Monday, May 30, 2011

niedziela, lenistwo i dźwięki

wracać trzeba będzie, wracać!

nie wiem, dlaczego, ale wszystko wydaje się prawdziwsze w taksówce do domu dzielonej z tomkiem wróblem i finą, z tańców, do różowego domu na santos. no bo była ostatnia niedzielna fiesta, kolejna niedzielna kłótnia, i w ogóle. mam jeszcze dwa i pół dnia, całe dwa i pół dnia, i zamierzam je w pełni wykorzystać!

byliśmy na fado wieczorem. na podwórkowym fado z grillowanymi sardynkami (specjał festas populares), i było słodko.

Friday, May 27, 2011

piątek, gorąco!


recepcji powiedziano nam, że termy w vila de geres są płatne i wyglądają jak kryty basen (kryty basen to ja mam na ochocie!), a w ogóle najlepiej powrócić na łono głównych dróg jadąc przez hiszpanię.

no i pojechaliśmy, i pięc kilometrów za granicą, wciąż czując się portugalsko (w galicji mówią w galego, który pisownią nie bardzo się różni od portugalskiego), wskoczyliśmy do gorącego basenu z wodą wprost z wnętrza ziemi. obok płynie rzeczka, rio caldo, gdzie można na zmianę się chłodzić i grzać, i są żaby niestety. byliśmy tylko my i hiszpańscy staruszkowie (bardzo mili). podobno tamte źródła dobrze robią na kości, no mam nadzieję!


wracając do portugalskich miast, natknęliśmy się na to: czy ktoś chce zgadnąć co to jest?
otóż są to minispichlerzyki! da się je znaleźć chyba tylko w tym parku narodowym peneda geres, i zbudowano je, żeby kukurydza nie gniła (kiedy jeszcze była nowością i nie za bardzo wiedzieli, jak się za nią zabrać). teraz sobie stoją (tutaj w wiosce soajo), i są jedynie ozdobą. fajne nie?

ale to nie wszystko z przygód! (te dni były długie, tomeccino odważny, a portugalia mała). więc
pływaliśmy w kajaku (do dziś mam zakwasy), tomeczek kazał mi wyrobić się z prądem i wybrać jeden z łuków mostu żeby płynąć, i prawie się roztrzaskaliśmy, ale było pięknie, jedliśmy najgorsze kanapki świata w barze, którego kelnerka wyglądała jak prostytutka, a potem pojechaliśmy do viana do castelo, o którym lonely planet mówi jakby było przynajmniej berlinem, jeśli chodzi o imprezy, i paryżem piękności. na ulicach nie było nikogo, tylko podejrzanie wyglądający długowłosi chudzielcy, którzy chowali się po bramach. kiedy zrobiłam zdjęcie katedrze, jakiś pan zaczął iść gniewnie w moją stronę i bełkotać. na głównym placu nie było nawet gołębi. ale nasza dzielna drużyna odnalazła zagubionych ludzi! wszyscy tłoczyli się we włoskiej knajpce (welcome pizza), gdzie my się oczywiście zakotwiczyliśmy na długo, i pod pomnikiem, śpiewając piosenki, z których jedna zaczynała się eu sou viana (jestem vianą). taa. na kempingu panowie z obsługi byli średnio rozgarnięci i byłam pewna, że zamieszkują tam same wampiry, dlatego tom musiał zażyć kąpieli w damskiej łazience, bo nie mogłam zostać sama nawet na chwilę. rano poszliśmy na plażę, o którejlonely planet mówi, że jest piękna i nieskażona
przemysłem, a całą prawą część zajmuje fabryka, żurawie i takie kamienne nasypy. taa. no to pojechaliśmy do aveiro! ach aveiro! nie ma o czym mówić. lonely planet (czy oni byli pod wpływem jakichś środków?) mówi że to wenecja portugalska. jest tam jeden kanał i pięć łódek. wróciliśmy do domu. było pięknie! ciao ciao!


