Saturday, December 18, 2010

"Groza świata jest straszliwa i tylko bliskość nas ratuje"

no to przyjechałam.

hmmm... jest różnica.

pomijam istnienie śniegu, mrozu (chociaż dzisiaj było na przykład bardzo świeżutko i miło), niemiłych kelnerów (witaj warszawskości!), tramwajowe korki (dziś w tramwaju umarła pasażerka, stąd przestoje) i tosty za 10 złotych (tosztasz w portugalii - tanie a jednak bezcenne). ale można leżeć sobie w łóżku i czytać książkę, spotykać wszystkich, którzy tu mieszkają, i się do nich przytulać (opcjonalnie), i mówić po polsku.

no i tyle. bloggy (w slangu pol-aus) wznowiony będzie pod koniec stycznia, bo o czym mam teraz pisać? o śniegu?

na samej górze lizbony jest czerwony dom:

Friday, December 17, 2010

all stories are love stories?

chwilowo przestało mi zależeć, czego się nauczyłam i co widziałam, a co nie. jest mi okropnie smutno. obudziłam się ze łzami w oczach, wylałam ich trochę podczas rozmowy porannej z t. wróblem, szybko pożegnałam się z julianeczkiem, gdyż nie mogłam powstrzymać kolejnej kolejki łez, rozpłakałam się jedząc mus czekoladowy u belgijek, było mi przykro, kiedy analizowałyśmy erazmusa przy kawce, przy soku, przy stoliku, a teraz siedzę wśród walizek, i już nie wiem. wyprowadzałam się tysiąc razy i zadomawiałam się w stu miejscach, i to, że czuję się dobrze i jak w domu po kilku dniach (poza irlandią, która tytułu domu nigdy by nie dostała), potem płaczę w samolotach i na dworcach, i już widzę siebie zawodzącą w warszawie, i na serio mam nadzieję, że zamkną lotnisko, zostanę tu do stycznia i prezenty wyślę pocztą. trzymajcie kciuki.

ps: opowiadamy:
http://videos.publico.pt/Default.aspx?Id=e8bbece2-9ff3-4a85-bf77-c9c05ee2f88c

Thursday, December 16, 2010

it's such a perfect day

jejusiu ale zimno!*
udałam się dzisiaj w góry. jest to krótka droga pociągiem podmiejskim do sintry, którą na pewno już znacie, bo byliśmy tam z tomeccinem jakiś czas temu (wieki temu znaczy).

pojechałam tam głównie po to, żeby poczuć się jak bill bryson (którego też już znacie, ponieważ jest fantastycznym pisarzem podróżniczym), wypić kawkę w takiej fajnej kawiarni i kupić tony prezentów. więc jako że w górach jest zimno, założyłam wszystkie najcieplejsze ubrania (łącznie z rękawiczkami z kanady), nie zapominając o okularach słonecznych, gdyż w portugalii nie miewamy ostatnio pochmurnych dni. z mych zadań wszystko zostało wykonane, było cicho i spokojnie, łaziłam sobie po sintrze (co prawda nie weszłam na żadne wzniesienie, więc nie obejrzałam ponownie ani jednego z zabytkowych bajecznych domków, willi i zamków, ale i tak bym tego nie zrobiła, bo nie chciało mi się samej**). po powrocie i krótkiej drzemce w pociągu (podejrzewam, że śpiewałam, bo śniły mi się piosenki, a pan obok mnie znacząco chrząkał), poczułam po raz pierwszy świąteczną atmosferę, kiedy poszłam do pingo doce, czyli biedronki (tak! biedronka jest portugalska! i tutaj wcale nie jest koszmarnym dyskontem!), gdzie grano cichą noc. i tak radosna poszłam do domu, starając się nie ślizgać i nie potykać za bardzo, bo torba kruchych prezentów, na którą wydałam fortunę, śniłaby mi się po nocach.

i tak oto, serdeńka, zbliżamy się do przedostatniego wieczoru w lizbonie. szykujcie się na podsumowania!


