Sunday, March 27, 2011

please dont watch me dancing

lubię takie soboty. po odrobieniu pańszczyzny w postaci przyswojenia wiedzy lub dokończenia rozdzialiku o przemocy w brazylii można wyjść sobie z domu, i trafić (nie przypadkiem!) na paradę instrumentów, które prowadzą chętnych od taszki do taszki (tasca - mały portugalski bar). tym sposobem nieco się upiłam już o godzinie 18, ale warto było. udzieliłam też mini wywiadu do jakiegoś dokumentu.

a potem, w mym przemyślanym outficiku wybyłam ze współlokatorkami na balet, który odbywał się na oriente, daleeeeko za oceanarium, więc spóźniłyśmy się tak jak 10% widowni. było pięknie.

a potem, już głęboką nocą, spotkałam natalkę, koleżankę madziola, i poszłyśmy w klasyczne tany, tak więc dziś średnio funkcjonuję, ale się nie daję! poszłam do muzeum sztuki starej wybrać obiekt do opisu? poszłam! (bo w niedziele jest za darmo i praktycznie po sąsiedzku). zrobiłam zakupy na zdrowe odżywianie? zrobiłam! (omdlewając po drodze) idę na fado? idę!

(mam okropne przeczucie, że cofam się w mym rozwoju intelektualnym, nic nie osiągnę, nie znam tureckiego, a hiszpański znają wszyscy, a tomeccino przestanie mnie kochać).

Friday, March 25, 2011

Não há festa como esta

witam was z mej książęcej kanapy. korzystam, bo nikogo nie ma w domu, i tak sobie spędzam najmilsze chwile, samotnie, w słonecznym pięknym bielutkim i tak dalej apartamencie.

moją lekką obawę budzi fakt, że żeby nie musieć uszczknąć z mych oszczędności na czarne godziny (plus na wyjazd do panamy na przyszłe święta, od grudnia mam tę myśl z tyłu głowy), muszę wydawać liczbę euro w ilościach jednocyfrowych każdego dnia, a najlepiej w ilości zero. niestety. dziś na przykład (mam nadzieję!) idziemy do teatru, na portugalską kompanię taneczną, która będzie nam przedstawiać romea i julię. tom się zachwyca, bo po tygodniach - miesiącach - nieustannych fiest, obijania się i w ogóle, idę do teatru. mam już nawet outficik.

w domu wspaniale. zdjęcia będą kiedy mi się zechce i kiedy się posprząta. wspomnę tylko że dziś kontemplowałam widok z łazienki na korony drzew na dziedzińcu (na który nie wiem jak wejść). plus poszłam na górę, i wylądowałam na lapie, tych fajowych słodziutkich ulicach, gdzie kafelki mają inne wzory niż na marqueszu (gdzie mieszkałam dotychczas).

na marqueszu byłam na to wczoraj, na imprezie dla całego domu, w którym niby już nie mieszkam, ale i tak mnie zaprosili (hehe). był to najbardzie typowy erasmusowski wieczór, więc trzymałam się starych znajomych i przyjaciół, żeby choćby nie wiem co nie wdać się w gadki typu oczywiście skąd jesteś i ile masz lat. łyknęłam za to caipirinhii i skomponowałam małą sambę dla carol z brazylii, niestety nie spotkała się z uznaniem. tekst to carol e o meu golfinho (carol jest moim delfinkiem). to była mocna caipirinha z najtańszej brazylijskiej kaszasy! (która tu w pt kosztuje 8 euro, ripoff!)

apdejcik: w związku z moją planowaną eskapadą w nieznane, proszę, proszę, trzymajcie kciuki, żebym wylądowała wśród tropikalnych gąszczy w takich okolicznościach jakie planuję, ok?
poza tym, wykupili bilety na balet. idziemy jutro. a dziś zupełnie mi się już nie chce niiiiic robić, ale szykuje się fiesta na miradouro. czyli wracamy do starych nawyków.

