Sunday, November 28, 2010

we cannot escape from each other, czyli ogon wycieczki

tak jak poprzednio (w notencji top 7 czy coś) wydarzyły się setki rzeczy, o których teraz opowiem po kolei, mimo, że nikogo to zapewne nie obchodzi. haha! taka jest moc blogów, niestety ;)

jak widać, nie szczędzimy sobie z julianeczkiem rozrywki, nawet wtedy, kiedy miłość mojego życia tomeczek wróbeleczek przebywa w buszu na północ od sydney. na zdjęciu udajemy króla i otyłą królową w muzeum azulejos, czyli płytek, którymi w portugalii obkleja się domy, kościoły, płoty i w ogóle wszystko. poszłam tam w sumie po to, żeby kupić wszystkim ten sam prezent czyli po płytce na głowę :), ale nie martwcie się, nie było fajnych.
po drodze zaliczyliśmy wrażenie "czuję się jak na capri" (prychnięcie julianeczka i wyznanie, że nie przestaję go zaskakiwać - bo nie byłam na capri). powód odczucia wynika z tego, że w polsce pada śnieg, a w portugalii owocują drzewka cytrynowe, a pomarańcze są dojrzałe (w sensie na drzewach).

w piątek natomiast udałam się do najsławniejszego klubu w portugalii. tak jak z największym centrum handlowym, tak i z klubem, nie trzeba się wysilać. sława klubu (o wdzięcznej nazwie lux) wynika z tego, że współposiada go john malkovich. i co z tego? miałyśmy z belgijkami iść na djski set roisin murphy (nikt jej tutaj nie zna z moich znajomych, więc sto razy odśpiewałam jej przeboje), i poszłyśmy. był mega tłok, osławiona door selekta to chyba żart, bo portugalczycy, ten naród niskich ludzi, ubierają się wyjątkowo beznadziejnie. a ja, błyszcząc nową sukienką(błyszcząc w przenośni) wyjebałam się na pustym dancefloorze piwnicy, na górze za to był megaścisk, wszyscy śpiewali forever more, jakiś otyły hiszpan wrzeszczał patrząc na mnie "tej pani czerwoną kartkę", a ja chciałam go uderzyć, bo na serio, nie lubię takiej muzyki (ale każdy erasmus musi pójść do luxa, żeby zdobyć experience), i nienawidzę tłoku. więc o czwartej pomknęłam do domu, mijając zmarzniętą grupkę czekających na cudowną rozrywkę. no i co? never more! błagam!


za to w sobotę była przechadzka z miłymi włochami (i panem z azorów) na mourarię, czyli taką dzielnicę spod ciemnej gwiazdy, pod zamkiem, gdzie narodziło się fado. było pięknie!!! chodziło o to, żeby poznać malutkie bary w tym niesławnym miejscu (przysięgam, pan obok mnie zjadł całą smażoną rybę popijając winem), kiedy ci, którzy umieją, śpiewają dla wszystkich fado, a dwaj muzykanci prztygrywają na specjalnych gitarach. nie lubię fado, a raczej nie lubiłam (ha!), bo kiedy się siedzi na oboźnej z kartką z tekstem z lukami, i leci fado z zepsutego magnetofonu, i wszystkie słowa, których brakuje, to smutek, miłość, i statki (zazwyczaj), chyba nie jest zagadką, że to koszmar. ale tutaj, kiedy przy refrenach cały bar zaczynał podśpiewywać, ginjinha lała się strumieniami, każdy (na serio), kto chciał, śpiewał, też swoje własne fadowe kompozycje, chodziliśmy do malutkich barów, gdzie nikt się niczym nie przejmuje, to było bardzo, bardzo piękne.

