poza tym, zmieniłam akcent na włoski. w barach, na przystankach, ludzie mówią, no nie wyglądasz na włoszkę, a taki akcent... czyli wszyscy z wydziału iberystyki powinni teraz zacierać ręce, ale pewnie znajdą następny problem.
wracałam dziś do domu z dziewczynami z forro taksówką, która jechała 120 na godzinę po ulicach lizbony, słuchając fado, a potem barbry streisand. i piłam sangrię na bazie z szampana. plus byłam w niebezpiecznej dzielni na imprezie, ach! do tego stopnia, że moim ulubionym zwyczajem pochłonęłam przed chwilą całą resztę makaronu, tak jak lubię.
7 maja mieliśmy szczęśliwie odinstalować skajpa i inne komunikatory transkontynentalne, ale niestety, chyba dopadła nas rzeczywistość. zamiast tego biorę co się trafi, bo uznałam, że jedną z dobrych metod na dobre życie jest bycie brazylijczykiem. tak, wiem, oglądałam dokumenty o biedzie i strzelaninach, przeczytałam epopeję o nordeste, ale jednak, takie jest moje zdanie. tego będę się trzymać, i pozwalam rzeczywistości na dzianie się.
plus, mały apjecik. za dokładnie miesiąc będę leciała do polski, i chcę tańczyć co wieczór (i ranek) do taj mahala, jeść makaron o piątej, i czy to się musi kończyć?
No comments:
Post a Comment