święta, od grudnia mam tę myśl z tyłu głowy), muszę wydawać liczbę euro w ilościach jednocyfrowych każdego dnia, a najlepiej w ilości zero. niestety. dziś na przykład (mam nadzieję!) idziemy do teatru, na portugalską kompanię taneczną, która będzie nam przedstawiać romea i julię. tom się zachwyca, bo po tygodniach - miesiącach - nieustannych fiest, obijania się i w ogóle, idę do teatru. mam już nawet outficik.

w domu wspaniale. zdjęcia będą kiedy mi się zechce i kiedy się posprząta. wspomnę tylko że dziś kontemplowałam widok z łazienki na korony drzew na dziedzińcu (na który nie wiem jak wejść). plus poszłam na górę, i wylądowałam na lapie, tych fajowych słodziutkich ulicach, gdzie kafelki mają inne wzory niż na marqueszu (gdzie mieszkałam dotychczas).

na marqueszu byłam na to wczoraj, na imprezie dla całego domu, w którym niby już nie mieszkam, ale i tak mnie zaprosili (hehe). był to najbardzie typowy erasmusowski wieczór, więc trzymałam się starych znajomych i przyjaciół, żeby choćby nie wiem co nie wdać się w gadki typu oczywiście skąd jesteś i ile masz lat. łyknęłam za to caipirinhii i skomponowałam małą sambę dla carol z brazylii, niestety nie spotkała się z uznaniem. tekst to carol e o meu golfinho (carol jest moim delfinkiem). to była mocna caipirinha z najtańszej brazylijskiej kaszasy! (która tu w pt kosztuje 8 euro, ripoff!)

apdejcik: w związku z moją planowaną eskapadą w nieznane, proszę, proszę, trzymajcie kciuki, żebym wylądowała wśród tropikalnych gąszczy w takich okolicznościach jakie planuję, ok?
poza tym, wykupili bilety na balet. idziemy jutro. a dziś zupełnie mi się już nie chce niiiiic robić, ale szykuje się fiesta na miradouro. czyli wracamy do starych nawyków.

Tuesday, March 22, 2011

macacos

coś ohydnego jest przy wejściu, powiedziała sofia, moja nowa wpółlokatorka. przy naszych pięknych fioletowych drzwiach, wprost przy pięknych widokach na rzekę, przy różowych starych budowlach! i to był niestety mój sos pomidorowy, który roztrzaskał się w mojej torebce, zalewając całość, plus wszyscy myśleli, że grzebię się we flakach, kiedy starałam się wygrzebać okulary.

no nic.

i się przeprowadziłam. mieszkam w pięknym pałacu, bielutkim apartamencie, z szaloną włoszką i artystyczną mieszanką krwi portugalskiej i luksemburskiej. było mi dziwnie pierwszej nocy, ponieważ spalona słońcem drżałam podczas każdego bicia dzwonów (co 15 minut), a potem wstałam na drżących nogach w sam raz na midtermowy test z historii sztuki. ale teraz jest wspaniale. mieszkanie w innej dzielnicy zmusza do poszukiwania nowych smaczków, ukrytych zaułków i fajowych widoków (jak lanserki bar ze szkła, gdzie popijałam kawę patrząc na portowe magazyny i most fan francisco ponad tym). a w niedzielę byliśmy na jabłkowej plaży, plus wracałyśmy z alice autostopem, bo autobus zniknął.

Friday, March 18, 2011

ginja za przeprowadzke!

nie pisałam, ponieważ czekałam, by poziom chujowatości się obniżył. wygląda na to, że tak właśnie się dzieje, więc mogę powrócić do radosnego dokumentowania rzeczywistości.

a więc, moi państwo, wyprowadzam się. mieszkanie jest pięęęęęęękne, pięęęęęęęęękne, m
a dwie mieszkaneczki, no i mnie, a w kuchni (co mnie najbardziej ujęło), stoi, jak powiedziała alessandra, croque monsieur, czyli toster. kuchnia ma balkon z widokiem na gąszcz, salon ma balkon z widokiem na most golden gate, czyli 25 abril.

