byłyśmy dziś na oriente, w parque das nacoes, który zbudowano w całości na expo w 1998 roku i od tego czasu służy w różnorakich celach (bliżej mi
nie znanych), i jest tam największe
oceanarium w europie. było super. w sumie jest tam jedna wielka głębia i milion innych akwariów. przy tej głębi można siedzieć, i podziwiać, oglądając spody wielkich tuńczyków, ryb-księżycy, i buźki rekinów (bardzo miłe).
były też ryby lantern-eye, które błyskają w ciemnościach oczami z prawdziwą elektrycznością, smoki morskie i porośnięte liśćmi koniki (też morskie). jednym słowem - wspaniałości.
ale karnawał, karnawał!
nie pojechałyśmy do torres vedras, ponieważ nam się nie chciało. zamiast tego giovanna oznajmiła, że karnawał jest w lizbonie, a następnie się rozchorowała (dlatego w pochodzie tańczyłam obłożona lekami dla niej). zaczęło się na najfajniejszym placu świata (lub jednym z)
a potem był pochód. portugalczycy wyróżniają się słodyczą przebrań:
... brak im jednak chęci do tańca, dlatego przerwałyśmy z madziolem łańcuch tłumu, i dołączyłyśmy do wesołego greka, który podrygiwał w przebraniu z prześcieradła.
wieczorami za to musimy nadrabiać braki ruchu, i chodzimy tańczyć. madziol zaliczył moją ulubioną wtorkową konieczność, niestety, to ja wirowałam w mej nowej układance, a magda sączyła amendoę amargę (słodziuteńki likier w migdałów), ale mówiła, że jej się podobało. no bo jak inaczej?
No comments:
Post a Comment