Thursday, May 26, 2011

czwartek, wino i śpiew


w czwartek, po reglamentowanym serze na śniadanie, ruszyliśmy z bardzo silnym postanowieniem dotarcia do hodowli winorośli i cieszenia się z nich jak najwięcej, skoro tyle nam zepsuły krwi (chciałam użyć tego wyrażenia).

co ty tam tyle robisz, zapytywał tomek za każdym razem, kiedy wchodziłam dokądś zapytać o drogę, i wychodziłam po dziesięciu minutach z nabazgraną mapą i brakiem konkretnych wskazówek. no i się dowiedział. kiedy zapytaliśmy staruszkę w zapomnianej wiosce sabrosa, jak dotrzeć do pinhao, gdzie miało być to cholerne wino, oparła się o okno, włożyła łokcie do środka samochodu, i zaczęła mówić, na rondzie w prawo, potem prosto, zrozumieliście? na rondzie w
prawo... no i tak wiele wiele razy. tom chciał odjechać, dziękując już z dystansu, ale te łokcie go powstrzymywały. dojechaliśmy w końcu, zatrzymując się kilkakrotnie żeby popiać z zachwytu, i dojechaliśmy do jednej winnicy, gdzie pani dała nam mptrójki z nagranym głosem przewodnika, i poleciła iść tam, gdzie wskażą strzałki.

przeszliśmy wśród winnych krzaczków kilometry, na koniec za darmo skosztowaliśmy porto (to jest to), wytrawnego sirocco (ha!) i czegoś jeszcze, tomek wskoczył do douro się ochłodzić, a potem nic już nie stało na przeszkodzie, żeby uderzyć na całkowity kraniec portugalii, do najfajniejszego parku narodowego zdaniem wielu (portugalskiego).

jechaliśmy opłotkami, natrafiając między innymi na zapomnianą przez świat wioskę o wdzięcznej nazwie fafiao, jadąc tamami, dziwnymi mostami i w ogóle niezwykle długo, żeby pojawić się wieczorem w vida de geres. zwabieni zostaliśmy tam właśnie gorącymi źródłami i sielankową ciszą, i znów nas oszukali! ale tego dowiecie się dopiero jutro, bo zareagowaliśmy porządną kolacją, i piwem nad potokiem na fajowskim kempingu wśród skał.

Wednesday, May 25, 2011

środa, angkor wat


hop hop hop! wstaliśmy o świcie żeby wskoczyć do rzeki, ale nic z tych rzeczy! nie zamknęli jeszcze tamy, która podnosi poziom wody, no ale przynajmniej był ładny widok. żeby nie było, że nie korzystamy z możliwości, które oferuje nam natura, wybraliśmy się w głąb głuszy szukać wodospadu o miłej nazwie studnia piekieł. był piękny choć nie oszałamiający piekielnością, i robił na dnie małe jeziorko,w które wskoczył w rosole tomek wróbel, i skąd został wypłoszony przez kolejnych gości po półgodzinie.

no to dość natury, bo niedaleko, na północ, są plantacje winorośli i podobno wręcz wspaniałe widoki. tworzę z moim lonely planet idealny duet, dlatego wyhaczyłam szybciutko kemping niedaleko, w lamego, które lp kusiło jako małe miasteczko, śliczne ah ah. okazało się koszmarnie brzydkie, z blokami jak z polski, i tylko jedna fajna rzecz jest tam niewątpliwie: wygląda trochę jak angkor wat, i jest tak sam
o zaskakujące (tomek był to wie). niestety, wszystkie knajpy zamykają o 8 (w portugalii!), dlatego, spryciarze, skoczyliśmy do pingo doce kupić mrożonki, żeby je odgrzać na kempingu. jechaliśmy i jechaliśmy, mrożone krokiety sojowe chłodziły mi nogi, i kiedy byliśmy już, ciemną nocą, na samej górze pustkowia, okazało się, że kemping splajtował. pan kelner w podejrzanym lokalu podgrzał nam jedzenie (chociaż wcale mu się to nie uśmiechało, nie dał nawet sztućców), i pomknęliśmy do vila real, szukać schronienia. vila real to stolica regionu tras-os-montes, nie sądziłam, że moja noga kiedykolwiek tam postanie, bo jest to najbardziej północna i zacofana część portugalii. kemping oczywiście był zamknięty (kto by chciał tam obozować?), ale schroniska młodzieżowe państwowe muszą istnieć, i tam też spaliśmy, niestety skłóceni. żadnych winnic, żadnych wieczornych hulanek, no nic!


uwaga! fajniejsze zdjęcia robi tomek!