i opowiem wam o naszej wycieczce na północ. udałyśmy się z madziolem do porto, jej tymczasowej ojczyzny (szczegółowy dom znajduje się na centralnym wzgórzu, i ma
fantastycznych mieszkańców), a stamtąd do bragi. w tym mieście wszystko jest stare. nawet przypadkowa kawiarnia miała szklaną podłogę, żeby były widoczne ruiny jakichś wiekowych fundamentów, a na opakowaniach z cukrem były ciekawostki o okolicy.


większość partimonio cultural stanowią wymyślne kościoły, stare budowle, i megastare budowle, wszystko pachnie historią i czuć, że jest się na końcu świata.



spędziłyśmy tam trzy godzinki, w tym ostatnią popijając kawę w - oczywiście wiekowej - kawiarni brasileira (dla odmiany na cukrze było napisane, najlepsza kawa od zawsze w brasileira!).

Tuesday, March 15, 2011

baia de todos os santos

dzisiejszy dzień to zdecydowanie za dużo, ale ustalmy fakty.

otóż obudziłam się od łupania śmieciarzy, metro nie jeździło (nie ogarniam strajków w tym kraju), w tostach nie było pomidorów, a w domu było jak ostatnio. właśnie, ponieważ okazało się, że jest beznadziejnie, i moja taktyka uciekaj co sił zadziałała. więc zaczęłam szukać mieszkania, no i chyba znalazłam. za pół godzinki czeka mnie batalia o zwrot kaucji i mogę się wyprowadzić. nie wiem jeszcze, które mieszkanie wybiorę, ale zapewne na santos, trochę z boku, ale niedaleko moich ulubionych dzielnic, przy tagu. w górę idzie się po schodach, które są jak w neapolu. kiedy mi się naprawi aparat, to może też się dowiecie. w każdym razie spoko. wczoraj, kiedy spotkałam mojego koleżkę, rozpłakałam się na ulicy. więc nie jest jakoś najfajniej, ale ale.

zaczynają się midtermy, jutro pierwszy z tłumaczenia, co za gigantyczna nuda!

dlatego chciałabym zakończyć fragmentem smsa beloved tomeccina wróbla, na który zawsze natykam się, kiedy mi smutno: (zachowuję oryginalną pisownię): to dla czebe moya kohana.

patrzymy, widzimy.

Monday, March 14, 2011

czas uciekać

co jakiś czas nachodzi mnie potrzeba zebrania najważniejszych tobołeczków, i zniknięcia. dotychczas z powodzeniem ją realizowałam. byłam kłębkiem nieszczęścia w irlandii, więc zabrałam stare hiszpańskie gazety, i wróciłam do polski w ramiona edukacji. edukacja mnie rozszarpywała, więc pojechałam pomagać dzieciom w fawelach, z faweli zniknęłam do domu, cały poprzedni rok czekałam na wielki getaway w lizbonie, i nawet uczyłam się bardzo dobrze, bo nie chciałam skończyć w bradze (o bradze i północy portugalii w następnym odcinku). nie wspominając o szybkich ucieczkach ze słabych sytuacji, imprez, relacji, znikania na całego.

teraz jestem tutaj, i być może jest to postępująca chujowość w naszym dotychczas idealnym domku, ale moje tobołki ustawiają się w kolejce do uciekania. rzecz w tym, że nie ma gdzie. po pierwsze uwielbiam lizbonę i jest mi tu bardzo dobrze, szukam mieszkania i zaraz się znajdzie (kciuki!!!!), ale sprawa jest bardziej poważna: nie mam gdzie wracać. nie wiem, gdzie mam dom, i nikt tego nie rozumie.