____________
* nie przeklinaj tyle, powtarza tomek wróbel
** no zastanawiam się, dlaczego!

Tuesday, December 14, 2010

to ostatni wtooooooooooorek

wyobraźcie sobie, że będziemy sławni! tak! oczywiście to tylko przepustka do sławy, ukazanie oblicza w najważniejszym dzienniku portugalskim. dobra, to brzmi górnolotnie, chodzi o to, że przyjaciel nausiki poprosił ją o zwywiadowanie znajomych erasmusów, jeśli chodzi o święta zagraniczne i portugalskie, czyli temat taki sobie, ale sami zobaczycie! (ja mówiąca hmmmm, musi być 12 potraw, żeby nadchodzący rok był pełen jedzenia...).

dziś w ogóle czułam się jak dziecko z bullerbyn, bo droga ze szkoły zajmuje mi ok 15 minut, a przyszłam do domu po dwóch godzinkach, bo świeciło słońce, i postanowiłam wrócić do domu trasą po parkach (bardzo bardzo piękną). i szłam, by zobaczyć największą flagę w portugalii, a potem wam o niej opowiedzieć (bo jest podobno większa od autobusu). i jej nie było! (julianeczek mówi, że nie ma jej już ponad miesiąc). no i tyle. potem byłam zmęczona, więc zasnęłam memlając rogalika, potem nagrywaliśmy wywiad (Ludovika mówiła o jedzeniu ok 5 minut bez przerwy, dodała też anegdotkę o tym, kiedy w dzieciństwie wystawiała miseczkę soczewicy dla reniferów mikołaja). a teraz jest 22 i muszę na serio zacząć się uczyć, bo jutro następny egzamin! ojeju!

ps. reisefieber! reisefieber!

czy kangury dudnią? czyli so lucky to be loving you

powiedzmy sobie szczerze: uniwersytet(y) przysparza(ją) mi trochę kłopotu, ale trzymam się. jutro egzamin, pojutrze egzamin, musze zrobić praktyki (kroki w tej sprawie zostały poczynione, wszystko załatwione, bo zaczynam mieć znajomości w portugalii :). ale to, co chciałam powiedzieć szczerze, to że mogłabym teraz pisać tylko o tym, że jest słabiutko, i podnoszę głowę znad dokumentu o wspólnocie krajów portugalskojęzycznych i spogląda na mnie rowerzysta rysowany metodą mr squiggle'a przez tomka wróbla, i chciałabym wyznać jak paul julii child (oglądałam o niej film jedząc pizzę doktora oetkera, i obiecywałam, że będę gotować) że to tomek jest masłem do mojego chleba. nuda co? ale mi się podoba :).

poza tym oczywiście będę gotować. potrzebna mi do tego moja własna kuchnia. i moja patelnia, i komfort przypalania bez komentarzy. bez setek ludzi łażących po domu, robiących kawę właśnie wtedy kiedy nie powinni, no i w ogóle chcę już spać w moim łóżku. wszystko mnie drażni, i gdyby nie to, że mam te głupie egzaminy, wyciągnęłabym już teraz (lecę w sobotę) walizkę i zaczęła pakowanie. oczywiście poza szkołą jest fajnie.

Sunday, December 12, 2010

pais tropical

byłam na imprezie. było fajnie.
pozwolili mi rzucić antropologię. jest fajnie.
mamy dziś w domu kolację z grzanym winem i irish coffee. będzie fajnie.

w sumie co z tego (oczywiście lepiej, niż żeby było niefajnie, ale wyciągam już walizkę i składam sukieneczki, chociaż wcale się nie cieszę na myśl o powrocie, bo chcę do domu znaczy chcę do mr sparrowa).

niedziela jest krótka, ponieważ wstałam w południe, zjadłam śniadanie po pierwszej, dokonałam stresującej korespondecji z władzą w postaci koordynatora erasmusa, i w końcu poszłam na poranną kawę (nie pijam kawy w domu, bo wtedy to żadna przyjemność). i szłam (i szłam) aż doszłam do mojego różowego quiosque i było ciemnawo, jesiennie, a ja siedziałam na ławce, latały samochody, łazili ludzie, skakały psy, i było hmmm, trochę jak w filmie (czy to ma sens?)

i potem poszłam w dół, na baixę do metra, i podszedł do mnie dziwny człowiek, który powiedział, widziałem cię w parku i chciałem porozmawiać, ale spotkałem koleżankę, i nic z tego nie wyszło. opowiedział mi o jeleniu, który przeżył pożar w muzeum nauki, dlatego jego imieniem nazwano salę (Sala Jelenia), i on ma tam wystawę (człowiek), bo jest artystą malarzem. opowiedział mi o filozofie, który mieszka niedaleko, i poszedł. jak widać jest to dziwna niedziela.