Tuesday, May 24, 2011

wtorek, szlak orlich gniazd

no więc we wtorek (muszę zapisać zaległe przygody!) wyruszyliśmy z hostelu państwowego (gdzie ser śniadaniowy jest kontrolowany, więc można wziąć tylko jedną serową rureczkę) hen hen daleko na szczyty wzgórz portugalskich obejrzeć wioskę z new york timesa, a tak naprawdę to bardzo starą twierdzę, która na samym szczycie góry stoi sobie od wieków, i została - uwaga! - tylko az zdobyta, w dwudziestym wieku już, bo ktoś znalazł sekretne przejście. no! ale po tylu wiekach to wiadomo. piękne, piękne! potem, kilka kilometrów na dół, pożydowska wioska castelo de vide, no po prostu wspaniałość i cacko!

chodzi o to, że większość miasteczek portugalskich ma poobdrapywane ściany i co drugi dom jest opuszczony i nie ma okien. castelo de vide jest zapełnione życiem, o i jest też synagoga i stara żydowska dzielnica (chociaż żydów wypędzili wieki temu). plus konkurs a najładniej ukwieconą ulicę, co sprawia, że mieszkańcy szaleją i jest to wręcz kwietny las.

następnie, stojąc pod schroniskiem dla psów w castelo branco i wertując przewodnik uznaliśmy, że ciekawie byłoby zobaczyć - again uwaga - najbardziej portugalską wioskę portugalii (wg konkursu z 1938 roku). monsanto! no i jeju! nie wiem, skąd ta arcyportugalskość, skoro najfajniejszość bazuje na wielkich granitowych skałach i kamiennych domach na wzgórzu. każda z wiosek na pograniczu ma zamek, co po jakimś czasie przestaje pasjonować, szczególnie że na większości są tysiące latających szczypawek.

spaliśmy w parku narodowym najwyższych gór portugalii kontynentalnej (najwyższy szczyt nie dobiega nawet dwóch kilometrów), nad rzeką i po pizzy, co było fantastyczną odmianą po setce tosztasz, ale jak dużo ich zjemy w obliczu braku innych opcji, no, tego nie mogliśmy wiedzieć (zjedlibyśmy tysiąc pizz).

poniedzialek, portalegre i estremoz

na szalonym obiedzie w portalegranskiej pizzerii wznieslismy toast za nasza milosc w drodze, bo oto jedziemy!tomeccinas po raz pierwszy za kierownica poprawej stronie jezdni, ja jako niezawodny nawigator, mkniemy przez alentejo. na lanczyk zatrzymalismy sie w estremoz, ktorego rua direita byla najaktywniejszym spotem do tamtej pory (rozgadane staruszki i hiperaktywne dzieciaki), wyszukalismy sto kawalow marmuru (bo estremoz to marmurowe miasto), i, lapiac antene 2 z klasyka w tle pomknelismy pod hiszpanska granice, zeby zatrzymac sie w portalegre, cudnym miasteczku, gdzie o polnocy spozylismy jajeczna pizze i wysluchalismy studenckiego fado o polnocy na placyku. a nie w brudnej coimbrze he!

i tak. cudo!

Monday, May 23, 2011

nowy tydzień

wczoraj pewność i siła naszego związku zostały poważnie zachwiane, kiedy zwisałam ze skały na odległej praia da ursa (plaży niedźwiedzicy) w - nie bójmy się tego słowa - histerii. no cóż. pojechaliśmy na cabo de roca, żeby stamtąd powędrować na plażę, która była zabójczo piękna i fajna i och, ale było nam mało,dlatego postanowiliśmy wspiąć się na skałę a stamtąd zacząć przedzierać sięna kolejne plaże, i dotrzeć po piskowych kilometrach na przystanek autobusowy. no, ale nie udało się. oczywiście wdarłam się jakoś na szczyt skały, ale potem, kiedy z powrotem założyłam japonki, zaczęłam szlochać i jęczeć, że nie dam rady, i musimy wracać, z tomem przeżuwającym przekleństwa i potokami łez. plaża była piękna, mimo wszystko, a do cascais pojechaliśmy - na legalu! - za darmo, bo była słoneczna neidziela i pan konduktor był miły.

trzymajcie kciuki, jedziemy na wyprawę!
czasem zapewne trzeba zwinąć się ze smutku i poczekać, co się wydarzy.