Wednesday, March 9, 2011

recently



oto manta ray, czyli cudny przedstawiciel gatunku największych płaszczek świata.

byłyśmy dziś na oriente, w parque das nacoes, który zbudowano w całości na expo w 1998 roku i od tego czasu służy w różnorakich celach (bliżej mi
nie znanych), i jest tam największe
oceanarium w europie. było super. w sumie jest tam jedna wielka głębia i milion innych akwariów. przy tej głębi można siedzieć, i podziwiać, oglądając spody wielkich tuńczyków, ryb-księżycy, i buźki rekinów (bardzo miłe).

były też ryby lantern-eye, które błyskają w ciemnościach oczami z prawdziwą elektrycznością, smoki morskie i porośnięte liśćmi koniki (też morskie). jednym słowem - wspaniałości.


ale karnawał, karnawał!
nie pojechałyśmy do torres vedras, ponieważ nam się nie chciało. zamiast tego giovanna oznajmiła, że karnawał jest w lizbonie, a następnie się rozchorowała (dlatego w pochodzie tańczyłam obłożona lekami dla niej). zaczęło się na najfajniejszym placu świata (lub jednym z)


a potem był pochód. portugalczycy wyróżniają się słodyczą przebrań:


... brak im jednak chęci do tańca, dlatego przerwałyśmy z madziolem łańcuch tłumu, i dołączyłyśmy do wesołego greka, który podrygiwał w przebraniu z prześcieradła.

wieczorami za to musimy nadrabiać braki ruchu, i chodzimy tańczyć. madziol zaliczył moją ulubioną wtorkową konieczność, niestety, to ja wirowałam w mej nowej układance, a magda sączyła amendoę amargę (słodziuteńki likier w migdałów), ale mówiła, że jej się podobało. no bo jak inaczej?

Tuesday, March 8, 2011

czy uśmiechnąłeś się dziś swoim najlepszym uśmiechem?


rozpoczynamy karnawałowym pytaniem z muru, który biegnie wzdłuż torów w kierunku południowym.

Monday, March 7, 2011

multi kulti

madziol zajął się dokumentowaniem mojego życia lizbońskiego, i wspólnie nadrabiamy zaległości w zwiedzaniu. na dobry początek notatki ze ściany kuchennej, która pozwala na familiarne akcenty przy śniadaniu.

jako że każdy kolejny dzień to tysiące zdjęć, najpóźniej dzisiaj wieczorem nadejdzie rozwinięcie ten notencji. także, stay tuned.

Saturday, March 5, 2011

początek karnawału

czy za dziesięć lat będę w takim stopniu inna jak dziesięć lat temu? mam nadzieję. świat rozciąga się przede mną (jak guma balonowa), a fleet foxes będą grali w poznaniu.

przyjechał madziol z porto i prosto z dworca (ukrytego wśród filarów z mozaikami o dzikich zwierzętach) pojechałyśmy na polski obiad z widokiem na tag, a potem na karnawałową batucadę, gdzie, indeed, tańczono w ozdobach ze sztucznych bananów i piór na głowie.

czy będziemy mieli ogród w jakimś miejscu na świecie i dziecko o imieniu drzewo*?





_____
*ulubione polskie słowo tomka wróbla

Thursday, March 3, 2011

w bambusowym chruśniaku

przedzieram się przez chaszcze bambusa dwa razy dziennie, bo zmieniłam drogę do szkoły za sprawą belgów. teraz można mnie spotkać przed 10 każdego z czterech naukowych dni, nad parkowym źródełkiem, z półzamkniętymi oczami.

zbliża się karnawał, chciałabym przynajmniej na jednej z imprez wystąpić w przebraniu pandy. w sobotę muszę iść na pchli targ więc (działa od szesnastego wieku), i kupić przynajmniej kilka poduszek albo coś. czy ktoś ma pomysł, jak zmienić się w pandę? mogłabym urwać trochę bambusa z parku!

jeszcze sześć osób, i ilość moich portugalskich przyjaciół przekroczy liczbę jednocyfrową. bardzo to ekscytujące. zaprzyjaźnianie się z portugalczykami idzie mi jak po grudzie, co na to poradzę? jadam za to z tabunami włochów, i tańczę z brazolami. (już widzę, jak wszyscy, którzy to czytają i cieszą się estymą tabunów portugalczyków, zacierają rączki. to nie do końca tak, ale niech się cieszą).

wiosenne miesiące zapowiadają się bajecznie. bajecznie.