Saturday, December 11, 2010

zwroty akcji

mam już postanowienie na nowy rok: będę gotować. dlaczego jest tak, że uwielbiam jeść, i nic z tym nie potrafię zrobić? każdego roku po wakacjach, kiedy ciągle jeszcze mam głowę pełną letnich smaków, włoskich serów, brazylijskich soków i tureckich specjałów, wracam do warszawy i gotuję makaron z sosem pomidorowym? więc basta!

mój współlokator julianeczek nienawidzi gołębi. mamy nową świecką tradycję, w każdy wolny dzień chodzimy na kawę w nowe miejsce i sobie siedzimy na dworze (dziś było 18 stopni), julian klnie na gołębie, a ja szaleję z radości. po kawce dzisiaj było frisbee w mym ulubionym miejscu, na przeciw reklamy o casa macau, czyli stowarzyszenia ekspatów stamtąd, gdzie, jak sprawdziłam, rozgrywają turnieje w mahjonga. klasyk, nie?

idę dziś na fiestę, porzuciłam jeden koszmarny przedmiot z palpitacjami serca, czy sprawdzi się powiedzenie lepiej późno niż wcale? mam nadzieję!

a tak poza tym: madera, maroko, północ portugalii, mam liczne plany i w ogóle, ale żeby australia? si seniores! już wkrótce rozpoczęcie akcji pod krytponimem antypody, zaczynamy w poniedziałek od wizyty w ambasadzie (mam po sąsiedzku), kończymy lądowaniem w new south wales. wprost w objęcia tomka wróbla!

Friday, December 10, 2010

somebody give me a chair

zjadłam dziś królewskie pomarańcze. co więcej, mam jeszcze jedną w torebce! to niezwykłe wydarzenie związane jest z dzisiejszą wycieczką naszej grupy z historii sztuki pod lizbonę do pałacu w queluz, gdzie w osiemnastym wieku mieszkali możni. i król.
no więc chodziliśmy i chodziliśmy, ja zasypiałam na stojąco, bo musiałam zerwać się, żeby zdążyć na dziesiątą. ale potem poszliśmy do ogrodów, które miały przypominać te z wersalu, no i wtedy, wtedy moi drodzy!

symbolem i charakterystyczną rzeczą portugalii i hiszpanii są drzewka pomarańczowe i cytrynowe. wiem, wiem, to może wydawać się normalne. też bardzo lubię jabłonki. ale te pomarańcze w środku zimy! więc pomknęliśmy do zagajnika i jedliśmy je sobie zrywając prosto z drzew. zdjęcia będą później, bo oczywiście pozowałam zapchana królewską pomarańczą.

no dobra, to nie jest jakoś szczególnie pasjonujące, ale potem pojechaliśmy do następnego pałacu, no i wtedy, kiedy pani przewodnik zaczęła mówić, uznałam, że trzeba działać, wymyśliłam na poczekaniu jakąś ściemę i zniknęłam. pan ochroniarz, którego zapytałam, jak się dostać do belem, czyli najsłynniejszej wioski w portugalii, uznał, że jestem francuzką, i powiedział de pie vinte minutes. no ok, to szłam i szłam, aż doszłam to pomnika odkrywców, największego klasztoru, i uznałam, że jestem tu już czwarty miesiąc, a ciągle nie widziałam najsłynniejszej wieży (luana mówi, że jest nic nie warta, i że jak chcę zobaczyć, to ona pokaże mi zdjęcia). więc poszłam brzegiem tagu, i wypatrywałam tej wieży, a kiedy w końcu dostrzegłam moimi krótkowzrocznymi oczami jakieś zarysy, skończyła się droga! i zaczął wpływ do mariny, jeśli wiecie, co mam na myśli. w tej sytuacji wróciłam do domu, kiedy indziej się tam przejdę, i wezmę aparacik, żeby każdy, kto się tu pojawi, mógł odbębnić tę wizytę bez niespodzianek.

