recepcji powiedziano nam, że termy w vila de geres są płatne i wyglądają jak kryty basen (kryty basen to ja mam na ochocie!), a w ogóle najlepiej powrócić na łono głównych dróg jadąc przez hiszpanię.
no i pojechaliśmy, i pięc kilometrów za granicą, wciąż czując się portugalsko (w galicji mówią w galego, który pisownią nie bardzo się różni od portugalskiego), wskoczyliśmy do gorącego basenu z wodą wprost z wnętrza ziemi. obok płynie rzeczka, rio caldo, gdzie można na zmianę się chłodzić i grzać, i są żaby niestety. byliśmy tylko my i hiszpańscy staruszkowie (bardzo mili). podobno tamte źródła dobrze robią na kości, no mam nadzieję!
wracając do portugalskich miast, natknęliśmy się na to: czy ktoś chce zgadnąć co to jest?

otóż są to minispichlerzyki! da się je znaleźć chyba tylko w tym parku narodowym peneda geres, i zbudowano je, żeby kukurydza nie gniła (kiedy jeszcze była nowością i nie za bardzo wiedzieli, jak się za nią zabrać). teraz sobie stoją (tutaj w wiosce soajo), i są jedynie ozdobą. fajne nie?
ale to nie wszystko z przygód! (te dni były długie, tomeccino odważny, a portugalia mała). więc
pływaliśmy w kajaku (do dziś mam zakwasy), tomeczek kazał mi wyrobić się z prądem i wybrać jeden z łuków mostu żeby płynąć, i prawie się roztrzaskaliśmy, ale było pięknie, jedliśmy najgorsze kanapki świata w barze, którego kelnerka wyglądała jak prostytutka, a potem pojechaliśmy do viana do castelo, o którym lonely planet mówi jakby było przynajmniej berlinem, jeśli chodzi o imprezy, i paryżem piękności. na ulicach nie było nikogo, tylko podejrzanie wyglądający długowłosi chudzielcy, którzy chowali się po bramach. kiedy zrobiłam zdjęcie katedrze, jakiś pan zaczął iść gniewnie w moją stronę i bełkotać. na głównym placu nie było nawet gołębi. ale nasza dzielna drużyna odnalazła zagubionych ludzi! wszyscy tłoczyli się we włoskiej knajpce (welcome pizza), gdzie my się oczywiście zakotwiczyliśmy na długo, i pod pomnikiem, śpiewając piosenki, z których jedna zaczynała się eu sou viana (jestem vianą). taa. na kempingu panowie z obsługi byli średnio rozgarnięci i byłam pewna, że zamieszkują tam same wampiry, dlatego tom musiał zażyć kąpieli w damskiej łazience, bo nie mogłam zostać sama nawet na chwilę. rano poszliśmy na plażę, o którejlonely planet mówi, że jest piękna i nieskażona
przemysłem, a całą prawą część zajmuje fabryka, żurawie i takie kamienne nasypy. taa. no to pojechaliśmy do aveiro! ach aveiro! nie ma o czym mówić. lonely planet (czy oni byli pod wpływem jakichś środków?) mówi że to wenecja portugalska. jest tam jeden kanał i pięć łódek. wróciliśmy do domu. było pięknie! ciao ciao!