Saturday, May 21, 2011

łatwość zachwytu



udaliśmy się wczoraj do wspaniałego muzeum, serio!

nie mam wielkiej edukacji w tym kierunku, ponieważ po falstarcie na asp cierpiałam na antymuzealność, i tak naprawdę dopiero w lizbonie przypomniało mi się, jak fajnie jest sobie chodzić i oglądać. no to poszliśmy wczoraj do museu do oriente, czyli wszystkiego, co wiąże się ze wschodem jakoś połączonym z portugalią. jak zapewne wiecie, portugalia była fantastycznym imperium, które swój koniec miało dopiero niedawno, kiedy oddzierżawili makao, wtedy kiedy hongkong. lata świetności minęły wieki temu, mimo wszystko.

museu do oriente było fantastyczne! fantastyczne! muszę tam wrócić sto razy. przede wszystkim wróciło tłumione pytanie, jak można zajmować się reklamą i zarządzaniem, jeśli świat jest tak niezwykle fantastycznie ciekawy? no, podobało mi się.

w lizbonie przygotowania do wielkich festas populares, czyli świąt dla ludu. pierwsza to ta ku czci św. antoniego, wystawiają już kapliczki i cała alfama (i santos!) obwieszone są kolorowymi
łańcuchami. najlepsza jest moja ulubiona palma (jest w tytule ale przytoczę stan
na dziś):

ekstra. wygląda jak wielkie święto palmy.

a! i podobo ta wieża (też udekorowana) jest starą wieżą arabską, która nie ma drzwi, i nie można się dowiedzieć, co jest w środku. jak widać ma bardzo aktywny dach, za to. profesor matematyki powiedział, że trzeba zapytać jakiegoś rzeźnika, który pozwala wejść po innych schodach, ale obeszłam wszystkie bary i w każdym traktowali nas jak intruzów, a stary barman w jednej taszce na pytanie, jak się dostać na górę, odpowiedział, że helikopterem. i co teraz?


poza tym, jako że jest dziś prawdziwy alfama day, udaliśmy się z włoszkami do jednej tajemnej taszki na obiad z dorsza, żeby nie było, że nie jadłam. więc proszę, dorsz w śmietanie, dorsz z brasza (tak się nazywa), dorsz oliściowiony (to moje tłumaczenie)! zapisuję żeby pamiętać, a wszytskim polecam wersję śmietanową. założyłam moją piękną suknię, i zamówiłam w showroomie (no serio!) srebrne butki. jest to bardzo ciekawy dzień.

Thursday, May 19, 2011

seria niefortunnych zdarzeń

barbara, młoda oliwka:

(siedzę właśnie na balkonie kuchennym z widokiem na dżunglę. ptaki śpiewają jak szalone, jest ciepło i słonecznie, i tak właśnie się zachwycam kolejnym lizbońskim popołudniem - oczywiście. mój portugalski czas zbliża się do jednocyfrowej liczby dni i zaczynam - tak jak kiedyś nole, w granadzie, kiedy wyjeżdżała, żeby zaczęło się coś dziać w jej życiu poza przyjemnościami z kolektywnego życia - odliczać wszystko, co robię ostatni raz, odnajdując nostalgiczne przyjemności nawet w ostatnim lanczu w kantynie uniwersyteckiej!)

guffo, symbol mądrości z mauzoleum właściciela quinta da regaleira, tego dziwacznego domu z ogrodem z podziemnymi korytarzami (tomek jest fanem):


sowa stoi na swoistych powązkach lizbońskich, cmentarzu o nazwie prazeres (przyjemności). jest piękny. na uboczu stoi masońskie mauzoleum diuka z palmeli, wielka piramida. jest tam też dużo kotów. stefania opowiadała że na paryskich cmentarzach są tylko koty czarne. no, a na lizbońskich - jednookie.

zapomniałam wspomnieć że w szale zwiedzania udaliśmy się też na zamek lizboński, który ma piękne klasyczne blanki i w jedną uderzyłam, ponieważ oczywiście trochę spadłam ze schodów, i mam na ramieniu siniaka wielkości i kształtu galaktyki (zdaniem tomassa). coś mi się wydaje że idę dziś na lekcję samby poskakać!