poza tym, jesieni nie można zaprzeczyć! ale nie narzekam (jak się ma prawie pokój bez okna, przynajmniej szybko się go nagrzewa). żeby spędzać sobie miło czas, znajduję miejsca takie jak to (bo chodzi o to, że w portugalii nie ma miejsc do siedzenia, tylko do stania i szybkich akcji, bo zazwyczaj jest ciepło, więc można bywać na wolnym powietrzu). to tutaj jest ewenementem, plus znajduje się w najsłodszym parku świata.

a! i wreszcie zjadłam najsłynniejsze ciastka portugalskie! bo pojechałyśmy z Alice do Belem, ale nie widziałam tej najsłynniejszej wieży ani szczątków camoesa, bo pomknęłyśmy na wystawę o architekturze afryki i brazylii. no tak! ciastka były pycha, a że było święto dziękczynienia, przywiozłam też po jednym dla współlokatorów, bo serdecznie za nich dziękuję! (robimy razem hanukę, ole!) a w całym naszym domu pachnie curry i mlekiem kokosowym, bo to właśnie mieliśmy na kolację.

Wednesday, November 24, 2010

greve geral

dzis strajk generalny, wiec nie ma szkoly, metra, wiekszosci autobusow i sklepow, jednakze kiedy w poludnie wybralismy sie na ginjinhe z moimi ulubionymi sasiadkami, nie mialysmy zadnego problemu ze znalezieniem lokalu. niestety wisniowy likier na pusty zoladek to nie jest najlepsza opcja, jednak alessandro, student medycyny, ktory jest najslodszym wlochem swiata, juz gotowal dla nas lanczyk w swoim mieszkaniu na szczycie kamienicy, wiec problem rozwiazal sie sam.

tak wiec dzien uplywa nam (prawdziwym lisbonczykom i new born lizbonczykom rowniez) spokojniutko, a w planach mamy pierogowy obiad (pierogi nabyte zostaly w ukrainskim sklepie).

dlatego zamiast moich osiagniec dzisiejszych, zajmiemy sie portugalskimi dekoracjami przestrzeni publicznej. wszyscy wiedza, ze narod ten okleja wszystkie budynki kafelkami od srodka i na zewnatrz, ale przeciez dekoruja tez chodniki! tomek uwielbia wysmakowane nazwy sklepow, ja wole prostote :) tutaj oznaczajaca optyka:

Monday, November 22, 2010

new dress charisma

jutro po szkole jadę do centrum ogrodniczego w poszukiwaniu drzewka oliwnego. jako, że podobno są drzewa męskie i żeńskie, zamierzam nabyć Barbarę. trzymajcie kciuki, bo centrów z oliwkami jest bardzo mało!

z innegj beczki, michelle obama robiła podobno zakupy na naszej ulicy, a ja oczywiście to przegapiłam! bo sama robiłam zakupy w moi drodzy największym centrum handlowym portugalii (to nie jest wielkie osiągnięcie). kupiłam długopis i taśmę, i komentarze stają się zbędne.

mamy z tomkiem plan odnośnie rozwoju polskiej stolicy, i wiążą się z tym moje spacery po mieście i zdjęcia robione z ukrycia, toteż przedstawiam państwu dwie czarownice przy quiosque koło akweduktu:

(plus byłam na forro w nowej sukience, i pan instrukror najsłodszy zapowiedział, że do czerwca będę ninja forro! i jak tu nie wracać rozradowanym?! warto było opuścić darmowy koncert na końcu świata, nie?)

Saturday, November 20, 2010

jesień, moi państwo! nad głową mruczą helikoptery, bo po sąsiedzku odbywają się antynatowskie demostracje, (byliśmy z julianeczkiem z czystej ciekawości, niestety okazało się to dość nudne). miałam w planach jakieś podróże, zwiedzanie, oglądanie nowych miast, ale po głębszych przemyśleniach doszłam do wniosku, że na podróże przeznaczę sobie drugi semestr, a teraz będę cieszyć się lizboną.