i myślałam, że podróże wietrzą głowę. tak jak nadtażański (znad tagu i mean) wiatr przewiewa mi przez uszy, tak mieszkanie w innym kraju bez tej turystycznej pazerności zostawia przyjemny smaczek. (a z drugiej strony, mimo, że w polsce mieszkać nie zamierzam, całe moje materialne pragnienie posiadania realizuję właśnie tam, oczywiście w mojej skali: kupię sobie wielką doniczkę i będę uprawiać drzewo oliwne o imieniu barbara, na przykład). bez komentarza.

ps. jesień na praca das flores:

Thursday, December 9, 2010

cztery włoszki i ja

wyszłyśmy dziś z Luaną z domu w samo południe, dokładnie w porze, kiedy zaczynały się nasze zajęcia. (jest bardzo ciepło i świeci oślepiające słońce, czuję się jak na sycylii - oczywiście nigdy nie byłam na sycylii). przed domem luana rzuciła naturalnym tonem, że teraz pójdziemy na śniadanie, a potem zapewne do szkoły. ach, śniadania w barach środziemnomorskich! (atlantyckich?) najlepsza kawa na świecie, sok, rogaliki, pokrzykujący kelnerzy i kruszący swoimi rogalikami portugalczycy obok nas, a przede mną Luana w wielkich przeciwsłonecznych okularach prawi o linii zmiany daty na pacyfiku. (luana, kiedy opowiada o swych rodzinnych stronach, zaczyna zawsze od na minha pequena adeia, czyli w mojej małej wiosce..., i ta wioska może stać się niedługo również moją! ale o tym w następnym odcinku)

na przeciwko mnie mieszkają dwie włoszki, z którymi rozmawiamy wrzeszcząc z okna do okna, o wdzięcznych imionach ludovika i nausicaa (to nie literówka, rodzice nausiki lubią starożytną grecję, stąd to imię). ludovika będzie pediatrą, po angielsku mówi z bardzo włoskim akcentem (moim ulubionym słowem w jej wykonaniu jest crap, czyli craaaappy) i ostatnio kupiła sobie na pchlim targu telefon, taki sam jak ten, z którym w dzieciństwie była emocjonalnie związana.

nausicaa jest wesołą bolognese (ciekawe, czy tak można powiedzieć?), zabiera nas w dziwne miejsca jak wiedeń w lizbonie, robi bruschetty na aperitivo w czasie imprez, i ma dwa tysiące znajomych.

moja ostatnia najważniejsza włoszka to alice, pochodząca ze wsi pod wenecją, jest bardzo mądra i mówi po portugalsku bez akcentu. wygląda jak poważna matrona, ale to tylko pozory, proszę państwa.

poza włoszkami są jeszcze włosi, ale nie będę na razie o tym wspominać. pokazałabym, jakie demoniczne drzwi widzieliśmy z julianeczkiem na spacerze z okazji kolejnej wolnej środy, ale nie mogę znaleźć kabelka, więc zamiast tego wrócimy do niedawnej przyszłości: panie i panowie, oto tomeccino wróbel! (w nowej odsłonie z sintry)

Tuesday, December 7, 2010

przedostatni tydzień roku w lizbonie

przestało padać. na całe pół dnia. z tym, że chodzi oczywiście o deszcz, a nie o śnieg, więc i tak jest przewaga nad rzeczywistością polską. przeżywam głębokie rozterki (bo będę samoooootna w polsce), a muszę tam siedzieć (dosłownie, bo w buwie) do końca stycznia. koszmar! ok, na razie muszę lecieć, obiecałam zrobić amerykańskie naleśniki.

jako, że był wczoraj dzień ze splurge mode on, zamiast herbaty i adwentowej czekoladki (z kalendarza od Julianeczka, pamiętamy) - mam plan oszczędności - poszłam na branczyk do najśliczniejszej kawiarni w lizbonie, którą posiadają nota bene austriacy, i dzięki temu poczułam się jak w europie: to nie jest już TYLKO smak sera! (bo musicie wiedzieć, że moja portugalska dieta opiera się na tostach, czyli w wymowie tutejszej tosztasz). więc jadłam moją niebywałą kanapkę z dawno niesmakowanymi specjałami jak chutney z mango, no i po prostu. a wnętrze wygląda podobnie do domu mojej nowej idolki, nie ma tam jednakże tyle różu.

i wiem, że nie jestem nieodrodną koleżanką znawców muzyki i towarzyszką życia fana najlepszych zespołów świata, ale byłam na ich koncercie, i tańczyłam od początku do końca (portugalczycy prawie nie tańczą, więc sfilmowała nas ekipa telewizyjna.