Wednesday, May 18, 2011

no conclusions

czy już zawsze będzie tak duszno, jasna cholera?

deszcz pada co pięć minut, może przynajmniej zmyje z chodników to, co zostaje po kwiatkach dżakarandy, którymi usłane jest wszystko w okolicy (tak marecki, to była dżakaranda, na maderze!*)

kończy się rok akademicki, dziś zarezerwujemy samochód na kolejnego roadtripa, a ja tymczasem wyciągam różową walizkę i rozpoczynam pakowanie. trochę nie wiem, jak zmieszczę wszystkie moje skarby, w tym drzewko oliwne (nawiasem mówiąc barbara rośnie jak szalona!)?

____
* okazuje się, że kolorowe drzewa są też na kontynencie, więc nie wiem po co udałam się na środek oceanu. podobno dżakarandami usłane jest też sydney, gdzie przez lata dawali małe drzewka wszystkim nowonarodzonym australijczykom. fajnie nie?

Tuesday, May 17, 2011

fim de semana

piknik:



na listę elementów wymarzonego domu wchodzą blanki:


Monday, May 16, 2011

to był maj

pada deszcz, ni z tego ni z owego spadł.
świat jest piękny. pomijając różne rzeczy.
długo nie pisałam, bo za dużo rzeczy się zdarzyło. przyjechał tomek. robimy mnóstwo zdjęć i mnóstwo się kłócimy. przywiózł mi majtki które są kwintesencją australijskości i książkę pod tytułem dlaczego koala nie ma ogona, i jednodolarówki z kangurami.

byliśmy w sintrze, w bajkowym zamku (wygooglujcie sobie) i w takim dworku z najfajniejszym ogrodem świata, gdzie są podziemne korytarze i mnóstwo wieżyczek, można zejść na sam dół studni i stamtąd pod ziemią się przedostać na drugi koniec ogrodu. jakiś koleś pomylił mnie ze swoją koleżanką i mnie przestraszył ze na pewno stanęło mi serce (na jakiś czas).
wyprawiliśmy podwójne urodziny i był to cudowny piknik.

skończyłam pracę licencjacką i proszę o inspirację w szukaniu pracy, bo program magisterski dużo kosztuje. ok?

kupiłam wczoraj pod domem drzewko oliwne barbarę, pani dała mi w bonusie bukiecik z dwóch róż i gerbery (!).

grzmi!
pachnie!
życie!
leje!
ozon!

Saturday, May 7, 2011

a w środku różowego domu?

znam alessandrę od dwóch miesięcy, i dzisiaj po raz drugi widziałam, jak gotuje. ha! i jeszcze lepiej, bo gotowała też dla mnie. niestety, musiałyśmy wyeliminować wiele składników, bo są związane z traumami kuchennymi (po raz pierwszy spotkałam osobę, która ma więcej traum kuchennych niż ja), ale było pysznie. spędzam z nią ostatnio dużo czasu, dlatego postanowiłam wam ją przestawić.

otóż alessandra pochodzi z mediolanu i jest bardzo szykowna. nosi się na czarno, szaro i biało i w desenie z dżungli. uwielbia pożyczać mi ubrania (czy to coś znaczy?) a szczególnie wielką spódnicę w której czuję się jak black swan. jest przeuroczą osobą, która dopiero co - jak sama mawia - wyszła ze świata magii, bo jej mama nie umie gotować, ale umiała zrobić tak, żeby alessandra wierzyła, że z kuchni dopiero co wyfrunął piotruś pan (posypywała wszystko złotym proszkiem). przyjadę do mediolanu i zamieszkamy u jej babci.

moją drugą współlokatorkę, jak sądzę, łatwo wygooglać. to najzdolniejsza aktorka luksemburska wschodzącego pokolenia. dostała rolę stewardessy w nowym luksemburskim serialu, dlatego, żeby wkręcić ją w ten świat, zwracam się do niej per verónica, tak jak filmowa aeromoca (po portugalsku stewardessa - aeromoca, czyli aerodziewczyna).

jutro przyjeżdża tomek. nie będziemy już musieli całować kamerek internetowych ani przytulać się do komputerów. trudno mi w to uwierzyć. dobra, idę spać, w ten sposób szybciej się zobaczymy!

ps. uznałam że lizbona to miasto ślepców i zdechłych gołębi, pod warstwą cudowności. ale jest najlepsza.