w ramach cieszenia się udaliśmy się na śniadanie na osiedle, gdzie żadne z nas nie było (-my z nieocenionym julianeczkiem) do przeuroczej knajpki na kawę i brigadeiro, czyli brazylijską pyszność. wtedy też wpadłam w szał oglądania kafelków. na początku mojej lizbońskiej odysei nie mogłam oderwać wzroku od kafelkowych ścian, ale szybko się przyzwyczaiłam, dziś łaziłam pół dnia po lizbonie (zatrzymując się na kawkę w każdym z napotkanych quiosques, znam ich coraz więcej! ) i te kafelki prawie się nie powtarzają! dlaczego portugalczycy mają tyle kafelkowej inwencji?


i tak mija sielska sobota. pachnie jesienią, ale czasem zdejmuję płaszczyk na ulicy, bo jest za gorąco.

Thursday, November 18, 2010

zaległa notencja

drodzy państwo.

grzeję się przy nowo zakupionym grzejniku (tym z supermarketu), wróciłam z lekcji forro, gdzie było fantastycznie, a wczoraj w nocy była impreza forro, gdzie najstarszy kelner (około sześćdzieiątki) postawił mi kieliszek ginjinhii. takie rzeczy są tylko w portugalii! i rozpoznają mnie już na tych fiestach! kurczaki! (mimo że głównie balanuję z kieliszkiem i się śmieję). a o poranku dziś pojechałam autobusem (nowość!) do pałacu w kolorze różowym, gdzie mieliśmy poranne zajęcia z historii sztuki. a teraz słucham pauli i karola (mówcie, co chcecie) i postanowiłam, że opiszę wam moich współlokatorów, bo są wyjątkowi i już niedługo nasz skład pozostanie ten sam.

no to zaczniemy od julianeczka. jest to chudy niemiec, o którym szalony francesco mawiał, że ma aparycję seryjnego mordercy, bo jet perfekcyjny i opanowany w nieprawdopodobnym stopniu. co jest prawdą: mieszkam z nim już od dwóch miesięcy, ale ciągle mnie zaskakuje. jest chodzącym zegarkiem, a rano można go spotkać, kiedy pierze nową dawkę ubrań. wprowadził na nasz strych terror mycia nawet jednego kubeczka natychmiast po wypiciu zawartości, i bardzo dobrze gotuje. ma rozkrzyczaną dziewczynę marlen, która jest nauczycielką w podstawówce. jest przemiłym kompanem w zaskakujących sytuacjach, na przykład na obiadach w stowarzyszeniu kabowerdiańczyków, i nie zwraca uwagi na humory (julian, smutno mi. tak? mi też było smutno miesiąc temu). dał mi w prezencie kalendarz adwentowy, taki z czekoladką na każdy dzień grudnia, i biało zielone zatyczki do uszu. julian wyjeżdża (no dobra, za miesiąc) i już mi dziwnie.

na przeciwko pokoju juliana mieszka dries, właściciel jedynego pokoju z prawdziwym oknem. jest to belgijski surfer o posturze typowych autralijskich backpackersów, i tom pierwszy odkrył, że dries jest po prostu przedobrym chłopcem. uwielbia studenckie imprezy, ale chodzi ze mną na forro z uwielbieniem.

oihane to baskijka, i określmy to tak, że jest taka, jak tysiące młodych hiszpanów, hipisowata i pozbawiona trosk. co jest fajne, ale nie jesteśmy przyjaciółkami, mimo, że pomagamy sobie, każda na swój sposób. oihane ciągle imprezuje i na pytanie, jak się ma, odpowiada zazwyczaj "spokojniutka". i tak jakoś leci.

plus ana, portugalka z porto, która całe woje życie zostawiła tam właśnie, przybywając do lizbony na trzymiesięczny staż. nigdzie nie wychodzi, nie ma nowych znajomych, nigdy sama nie gotuje (zupy przywozi w tupperwarach an cały tydzień) ciągle się uczy i zawodzi, że jest zmęczona, ale jest bardzo bardzo sympatyczna.

tak więc oto nasza wesoła kompania!