Tuesday, March 1, 2011

wakeup calls

dziś rano wyjechała luana. zadzwoniłam do niej o siódmej, żeby się upewnić, że nie śpi, i pożegnałam się po raz czwarty (pożegnanie drugie nastąpiło wczoraj na naleśnikach, czyli aperitivo do kolacji w sekretnym chińczyku). dziwnie. odwiedziłam też mercado da ribeira, taki duży targ ze świeżym wszystkim, ale niestety nie uświadczyłam nigdzie bananowej marakui, o której wspominał rozmarzony surfer thomas.

wszyscy odjeżdżają. również papagaio, niemka, z którą miałam dziś piknik w horta communitaria, czyli ogrodzie w środku gracy, na samej górze lizbony, który należy do tego, komu chce się go uprawiać. jadłyśmy rukolę wprost z krzaków, popatrując na widoki. papagaio (nazwał ją tak toppletini wróbel) uwielbia gawędzić, więc przesiedziałyśmy gadając trzy godziny ze słońcem świecącym w twarz, więc mam prawo wnioskować, że znów będę megaczerwona. no nic. wczoraj w nocy siedzieliśmy z jorenem składając papugę z origami (po portugalsku papagaio). niemiecka papagaio była zachwycona. czy to trzyma się kupy?;)

Sunday, February 27, 2011

pociąg widmo

mój zamierzony weekend w izolacji mniej więcej wychodzi. wczoraj bowiem nadawałam szlify mej pracy licencjackiej, co oczywiście nie wzbudza niczyjego szacunku (bo na razie nie będę rozwijać mojego wykształcenia, muszę poważnie odpocząć), a potem wydałam kameralną kolację, z pożyczonego woku. następnie była impreza pożegnalna luany, na którą trafiliśmy po pobycie w bardzo, bardzo dziwnym miejscu (właściciel jest zezowatym wariatem, a w całym barze jest mnóstwo instrumentów, na których każdy może grać. kiedy przyszliśmy, ktoś grał na pile), po to tylko, żeby wyrobić się na męski striptiz dla luany w wykonaniu jej znajomego z angoli. mam nieustannie wszystkiego dość i najchętniej nie wychodziłabym z łóżka, ale ciągle mam nadzieję, że to wkrótce przeminie. idę dziś tańczyć. juhu.

ps. jeśli cokolwiek jest prawdziwym ulepszaczem, jest to brazylijska muzyka:

Friday, February 25, 2011

ao guincho!

pojechałyśmy wczoraj do cascais wczesnym rankiem, żeby załapać się na samorządowe rowery, porwałyśmy je, i zrzucając w pędzie kurtki i swetry, dojechałyśmy do plaży o guincho, osiem kilometrów wzdłuż oceanu, czy to nie fajne, taka świadomość, że przed nami tylko ocean, azory, a potem ameryka? dojechałyśmy na plażę (pod wiatr i ledwo), i odbył się piknik (pomidory smakują jak plaża, zdaniem jednej z towarzyszek), czy to nie fajne, że najtańszy ser z minipreco smakuje jak delicja, kiedy je się go i poszarpanego pomidora siedząc na pustej wielkiej plaży?


potem pomknęłyśmy do cascais, bo trzeba było oddać rowery w związku z zimowym horario (chociaż wiemy, że zima już się raczej skończyła). i znowu rozłożyłyśmy się na plaży, pan w barze sprzedał nam imperiale, i było po prostu idealnie. obudziłam się dzisiaj ze spieczoną twarzyczką, co trochę burzy mój wizerunek, ale nie szkodzi.

poza tym, przeżywam niejaki przesyt. nie wiem, może mam trochę dość wszystkiego, ile można imprezować? (ale mamy sobie kupić z jorenem, mym sąsiadem, deski do body boardingu - lub boogie boardingu, jak kto woli - tomeccino woli, więc może coś się szalenie polepszy. bo do tego trzeba pływać w płetwach!)

jutro idę tańczyć, już nie mogę się doczekać.

