witam was z mej książęcej kanapy. korzystam, bo nikogo nie ma w domu, i tak sobie spędzam najmilsze chwile, samotnie, w słonecznym pięknym bielutkim i tak dalej apartamencie.
moją lekką obawę budzi fakt, że żeby nie musieć uszczknąć z mych oszczędności na czarne godziny (plus na wyjazd do panamy na przyszłe święta, od grudnia mam tę myśl z tyłu głowy), muszę wydawać liczbę euro w ilościach jednocyfrowych każdego dnia, a najlepiej w ilości zero. niestety. dziś na przykład (mam nadzieję!) idziemy do teatru, na portugalską kompanię taneczną, która będzie nam przedstawiać romea i julię. tom się zachwyca, bo po tygodniach - miesiącach - nieustannych fiest, obijania się i w ogóle, idę do teatru. mam już nawet outficik.
w domu wspaniale. zdjęcia będą kiedy mi się zechce i kiedy się posprząta. wspomnę tylko że dziś kontemplowałam widok z łazienki na korony drzew na dziedzińcu (na który nie wiem jak wejść). plus poszłam na górę, i wylądowałam na lapie, tych fajowych słodziutkich ulicach, gdzie kafelki mają inne wzory niż na marqueszu (gdzie mieszkałam dotychczas).
na marqueszu byłam na to wczoraj, na imprezie dla całego domu, w którym niby już nie mieszkam, ale i tak mnie zaprosili (hehe). był to najbardzie typowy erasmusowski wieczór, więc trzymałam się starych znajomych i przyjaciół, żeby choćby nie wiem co nie wdać się w gadki typu oczywiście skąd jesteś i ile masz lat. łyknęłam za to caipirinhii i skomponowałam małą sambę dla carol z brazylii, niestety nie spotkała się z uznaniem. tekst to carol e o meu golfinho (carol jest moim delfinkiem). to była mocna caipirinha z najtańszej brazylijskiej kaszasy! (która tu w pt kosztuje 8 euro, ripoff!)
apdejcik: w związku z moją planowaną eskapadą w nieznane, proszę, proszę, trzymajcie kciuki, żebym wylądowała wśród tropikalnych gąszczy w takich okolicznościach jakie planuję, ok?
poza tym, wykupili bilety na balet. idziemy jutro. a dziś zupełnie mi się już nie chce niiiiic robić, ale szykuje się fiesta na miradouro. czyli wracamy do starych nawyków.