Tuesday, November 16, 2010

znów poniedziałek

taaa... posiadanie wybranka serca na drugiej półkuli, kiedy różnicy jest 11 godzin, jest dość specyficzne.

siedzę w kapturze pod kołdrą, bo zaczyna być zimnawo. widziałam sąsiada kupującego grzejnik w supermarkecie pod domem, bo był tani, i będzie mu suszył pranie. jutro idę zrobić to samo.

a dlaczego nie leżę sobie błogo z książeczką, albo nie baluję z jakimiś włoszkami? no, zastanawiałam się, czy zaśmiecać blogunia nienawiścią, ale trudno. *&^%$#@! przecież można się zajebać, zapamiętując sentencje typu umuntu ngumuntu ngabantu , bo pani wymaga od nas wielkich ilości wynurzeń na temat ubuntu. ha! czyli wcale NIE systemu operacyjnego! i to miał być mój ulubiony przedmiot! najciekawszy! w sumie nie mam z czego wybierać, przecież można się pociąć, śledząc moje wyczyny edukacyjne (chociaż zerkam czasem na usosa, żeby sprawdzić, czy w tym roku też dostanę stypendium), ale jeszcze tylko kilka miesięcy, a potem? no?

ps. wczoraj była przemiła niedziela: z chłopakiem z drugiej półkuli pisaliśmy recenzję w języku wilhelma zdobywcy, a potem poszłam na międzynarodowy obiad, gdzie wydarłam żarłocznej dunce resztę kisza, i zjadłam winter dish znajomych belgijek. było przemiło, i po pijaku (no, no, po winku), zgodziłam się na podróż do paragwaju w najbliższych miesiącach. jutro kupuję kupon na loterię.

Sunday, November 14, 2010

ale chyba raczej tak

nasz dom przeżywa inwazję dredów, bo przyjechali hiszpanie. sama miałam dredy, tak, wiem, ale czuję się, jakbym była z powrotem w granadzie. co ma swoje dobre strony, w sumie.

nie powinnam umieszczać takiej radosnej pijackiej notki, bo rano się obudziłam (po nocy z różnymi alkoholami), i mimo, że się nie upiłam, to miałam lekki ból głowy (bo belgijskie piwo nazywa się duvel, czyli diabeł, więc nie można go pić za dużo). okazało się, że dzwonił tom z australii, ale jako że spałam z zatyczkami wetkniętymi w ucho środkowe, nie odebrałam, a kiedy zadzwonił znów, nie mogłam przestać płakać, i jęczeć, że nie chcę, żeby był daleko. potem było tylko gorzej: myślenie (bo nie robienie, rzecz jasna) o obowiązkach szkolnych, gówniane eseje, testy midtermowe (tylko jeden w ten wtorek i potem zamierzam spędzić każdą noc na tańcach), męczenie się rozterkami innych, a także wysłuchiwanie mojej mamy, która jest przekonana, że ucieknę do sydney jeszcze przed urodzinami, i pyta, czy chcę wyjść za tomka za mąż. no przecież skąd mam wiedzieć już teraz!

Saturday, November 13, 2010

piątek, wieczór, wspaniałości

hej! bo jestem taaaaka szczęśliwa...

no bo niby pijemy sobie winko ze współlokatorami, ale jakie trzeba mieć szczęście, żeby mieć fajowych współlolatorów, wspaniałe sąsiadki, fajne (bez okna) mieszkanie, najlepsze przyjaciółki, najlepszego tomka na świecie i w dodatku być o krok od ukończenia studiów? (przynajmniej tej dziwkarskiej iberystyki)

ok, wypiliśmy winko, beligijskie piwo, francuską mieszankę lemoniadową, zjedliśmy pizzę i tańczyliśmy do swinga...