Thursday, February 24, 2011

tęsknienie

tęsknię za kasią, prawdziwymi ścianami, i przede wszystkim tomkiem wróblem. myślę, że gdybym teraz wróciła do polski, dałabym wyraz temu tęsknieniu zamiast je olewać, chociaż pewnie wcześniej umarłabym z zimna, ponieważ koksownika nie można nosić ze sobą.

tęsknienie jest bardzo zajmujące, i zdarza mi się tęsknić również za madrytem (bo tam tak pięknie paaaachnie), za wegetariańskimi hamburgerami w san jose, ameryką środkową (ponieważ byłam tam sama i moja głowa była zachwycona), za siedzeniem i patrzeniem na ocean (ale mogę to robić również teraz, każdego dnia hehehe), tęsknię za samotnością, i tak dalej. tylko żeby nie było, że chcę być opuszczona przez wszystkich! ale kiedy ktoś chce ze mną zjeść lunch w naszej ciemnawej kantynie mam ochotę uciec.

była u mnie bołti z filipem i wygrzewali się gdzie popadnie.

dziś pani przy śniadaniu (jadam w szkole, bo nie zdążam kupować śniadaniowych utensyliów) powiedziała że mam piękny profil i trzeba go narysować. dziwaczka. taki właśnie jest ten dzień.

zamierzamy wziąć z tomkiem udział w konkursie, wygrać ciężarówkę pieniędzy, i wyjechać do panamy (to ostatnie to już mój pomysł).

Saturday, February 19, 2011

observation mode on

widziałam dziś czarnoskórą parę odzianą w biel. moim sprawnym okiem kulturoznawcy oceniłam, że udają się na candomble. nieźle co? w metrze.

uznałam też, że zawieszam moje kontakty z ludźmi. chodzi mi o te wszystkie rozmówki, gadki, wymianę opinii na temat ile znasz języków i gdzie mieszkasz, ile można. będę sobie siedzieć, i obserwować.

Wednesday, February 16, 2011

nie warto wychodzić wcześniej z imprez, bo potem i tak się nie wyśpisz

opowiem wam mrożącą krew w żyłach historię (przynajmniej mnie zmroziła) i kilka innych.

wracałam wczoraj do domu wcześnie, żeby się wyspać, ponieważ miałam te koszmarne zajęcia z tłumaczenia (z panem zwanym gilipollas, czyli idiota po hiszpańsku) więc nie chciałam być czymś w rodzaju wraka. szłam z pożegnalnej imprezy belgijek, na której się popłakałam, i postanowiłam wstąpić na górę i zahaczyć o imprezę ludoviki. tańczyliśmy, i śpiewaliśmy, a potem razem z moim współlokatorem poszliśmy do domu, i jako że byliśmy wstawieni, być może nie zauważyliśmy ruchu przy drzwiach, może nie zatrzasnęliśmy drzwi od naszego mieszkania, może może. joren poszedł spać, a ja umyć zęby. wracałam jak zwykle biegiem, bo chciało mi się spać, i przy samych drzwiach, kiedy już wchodziłam do pokoju, odwróciłam się i zobaczyłam dyszącego - excuse le mot - murzyna. wrzasnęłam po angielsku (co znaczy po raz kolejny że nie jestem już z polski) i schowałam się w pokoju, i zaczęłam rozmyślać, jak się uwolnić. joren wylazł z pokoju, a koleś zniknął. ja pomyślałam, że coś jest ze mną nie tak, i nie mogłam zasnąć. uznałam, że nikt mi nie uwierzy, bo to wariactwo, a potem - dzisiaj, czyli po dobrych kilkunastu godzinach stresu - okazało się, że walnięty znajomy znajomego fuckfrienda luany chciał nas okraść czy coś, więc po tym, kiedy wymknął się od nas, skoczył na górę, rozwalił driesowi drzwi, zrobił kupę na podłodze w łazience, położył się na podłodze w kuchni i zasnął.

dziś cały dzień jest więc nieco surrealistyczny. cały lanczyk poświęciłam się na rozstrząsanie sprawy machając widelcem, i mój - jak dotąd jedyny w tym semestrze - lepszy kolega ze szkółki wysłuchiwał cierpliwie. mam trochę dość. boję się być w tym mieszkaniu, a miliony relacji, które tutaj mam, nie liczą się, kiedy nie mogę do nikogo zadzwonić w środku nocy, że w pokoju obok siedzi nieznajomy koleś. wracamy wtedy do tomka wróbla (który ma problemy w pracy z powodu tego że do niego wydzwaniam, więc nie mogę już wydzwaniać) i kasi, która jako jedyna wierzyła od początku że nie jestem szalona. chcę wracać do domu, ale nie wiem gdzie on jest!

