ale najpierw pochodziliśmy po lesie, gdzie na czterokilometrowym szlaku trzeba było iść od strzałki do strzałki (było ich osiem, i każda wskazywała coś innego, np sylachetnego kasztana albo odchody dzikich kotów). to nie było trudne, ale oczywiści ezgubiliśmy się, i zamiast do strzałki numer pięć, gdzie najłatwiej spotkać dzika, doszliśmy na górę wzgórz szlakiem rowerowym, i kiedy nikt poza mną i ludoviką nie patrzył, jakiś czarny dziczek przebiegł nam drogę. ha! w ogóle to myślałam, że jedziemy na plażę, więc wzięłam tylko baleriny i japonki, ale jakoś doszłam do celu (bo w końcu się odnaleźliśmy).
z listy must seen możemy odhaczyć pałac w mafrze (nic szczególnego, chociaż obejście go z zewnątrz zajmuje około godziny), i tę oto piękną miejscowość na klifie, gdzie spotkaliśmy trzy osoby i około piętnaście psów, wszystkie bardzo towarzyskie. na samym końcu wsi znaleźliśmy bar, gdzie czarownie (według włoszek) pachniało ośmiornicą. chciały trochę kupić (włoszki ośmiornicy), ale niestety, barman gotował tylko dla siebie i dla znajomych, więc wypiliśmy po piwie cristal i pomknęliśmy do domu.
soundtrackiem może być natomiast sara tavares, która śpiewa po portugalsku kabowerdiańsku, i jest bardzo wesoła.
apdejcik. pomimo mych rozlicznych kryzysów, powiedzmy sobie wprost, erasmus to bajka. czasem kwaśna, ale bajka.
a poza tym cieszę się, bo wróciłam do domu i czekała na mnie miseczka curry, które rozmyślnie zrobiłam wczoraj na dwa dni, i siedzę sobie w pustym domu, w moim białym pokoju, a przede mną ciiiiiisza.
No comments:
Post a Comment