Monday, December 6, 2010

sto pytań do

zastanawiam się nad wieloma rzeczami.
przede wszystkim, dlaczego w każdym strategicznym miejscu nie ma włochów? są doskonali do rozładowania napięcia! wczorajsza włoska kolacja rozprostowała moje zmięte poczucie radości, napchała makaronem własnej roboty i tiramisu. w domu, w którym był prawdziwy stół. łał!!!!

albo dlaczego w portugalii nie ma sesji, tylko wszystkie egzaminy zdaje się w trakcie zajęć, co przyprawia mnie o nerwy i neiustanny ból głowy?

albo kiedy pojadę do australii.

albo dlaczego jesienią drzewka ginkgo biloba są takie mega żólte i jak by to było, gdyby wszystkie zupełnie drzewa były żółte?

dlaczego po obejrzeniu filmu o rwandzie idziemy na kawkę?

kiedy przestanie padać?

Saturday, December 4, 2010

nigdy nie wiadomo

luana, moja ulubiona włoszka, wczoraj zniknęła ze swojego domu i zamieszkała z nami. jej szalony współkolator groził, że ją zabije, potrząsając nad nią nożem. teraz jest jeszcze bardziej włosko, na przykład na kolację mieliśmy pomarańcze z oliwą, solą i pieprzem. pycha!

poza tym, żądam, żeby dzisiaj już się skończyło.

Friday, December 3, 2010

witamina D w nadmiarze

witam państwa!
od razu mówię, że zdjęcie obok nosi tytuł zwierzęta w lizbonie i są na nim DWA zwierzęta. jest ono wynikiem mojej wycieczki związanej z pogodą jakże inną od polskiej. byłam na alfamie pierwszy raz tak naprawdę (nie licząc wycieczek z moją grupą z historii sztuki, kiedy prawie nie widziałam z powodu zaspania), i jako że to jest post-arabska dzielnica, która nie została zniszczona przez trzęsienie ziemi, jest oczywiście fajowa, ale niestety (hiszpania skradła moje serce lata temu), wszystko już było. ale dotarłam (wdrapałam się) na najwyższy miradouro czyli punkt widokowy w mieście, gdzie natknęłam się na zwierzęta, i widoki: (co tam, pokażę wam, już mówiłam, epoka fajnych zdjęć skończyła się z wyjazdem tomka)





placyk w centrum, który wygląda tak dystyngowanie, jest centrum dzielnicy imigrantów ogarniętej złą sławą (tej samej, w której słucha się fado popijając ginję), i gdzie po zmroku można zostać ogwizdaną lub okradzionym. ale mi się tam podoba, jest jak w brazylii.

to tyle. psuje mi humor konieczność pisania pracy na wiele stron, nawet wieczorna ośmiornica (tak! idziemy do baru wiedeń style!) średnio pomaga. pozdrowienia.

ps. od kiedy zaczął się grudzień, julianeczek zaczyna ze mną rozmowę słowami: czy zjadłaś już dzisiejszą czekoladkę? (mowa o kalendarzu adwentowym - jest to kolejna mikroradość).

Wednesday, December 1, 2010

niedziela w środku tygodnia


obudziłam się dziś po niefajnych snach (śniło mi się, że mieliśmy w łazience bankomat, dlatego był tam wielki ruch i nie dało się wykąpać), znalazłam w łóżku moją torebkę i różne inne rzeczy, bo byłam na dziwnej imprezie, gdzie (muszę to dokładnie zapamiętać, nie wiadomo, kiedy może się przydać) był na przykład tort z czekoladowych kuleczek w formie sukni dla Barbie (Barbie była w to już ubrana), i piesek rasy jack russell o wdzięcznym imieniu gaspar.