Tuesday, February 15, 2011

sprzedam kraj, w którym już nie chcę mieszkać


szanowni państwo. jestem pełna niechcenia, po włosku - svogliata.


Monday, February 14, 2011

sun-day fish-day


śniły mi się dziś leniwce.

razem z włoszkami demonstrowałyśmy przeciwko berlusconiemu i złemu traktowaniu kobiet. poszłam tam z niewielką chęcią, ale znów się okazało, że przy okazji trafia się czasem na skarby.

ponieważ włosi zrobili sobie przyjemną manifestację. po odczytaniu manifestu w różnych językach wyskoczyły korki od lambrusco, ktoś wyciągnął blachę zapiekanego makaronu, i panowie ze zdjęcia zaczęli grać popularne włoskie piosenki. uważam, że można mnie bez wstydu zabrać do włoch właśnie, moja znajomość kultury jest fantastyczna: śpiewałam zacięcie i głośniej od towarzyszy, piosenki o partyzancie (moja ulubiona), a także o pomidorach.

dries wspominał ostatnio, że wszystkie regularności powinny się powtarzać co tydzień, także jedzenie ryb. dziś więc przyniósł na talerzyku dwie dourady:

na górze fred, niżej simon (tak się nazywały według driesa). już ich nie ma.

Friday, February 11, 2011

włoskość

chove chuva! czyli pada deszcz. pierwszy raz od kiedy przyjechałam, więc wybaczam, bo zdążyłam wypić kawkę w moim przeulubionym pareczku, gdzie na przeciwko stoi dom w stylu neoarabskim, niestety w stanie rudery (zamierzam go kupić, ale jeszcze nie teraz. najpierw domek na plaży, potem ruderę).

w pareczku lokalny szaleniec (ulubiona grupa ludzi tomeccina wróbla) opowiedział mi historię o tym, że konie mieszkańców brudzą ławki kopytami, a dla mnie nadejdzie niedługo czas na spotkanie z włochem ancony, który będzie mnie uczył gotować. jeju, nie mogę się doczekać! dziś w menu melanzane alla parmiggiano, o-ho-ho!


Wednesday, February 9, 2011

clube de lafões

jak zwykle w lizboński wtorek bawimy się w little brazil, i właśnie wróciłam z tańców. w związku z postępami i zbliżaniem się do etapu ninja forró, tańczyłam specjalistyczne country i zostałam pochwalona. dzisiaj poza samą fiestą doszło do wielkiej brazylijskiej kolacji, z wegetariańską feijoadą i sałatką z mango, sambą z laptopa i tak dalej. bołtunia kiedyś zachwycała się, że włosi muszą policzyć, ilu ludzi będzie jadło, bo nigdy nie wiadomo, tak ja liczyłam i liczyłam, i wychodziło prawie dwadzieścia osób w naszej skromnej kuchence (z balkonem). feijoada - delicja! goście - double delicja!

tymczasem zaczęła się szkoła, a wraz z nią nowe przygody. będę uczyć się o sztuce, kinie i literaturze, a także tłumaczyć, tylko jeszcze nie wiem co i na jaki język, bo mimo, że codziennie czytam sydney morning herald, to zestresowałam się dziś tak strasznie, że chyba przepiszę się na tłumaczenia techniczne na hiszpański. ale jeszcze nie wiem.

