Friday, February 25, 2011

ao guincho!

pojechałyśmy wczoraj do cascais wczesnym rankiem, żeby załapać się na samorządowe rowery, porwałyśmy je, i zrzucając w pędzie kurtki i swetry, dojechałyśmy do plaży o guincho, osiem kilometrów wzdłuż oceanu, czy to nie fajne, taka świadomość, że przed nami tylko ocean, azory, a potem ameryka? dojechałyśmy na plażę (pod wiatr i ledwo), i odbył się piknik (pomidory smakują jak plaża, zdaniem jednej z towarzyszek), czy to nie fajne, że najtańszy ser z minipreco smakuje jak delicja, kiedy je się go i poszarpanego pomidora siedząc na pustej wielkiej plaży?


potem pomknęłyśmy do cascais, bo trzeba było oddać rowery w związku z zimowym horario (chociaż wiemy, że zima już się raczej skończyła). i znowu rozłożyłyśmy się na plaży, pan w barze sprzedał nam imperiale, i było po prostu idealnie. obudziłam się dzisiaj ze spieczoną twarzyczką, co trochę burzy mój wizerunek, ale nie szkodzi.

poza tym, przeżywam niejaki przesyt. nie wiem, może mam trochę dość wszystkiego, ile można imprezować? (ale mamy sobie kupić z jorenem, mym sąsiadem, deski do body boardingu - lub boogie boardingu, jak kto woli - tomeccino woli, więc może coś się szalenie polepszy. bo do tego trzeba pływać w płetwach!)

jutro idę tańczyć, już nie mogę się doczekać.

No comments:

Post a Comment