Friday, May 6, 2011

różowy dom na santos

wątpliwe uroki starej architektury to okna, które otwierają się przy jednym podmuchu wiatru, woda na podłodze w łazience po kąpieli wypływająca z podłogi, brak ciepłej wody, która powinna wypływać z prysznica, i brak windy.

mimo, że niestety nie doświadczyłam gorącego prysznica od jakiegoś czasu, zalet jest miliardy więcej.

Tuesday, May 3, 2011

golden gate-like

pewne rzeczy trzeba przeżyć w odpowiednim czasie. takie na przykład wagary. nigdy nie korzystałam z tej opcji, dopiero na studiach odkryłam, że to wspaniała sprawa! więc dziś wyszłam za późno i wsiadłam przypadkowo w 713, który nie jest moim autobusem, i jechał przez opłotki lapy przez przynajmniej 20 minut. metro nie przyjeżdżało, więc likwidując wyrzuty sumienia w kierunku przemiłej pani od literatury poszłam spacerkiem na principe real (moje radościodajne miejsce), z którego niesety wykurzyła mnie pani włączając kosiarkę spalinową. więc szłam i szłam, aż stanęłam przed hmem, gdzie nabyłam za bezcen spódnicę w deseń białego leoparda.

rzecz w tym, że kiedy wyjdę z domu, mam problemy z powrotem. idę na kawę na rua da bica i wracam po siedmiu godzinach, wychodzę na forro i wracam nad ranem, bo zahaczyliśmy o ginję i minimercado (klub do którego chodzi się tylko w poniedziałki, tylko, powtarzam!).

inaczej, kiedy odbywamy śniadanka na dachu, na który trzeba się wdrapać z okna alessandry. ja lecę na dół do baru po kawę, alessandra przygotowuje tacę (jedyną kuchenną czynność, którą lubi, jest nakrywanie do stołu), wyciągamy koc w deseń zebry (deseń to dzisiejsze słowo dnia) i oglądamy z oddali most 25 de abril, który wręcz każe nam myśleć, że jesteśmy sobie w san francisco, a nie na dachu na santos.

Monday, May 2, 2011

saudades calling

być może zawsze trzeba mieć jakiś deadline, ograniczoność czasu, żeby wyciągać wszystko z każdej chwileczki? żeby idąc na obiad do sekretnego chińczyka zapamiętać dokładnie wszystko, uśmiechniętą chinkę, która mówi po chińsku portugalsku i nie można jej zrozumieć, ale po obiedzie przynosi kawałki pomarańczy, kawę na paryskiej praca das flores, ciastka jedzone na dachu, na który wychodzi się z okna alessandry, no wszystko.

Sunday, May 1, 2011

spisik

moim ulubionym słowem po angielsku jest crockery, po hiszpańsku - albaricoque, po włosku - quindi, a po portugalsku rapazeada. yours?

a zycie smakuuuuje!

piłeś, nie pisz, mówi nowe hasło, ale niestety. następne niestety, nie balowałam dziś aż tak, jak chciałam, ale poproszę, żeby moje życie upływało w rytm tej piosenki, ok?

poza tym, zmieniłam akcent na włoski. w barach, na przystankach, ludzie mówią, no nie wyglądasz na włoszkę, a taki akcent... czyli wszyscy z wydziału iberystyki powinni teraz zacierać ręce, ale pewnie znajdą następny problem.

wracałam dziś do domu z dziewczynami z forro taksówką, która jechała 120 na godzinę po ulicach lizbony, słuchając fado, a potem barbry streisand. i piłam sangrię na bazie z szampana. plus byłam w niebezpiecznej dzielni na imprezie, ach! do tego stopnia, że moim ulubionym zwyczajem pochłonęłam przed chwilą całą resztę makaronu, tak jak lubię.

7 maja mieliśmy szczęśliwie odinstalować skajpa i inne komunikatory transkontynentalne, ale niestety, chyba dopadła nas rzeczywistość. zamiast tego biorę co się trafi, bo uznałam, że jedną z dobrych metod na dobre życie jest bycie brazylijczykiem. tak, wiem, oglądałam dokumenty o biedzie i strzelaninach, przeczytałam epopeję o nordeste, ale jednak, takie jest moje zdanie. tego będę się trzymać, i pozwalam rzeczywistości na dzianie się.

plus, mały apjecik. za dokładnie miesiąc będę leciała do polski, i chcę tańczyć co wieczór (i ranek) do taj mahala, jeść makaron o piątej, i czy to się musi kończyć?