Sunday, February 6, 2011

Zona Sul

to lato będzie najprawdopodobniej bardzo długie (już się zaczęło), dlatego zamierzam stać się niezwykle morena. zaczęłyśmy z włoszkami w piątek, dziś trafiłyśmy na praia de riveira, daleko, daleko od tych małych domków (z których jeden kiedyś sobie kupię, i będziemy jadać śniadania przed domem, nad oceanem), gdzie są tylko wydmy i wielka płaska plaża, cudo.

powyżej widać nasz taras. odbyło się tam dziś pierwsze śniadanie, zamierzam wprowadzić niedzielne brancze do kalendarza kulturalnego lizbony (myślę też o przywleczeniu jakiegoś dywanu z ulicy) i tyle. obiady, salsa rosa, włosi, cuda.

poza tym, z łaski swojej, przekażcie żebrakom z dziewiątki, że dramatyczne jęki są passe. w lizbonie stawiamy na rytm, lub na postkolonializm (małe pieski siedzące na akordeonie, ze sznurkiem od kubeczka na pieniądze w zębach).

Saturday, February 5, 2011

a vida não é só discoteca e patatas fritas!

wracamy do moich ulubionych relacji nocnych!

o grande peixe do universo! wszystkie ryby świata, jest mi strasznie przykro, ale dzisiejszy wieczór upłynął pod znakiem portugalskiej tawerny, gdzie pożarłam pescada frita. po raz pierwszy od lat ośmiu (nie licząc małych kąsków z tajina ugotowanego przez driesa), pochłonęłam trzy z obecnych na zdjęciu kawałków, odstępując irene te, gdzie drastycznie widać było dziurę po kręgosłupie. źle mi się po tym trawiło, więc poszłyśmy na ginję.
tak to, nie podoba mi się całe to jedzenie zwierząt. chyba sobie odpuszczę. nie mówcie wróblowi (bo miałam wspomagać w ten sposób moje słabiutkie powłoki).

Thursday, February 3, 2011

san francisco

jakoś nie mogę się zadomowić w moim nowym domku.

boję się, że straciłam łatwość zadomawiania się (dwa piętra wyżej zajęło mi to półtora dnia, nie wspominając np o pełnym przyjemności sączeniu soczków na skajowej kanapie w brazylii).

w każdym razie, nie żeby było jakoś źle, ale też trochę średnio. w moim domu, gdzie pojawili się prawie wszyscy współlokatorzy, dominuje nastrój imprezy-rzygania, a w kuchni zawsze coś ginie. czasem biegam, ponieważ wydaje mi się stratą czasu iść do łazienki po drugiej stronie korytarza (to najdłuższy domowy korytarz jaki widziałam). mój pokoik jest ok (ma kształt trapezu, mówiłam już?)

ale wiecie. byłam dziś na plaży, powiedzmy, że się opaliłam i wyczerpałam grając w extremely ultimate frisbiaka, i zmroziłam nogi wodą w oceanie. pięknie!

Tuesday, February 1, 2011

idzie luty podkuj buty

siedzę w pokoju i marznę. jest to nieprawdopodobne, ponieważ na zewnątrz jest bardzo ciepło (no dobra, około 15 stopni). problem w tym, że w środku jest tyle samo. mój nowy pokój ma przynajmniej 4 metry wysokości, i całe powietrze, które jest w stanie ogrzać pamiętny grzejnik z minipreco, jest najwyżej na wysokości 3 i pół metra. więc siedzę w szaliku i boję się pójść do łazienki (tam nie ma żadnego źródła ciepła, jest za to balkon).

tyle jęczenia. opowiem jak jest.

otóż mam nowe mieszkanie. ostatnie trzy noce dzieliłam łóżko z luaną, co było zaskakująco zgodne, ale bałam się ruszać, żeby jej nie zbudzić (łóżko ma metr szerokości i skrzypi). dziś porwałam moje pakunki i zniosłam je dwa piętra niżej, do wielkiego mieszkania (gigante, gigante! - to luana znów), które będę dzielićz elien z belgii, jorghenem, albo kimś również stamtąd, jakimś kolesiem z londynu, ale zapomniałam, jak się nazywa, dwoma hiszpanami i portugalką. mieszkanie ma wielką kuchnię, tysiąc sto mikroskopijnych balkonów i łazienkę, z której przechodzi się na gigantyczny taras. zresztą spokojnie, już ja wam wszystko pokażę.

w kwestii kontaktów międzyludzkich, to przyjechałam i poszłam na imprezę, wstałam, i poszłam na imprezę, a teraz czuję sie trochę zagubiona, ale to minie :). na przeciwko wyremontowali szpital, a raczej jego fasadę, byłyśmy dziś w muzeum oglądać secesyjne spinki do włosów, a jutro mam plan rano wstać, i popatrzeć sobie na lizbońskie życie z mojego prywatnego balkonu. hehe.

