moi drodzy. nie jest to może najlepsze zdjęcie (jak wszystkie poza tymi, których nie robiłam ja), ale chodzi o walory edukacyjne. bowiem udałyśmy się z alice w jej podróż urodzinową do leirii, a stamtąd do batalhii, ale o tym później. chodzi o to, że nad kawką natknęłyśmy się na przechodzącą orkiestrę, i ten oto pan na czele pochodzu gra proszę was na souzafonie! według polskiej wikipedii to suzafon, ale chodzi o to, że wynalazł go półportugalczyk o popularnym nszwisku souza, stąd souzafon. oczywiście w ramach akcji jesteśmy najlepsi usłyszałam tę opowieść w kantynie uniwersyteckiej już kilka razy, że portugalczycy nawet wynajdują instrumenty (i jest to największy instrument dęty, a nie jakiś fagot).
w leirii życie toczy się spokojnie, zamek góruje nad miasteczkiem, a kelnerzy narzekają na wiatr. plus nikt tam nie przyjeżdża, dlatego jest na serio niezwykle tanio. no ale, dwie godzinki t było wystraczające, żeby wszystko obejrzeć, i pomknęłyśmy w stronę batalhii, gdzie jest niezwykle piękny klasztor. niestety, wioska wokół klasztoru jest strasznie brzydka, dlatego niewiele czasu można tam spędzić, no ale cóż. pokazuję wam prześwietlone zdjęcie, a co.
w środku była hipnotyczna pani, która sprzedała nam nielegalnie tańsze bilety (nie prosiłyśmy), a także grobowiec henryka żeglarza, i kilku innych możnych (stań na palcach, mówi lonely planet, i zobaczysz, że nadal trzymają się za ręce... its true!!! to słodkie!). plus dziedzińce, kaplice bez dachu (budowa ciągnęła się za długo, i dali sobie spokój), piałam z zachwytu i w ogóle. alice też była zadowolona, choć nie tak wybuchowo jak ja. to tyle.
ps. tytuł się rymuje, bo po portugalsku końcówki przeciągamy, jeśli jest tam i, czyli będzie: alegrija em leirija! czy to nie super?! ;) czy mogę układać samby?
No comments:
Post a Comment