Friday, November 12, 2010

czwartek

poszłam wczoraj z luaną, moją najlepszą koleżanką, na kasztany i wino, ponieważ z okazji dnia świętego marcina, kiedy to w piwniczkach nie-wino zamienia się w wino (tak przynajmniej tłumaczyła luana), na ulicach lizbony sprzedaje się pieczone kasztany i kubeczki wina właśnie. chodziłyśmy sobie skubiąc kasztany, i zaczepiali nas szaleńcy (to twoja wina, stwierdziła luana), i znajomi, chociaż rzadziej. i był wieczór, i pachniało jesienią.


ale przecież muszę wspomnieć o lanczu! poszliśmy z julianeczkiem, moim serdecznym współlokatorem, na eating while dancing. jco czwartek impreza ta odbywa się w na ósmym piętrze biurowca dwie ulice od nas, i do obiadu przygrywa kabowerdiańska kapela, grająca morny. czyli typowe tamtejsze piosenki. i panowie w garniturach (średnia wieku 40 lat) podrywają się i prowadzą na parkiet swe partnerki, tańcząc z nimi w sposób, który julian uznał za niewłaściwy (mój partner - TAK! tańczyłam!- przyciskał do mnie swój wielki brzuch szepcząc to jest very sensual, ale podziękowałam, i tańczyliśmy jak na weselach). było wspaniale, mimo że przez cały dzień chodziłam głodna, bo na cabo verde nie znają pojęcia wegetarianizm (i dostałam jajko, ryż i frytki).

ps. jako że tomeczek wróbeleczek wyjechał (aktualnie mknie gdzieś nad azją), ciakych zdjęć będzie coraz mniej, ale będę się starać! a za kilka miesięcy wszystko wróci do normy, bo spotkamy się znów (już mi się to śniło, bo nie mogę się doczekać).

Wednesday, November 10, 2010

voce e muito gira, sabia?

założyłam dziś mój ulubiony outficik PLUS stukające buty i tak zaczęła się zwyczajna środa. pomknęłam na zajęcia, które miały się odbyć w takim jednym pałacu pod lasem, i szkoła płaciła za nasze taksówki. lubię takie zajęcia.

ale jako że wczoraj wieczorem poszłyśmy tańczyć forro, i impreza przeniosła się z jednego klubu - stowarzyszenia do - uwaga - klubu AMBASADY (mieszkańców trzech municypiów na północy portugalii), było wspaniale. wszystko było stare i pełne stiuków, a kiedy porwał mnie do tańca jakiś brazylijski portugalczyk, orkierstra zaczęła grać country, no i tego trzeba było moim postukującym butom! wszyscy odskakiwali, kiedy tak wirowaliśmy podrygując. a potem moja sąsiadka zabrała mnie do ukrytego baru na alfamie, gdzie sieę zgubiliśmy (nie jest to trudne, ale też nie bardzo kuszące, kiedy pada deszcz). w końcu znaleźliśmy bar, gdzie kilku hipisów grało na gitarach, a stary pan z białą brodą śpiewał stare piosenki.
no i właśnie dlatego byłam zmęczona, wiec niewiele zapamiętałam, mimo że pałac był arcy ładny, a las (montsanto, jak to mówią płuca lizbony) bardzo kuszący. no i tyle.
a! i na serio, w weekend w moim małym pokoiku spaliśmy we trójkę, ponieważ odwiedził mnie jakub k., o czym już pisałam. ale teraz przedstawię dowody (że było super i CIEPŁO)


(no i że pokazaliśmy mu trochę wiednia w lizbonie)