Monday, January 31, 2011

o seitanie

wracanie jest bardzo ciekawe. paul theroux wraca do azji w wielkim stylu, ja wracam do smaku seitanu w lizbońskiej stołówce.

Sunday, January 30, 2011

Bloggy - reaktywacja: najfajniejsze miejsce na świecie to jardim de amoreiras

jestem! wróciłam!
cieszę się jak szalona.

zaczynając od wczoraj, czas zapełnił się delicjami, ponieważ poleciałam w luksusie prosto do lizbony. od szesnastej mknęliśmy ku zachodzącemu słońcu, a ja dostałam nadprogramowy mus czekoladowy. lądowanie nad lizboną jest najfajniejsze, bo oblatuje się całe miasto, i kiedy jest jasno, można zobaczyć mój dom.

więc przyjechałam, no i ten zapach! ten zapach! tak naprawdę to nie wiem, co tak pachnie. wdałam się w liczne dyskusje na ten temat, i wychodzi na to, że ziemia, która nie zamarza i sobie działa. to jest taki zapach świeżości i przyjemności, no po prostu.

więc wyrwałam się z polskiej klateczki, i wszystko co wiem, to że postaram się tam nie wracać na zbyt długo, to nie na moje nerwy. a mój dom jest tam gdzie tomek, i tak :).

Thursday, January 20, 2011

zooborns.com

nie ma zdjęć, bo czemu mam robić zdjęcia?
dlatego przedstawiam wam oto moje ulubione zwierzątko w fazie dziecięcej. na pewno wszyscy już znają te strony (i te fazy lenistwa, nie użyję tu modngo słowa na p), ale kiedy okazało się, że pandacam z zoo w atlancie jest wyłączona, obejrzałam film o małych leniwcach, a potem znalazłam to:
na madagaskarze (jedynym ich prawdziwym domu) ayeaye są omenem śmierci, dlatego prawie wyginęły. bardzo bym chciała mieć jednego.

w następną sobotę lecę do lizbony, w objęcia przygód!

Friday, January 14, 2011

i see so many little boys i wanna marry...*

ach ach, och och, jest mi dogłębnie smutno w tym styczniu.


___
* a devendra b. nie pomaga

Tuesday, January 11, 2011

truly madly deeply

dobra! dobra! nie jest to jeszcze koniec stycznia, ale też nie ma już śniegu. więc mogę powrócić na łono bloggiego.

garść wieści? ależ proszę!
koniec z misją antypody. przynajmniej na razie. od kiedy zakolegowałam się z tomeccinem spokojnie olewałam tamten kraj, bo przecież co mnie obchodzą kangury, ale w końcu, po tysiącach opowiadań (nieoceniony bill bryson też miał w tym swój wkład) zaczęło mi się podobać, i po cichu planowałam antypody i nawet przeprowadzkę na przynajmniej pół roku po obronie, ale nic z tego, no. podobno zamieszkamy w anglii.

(...)

okropnie co? chodzi o wizy i europę. nie wyobrażam sobie na dłuższą metę mieszkać poza europą, ale na trochę? to sama przyjemność. jeśli chodzi o anglię, to oczywiście wiem, że mają tam ładne domy i słodki akcent, i curry na każdym rogu, są mili i w ogóle, ale niestety. widzę siebie wśród hord polaków, kiedy zarabiam robiąc kanapki spóźnionym ważniakom (już przez to przechodziłam, było nawet fajnie, ale przez MIESIĄC). no i tyle. słabo. nie mówcie wróblowi.

praca licencjacka przyjemniaczek, dlaczego nie mogę pisać jej cały czas? bo muszę napisać egzaminy. doprowadza mnie to do rozpaczy. ale dzisiaj kupię bilet do lizbony (gdzie mym nowym zajęciem będzie nauczanie polskiego*), i zacznę odliczać dni.



_____
* zarobię tak na dmuchany basen na taras