Sunday, June 12, 2011

fleetfoksiki w uszach (niedlugo sie spotkamy, la la la! - w miescie know how co prawda, a nie w lizbonie), ostatnia praca w dziejach na iberystyke napisana (i niech tak zostanie. nienawidze tego niepozornego budyneczku z calego serca), lizbonskie lampki choinkowe zakupione mi przez drieska w continente szczerza sie z regalu na ochocie, a ja sie dusze, niestety. nie wiem, co mam robic, dokad isc ani co planowac. zabraklo mi pomyslow. chodze spac przed jedenasta bo nie za bardz moge zniesc to wszystko dookola, wiec przynajmniej sobie spie. to ide. pa.

Sunday, June 5, 2011

podwójne życie

no, nie będzie łzawych podsumowań. chciałabym tylko powiedzieć, że jednak się popłakałam w lizbonie. kiedy żegnałam się z alessandrą. która się ze mną pakowała, i z którą zrobiłyśmy razem ostatni - ojeju! jak to okropnie brzmi - lanczyk, i jak zawsze wzruszył mnie jej wkład w gotowanie, bowiem przysmażyła szałwię nadając smak tortellini z pingo doce - tęsknię za pingo doce! - i zjadłyśmy to wszystko na dachu, na jej kocu w deseń zebry. alessandra dostała się na magisterskie studia do delft, i tam będziemy się widywać (oby). (jeśli będziemy mieszkać w londynie, a dries ciągle w gencie, będzie wsiadał do tego pociągu, który jeździ tunelem pod kanałem la manche, i będziemy razem tańczyć forro). więc potem alessandra zabrała 13 kilogramów bagażu podręcznego (kiedy ja targałam 25 podstawowego) i podążyłyśmy na cais do sodre, skąd był autobus. i kiedy już ulokowałam barbarę na siedzeniu obok mnie i zakupiłam bilecik na lotnisko, i miałam się żegnać z moją najmilszą współlokatorką ever, dopiero wtedy się rozpłakałam, chociaż cały ten rok to było wręcz niebieskie merci, pudełko tylko pysznych czekoladek, i powinnam płakać na każdym rogu (tak jak robiła to nausicaa). no i ciągle płaczę kiedy myślę o tym pożegnaniu z alessandrą, więc uważam, żeby nie zacząć o tym myśleć na przykład w empiku lub tramwaju numer 9.

a potem jechałam sobie mijając mój ulubiony główny plac miejski, najfajniejszy podejrzewam w europie, mój stary dom, moją szkółeczkę, siedzibę stowarzyszenia obywateli makao, i wszystko, wszystko było och wspaniałe, ale podobno lepiej jest wyjeżdżać, kiedy wszystko jest na szczycie cudowności, żeby nie pamiętać ewentualnego spadku formy.

a więc, powiedzmy, te dwa semestry były odległe os siebie o świetlne lata, pierwszy to było nurkowanie w przyjemnościach, spanie do 13 po imprezie każdej nocy, tysiące nowych znajomych i w ogóle, a drugi to nie powiem, zbieranie śmietaneczki. sprawdzeni przyjaciele i dobre jedzenie (ciągle mam na języku dorsza w śmietanie i potracza z winnicy), wybrane fiesty i forro do rana cztery razy w tygodniu, spódnice w leoparda i podróże, trąbki i pochody na ulicach, najlepiej, najlepiej. tak naprawdę niewiele zmieniło się od 15 marca, kiedy chciałam napisać notencję, ale jakieś zdarzenia przerwały mi jej tworzenie, ale pozwólcie, że ją zamieszczę, bo na serio oddaje to, jak było do końca:

w ogóle dziś myślałam jak to szalenie fajnie jest mieszkać w lizbonie (znowu). poszłam na obiad (znowu), bo ciągle ostatnio ucztujemy, tym razem na samej górze lizbony, w ślicznym domku niemców, gdzie przy balkonie rośnie palma gigant. wyszłam wcześniej, bo szłam na forró, i w deszczu pomknęłam na tramwaj (po portugalsku electrico, czy to nie jest najsłuszniejsza nazwa tramwaju na świecie?), i jechaliśmy w deszczu tym ślicznym żółtym tramwajem (tym które zawsze są na zdjęciach z anną marią jopek, bo oni kupili sobie tu dom), zabytkowym, prawie ocierając się o ściany kafelkowych kamienic, i było pięknie. a potem tańczyliśmy przez dwie godziny.
i nie o to chodzi, że tu jest łatwe życie, bo wiadomo, że erasmusowska egzystencja to nie jest najbardziej problematyczny żywot. Ale... (i tu zapewne zawołali mnie na jedzenie, i nie dokończyłam).

bardzo mi przykro, że nie mogłam zostać dłużej, ale obiecałam sobie, że zjem jeszcze tysiąc dorszy, właśnie w lizbonce, a teraz czas ustąpić innym niespodziankom (i zetrzeć z horyzontu buźki z iberystyki, bo tego się nie da więcej znieść).

to takie dziwne z drugiej strony, wróciłam i wpadłam w polski kompot, z niedzielnego musta w postaci imprezy brazolskiej w steps spokojnie przeszłam do wstawania o świcie i wściekłości w tramwajach (które jeżdżą po linii prostej i nie da się wystawić głowy za okno. co za beznadzieja).

to tyle. było cudownie. dziękuję za uwagę i do zobaczenia w obliczu następnych przygód, które może uregulują trochę mój żywot, ale mam nadzieję, że nie zbliżą go do tego, od czego uciekam od lat. trzymajcie kciuki (a dopo in italia, ściskajmy kciuki).


ps. kiedyś, na plaży jabłkowej, koło sintry, piknikowaliśmy, jak zwykle z włochami, więc jak zwykle z polotem, i jedliśmy kanapki z kozim serem i gruszką. pycha.
ps. dzień przed wylotem zaliczyłam pierwsze pływanko w oceanie, w carcavelos. delicja.
ps. jednym z haseł, którego ktoś poszukiwał kiedy wszedł na bloggiego jest śniadanie z kangurami.

Wednesday, June 1, 2011

koniec bajki

siedzę właśnie wysychając po kąpieli (lekko się zadyszałam starając się spakować między innymi nowe srebrne espadryle, barbarę, ozdobny łańcuch z festas populares, i tak dalej), i muszę przyznać, że dzisiejszy samolot do warszawy weźmie mnie na pokład (musi! już oddałam moją poduszkę). wczoraj było pięknie. poszliśmy na butlę ginjy, i w doborowym towarzystwie do sekretnego na chińczyka na kolację. pani chinka przeraziła się teatralnie, bo tam trzeba robić rezerwację (jest jak widać bardzo sekretny), ale w końcu, na moje jękliwe zapewnienia że musimy, dała nam mały pokoik, gdzie siedzieliśmy prawie dwupiętrowo, ja wygłosiłam mowę, a wszyscy jedli, pili, i było wspaniale. potem imprezy, łzy (nie moje), schowane bary ma mourarii, dziwni przyjaciele alessandry którzy dodali dziegciu do naszej sielanki (umówmy się, jest granica między nieśmiałością i socjopatią, i oni tę granicę przekroczyli). tom wyleciał rankiem do berlina, gdzie zostanie smakując wspomnienia kilka dni, a potem przybędzie do grody warsa. a potem zobaczymy. łzawe podsumowania wkrótce!!!