Tuesday, November 9, 2010

casual monday

po bardzo zwyczajnym poniedzialku nadszedl zwyczajny wtorek, w sumie to juz sie prawie konczy! nie wydarzylo sie nic spektakularnego, poza tym, ze napisalam outline pracy, ktora spedzala mi sen z powiek (a nie jest to latwe), kupilam sobie stukajace buty (przyznajmy to, pierwsze w zyciu) i poszlam w nich na taniec, co nie bylo dobra opcja. zrobilam niedobry obiad w 20 minut, i utwierdzilam sie w przekonaniu, ze nie lubie oberzyny, chociaz trudno jej nie lubic, jesli przyjazni sie z wloszkami. moze po prostu nie lubie oberzyny w obrzydliwym obiedzie?


tesknie za tomkiem wroblem sto razy bardziej niz myslalam ze bede tesknic i oto pokazuje wam piekne zdjecie jego wlasnie (przebywa teraz w londynie, gdzie pogoda jak wiemy bywa nie najlepsza, ale juz pojutrze znika na antypody).

Sunday, November 7, 2010

"a jestes niby taka swiatowa"

otwieramy dzis zdjeciem tomka, ktory rysuje torreadora w jednym z najbardziej hiszpanskich barow hiszpanii, ale zostawmy to juz. no, bo! tomek odjechal, kuba odjechal, zostawili mnie na pastwe portugalii i co? wcale sie nie ciesze.

weekend uplynal pod znakiem polskich akcentow i zaskakujacych wydarzen (of course). poniewaz w sobote pojechalismy do sintry, o ktorej pisal franciszek ziejka w pieknych slowach, ale jako ze z jego ksiazki pamietam przede wszystkim opowiesci o flakach na obiad i ilosci bulek na sniadanie, ociagalam sie z wycieczka. ale jednak! bylo pieknie i wszyscy musicie to zobaczyc, bo mimo ze tomek zapomnial przekazac mi porady juliana mego wspollokatora (zwanego julianeczkiem), ze jesli w lizbonie jest cieplo, to w sintrze bedzie deszczowo, przezylismy. byly kolorowe drzewa, i mega piekne zameczki, a na koniec, kiedy nie moglam sie doczekac, zeby poczuc sie jak bill bryson, i usiasc nad cytrynowym piwem, bar byl zamkniety, wiec udalismy sie do domu,wprost w objecia kuby. ktory zabral nas na skrzyzowanie, zeby zrobic film, ktory, mimo ze plagiat, zrobil juz lekka kariere na facebooku.

ale najpierw pikczersy:


to by bylo na tyle z wycieczek. w piatek za to byla kolacja ogolnodomowa, czyli trzy mieszkania razem, a potem udalismy sie we trojke na koncert, ktory byl - wybacz jakubie - okropny, ale im sie podobal. mi nie, wiec siedzialam na tarasie ogladajac dzikie tlumy na bairro alto, a potem natknelam sie na bernardyna na schodach, wiec skomplementowalam go po hiszpansku, i wcale nie nie zjadl.

w sobote natomiast udalismy sie z ludovika i jej nowo poznana (przez nas) mama na obiad. i to byl hit! hit hitow! bo jest to ukryta, domowa chinska restauracja, gdzie je sie w pokojach normalnie, w przedpokoju stoi akwarium, a w lazience szczoteczki do zebow. poza tym pani chinka nie mowi po portugalsku, ale swietnie sie ze wszystkimi dogaduje. przyniosla nam na seder mandarynki. bylo cudownie. na przeciwko, w okolicy jak z faweli, byl bar, jak w faweli, wiec siedzielismy sobie podjadajac orzeszki, az przyszla nasza kolej (bo casa chinesa chociaz nielegalna, to jednak troche jak w warszawie), i wybralismy z menu napisanego po chinsku i portugalsku, a potem kazdy jadl z wszystkich talerzy podgryzajac krewetkowe chipsy. w planach jest nielegalna restauracja caboverdianska. niech juz szykuja cachupe!


ale! w madrycie wcale nie bylo tak slabo. i bylo duzo jedzenia. i nie mam juz sie czym martwic (ze tomek mnie nienawidzi), bo po jego odlocie wiem ze jest tak jak byc powinno (choc nie po mysli mojej mamy) i ze bedziemy mieszkac w domu z kangurami i vespa. wiec prezentuje zolwie z najfajniejszego dworca, i sniadanie hiszpanskich wszechczasow:




UWAGA: wszystkie zdjecia godne zauwazenia robi tomek wrobel. a ja je publikuje zeby zwiekszyc nieliczne grono czytelnikow, ale nie chce myslec, z jakim skutkiem!

ps. z racji wyjazdu toma dostalam od wspollokatorow jeden dzien specjalnych uczuc: zrobiono mi obiad (w sumie nie wiem do konca czy zrobiono MI, bo dostalam swoja porcje wtedy, kiedy chlopcy sie upewnili, ze sa najedzeni, ale to byla niespodzianka, wiec nie dbam oszczegoly), a dries upral mi recznik. i kupilam sobie kafelkowe piatki na moje warszawskie drzwi. odwleklam rowniez termin powrotu w warszawskie pielesze, wysylajac jedna tajemnicza rzecz, ktora powinna w najblizszym czasie wygrac mi pokoj gdzies na poludniu europy.

Tuesday, November 2, 2010

po weekendzie

bylo tyle okazji zeby jesc pyszne rzeczy, ale srednio utkwilo mi to w glowie. moze dlatego, ze madryt to nie granada, i tapasy to talerzyk orzeszkow a nie kanapka z tortilla. a moze dlatego, ze nie jest wcale az tak super jak mialo byc? pamietny kolumbijczyk juan pablo wyznal mi po latach, ze zaczelam mu sie na serio podobac, kiedy to wyznalam, ze nie jem, kiedy jestem nieszczesliwa. no wiec teraz nie jem, a przynajmniej nie tyle, co zazwyczaj, i dostaje atakow placzu (nienawidze plakac w samolocie, niestety mi sie zdarza). no ale. od jutra bede nosic perly kazdego dnia.

w madrycie bylo nawet fajnie. tomek wrobel jest kolejna po bolti osoba, ktora ciagam po hiszpanii, kazac wachac i podziwiac jak specyficznie pachnie. ale nie bylo tylu swinkich nog powiewajacych nad glowami w knajpach, tylu ciemnawych barow, tylu wrzaskow po hiszpansku* zebym oszalala z radosci. mimo to potwierdzilo sie to, ze w hiszpanii mozna pic piwo z fanta, czyli clare, od rana od poznego sniadania, i sie wcale nie upija, tylko jest coraz przyjemniej.

a tymczasem:
chuva!

* zamieszkalismy w madrycie w domu szalonej francuzki, ktora nigdy nie nosi spodni i wydaje ciekawe dzwieki, jest bardzo mila ale tez dziwaczna. studiuje angielski i uwielbia australie, a jako ze tom nie mowi po hiszpansku (chociaz wierzy ze mowi), nie moglam sie rozszalec z moim pokrzykiwaniem, jak zwykle bywa, tylko lazilam i gadalam w jezyku moi panstwo wilhelma zdobywcy. ale za to spedzilam hiszpanskofonski wieczor, kiedy spotkalam sie z moja wspollokatorka z granady, ktorej nie widzialam trzy lata. dlaczego hiszpanki sie nie starzeja? to bardzo ciekawe i jeszcze bardziej godne pozazdroszczenia. uslyszalam za to, ze jestem chudsza niz w hiszpanskich czasach (co nie jest dziwne, bo wtedy po cichu zjadalam kilogramy ciastek z kawiarni gdzie pracowalam, i zywilam sie colacao i ciastkami z pobliskiej cukierni, ktore mialam przynoszone do lozka), i mnostwo plotek o dawnych znajomych i przeszlych przyjaciolach, wszystkie nieprawdopodobne i jak z filmow, ale swiadczace o tym, ze zycie mknie! i porzuca niektorych w polnocnej karolinie.