Tuesday, March 22, 2011

macacos

coś ohydnego jest przy wejściu, powiedziała sofia, moja nowa wpółlokatorka. przy naszych pięknych fioletowych drzwiach, wprost przy pięknych widokach na rzekę, przy różowych starych budowlach! i to był niestety mój sos pomidorowy, który roztrzaskał się w mojej torebce, zalewając całość, plus wszyscy myśleli, że grzebię się we flakach, kiedy starałam się wygrzebać okulary.

no nic.

i się przeprowadziłam. mieszkam w pięknym pałacu, bielutkim apartamencie, z szaloną włoszką i artystyczną mieszanką krwi portugalskiej i luksemburskiej. było mi dziwnie pierwszej nocy, ponieważ spalona słońcem drżałam podczas każdego bicia dzwonów (co 15 minut), a potem wstałam na drżących nogach w sam raz na midtermowy test z historii sztuki. ale teraz jest wspaniale. mieszkanie w innej dzielnicy zmusza do poszukiwania nowych smaczków, ukrytych zaułków i fajowych widoków (jak lanserki bar ze szkła, gdzie popijałam kawę patrząc na portowe magazyny i most fan francisco ponad tym). a w niedzielę byliśmy na jabłkowej plaży, plus wracałyśmy z alice autostopem, bo autobus zniknął.

Friday, March 18, 2011

ginja za przeprowadzke!

nie pisałam, ponieważ czekałam, by poziom chujowatości się obniżył. wygląda na to, że tak właśnie się dzieje, więc mogę powrócić do radosnego dokumentowania rzeczywistości.

a więc, moi państwo, wyprowadzam się. mieszkanie jest pięęęęęęękne, pięęęęęęęęękne, m
a dwie mieszkaneczki, no i mnie, a w kuchni (co mnie najbardziej ujęło), stoi, jak powiedziała alessandra, croque monsieur, czyli toster. kuchnia ma balkon z widokiem na gąszcz, salon ma balkon z widokiem na most golden gate, czyli 25 abril.

i opowiem wam o naszej wycieczce na północ. udałyśmy się z madziolem do porto, jej tymczasowej ojczyzny (szczegółowy dom znajduje się na centralnym wzgórzu, i ma
fantastycznych mieszkańców), a stamtąd do bragi. w tym mieście wszystko jest stare. nawet przypadkowa kawiarnia miała szklaną podłogę, żeby były widoczne ruiny jakichś wiekowych fundamentów, a na opakowaniach z cukrem były ciekawostki o okolicy.


większość partimonio cultural stanowią wymyślne kościoły, stare budowle, i megastare budowle, wszystko pachnie historią i czuć, że jest się na końcu świata.



spędziłyśmy tam trzy godzinki, w tym ostatnią popijając kawę w - oczywiście wiekowej - kawiarni brasileira (dla odmiany na cukrze było napisane, najlepsza kawa od zawsze w brasileira!).

Tuesday, March 15, 2011

baia de todos os santos

dzisiejszy dzień to zdecydowanie za dużo, ale ustalmy fakty.

otóż obudziłam się od łupania śmieciarzy, metro nie jeździło (nie ogarniam strajków w tym kraju), w tostach nie było pomidorów, a w domu było jak ostatnio. właśnie, ponieważ okazało się, że jest beznadziejnie, i moja taktyka uciekaj co sił zadziałała. więc zaczęłam szukać mieszkania, no i chyba znalazłam. za pół godzinki czeka mnie batalia o zwrot kaucji i mogę się wyprowadzić. nie wiem jeszcze, które mieszkanie wybiorę, ale zapewne na santos, trochę z boku, ale niedaleko moich ulubionych dzielnic, przy tagu. w górę idzie się po schodach, które są jak w neapolu. kiedy mi się naprawi aparat, to może też się dowiecie. w każdym razie spoko. wczoraj, kiedy spotkałam mojego koleżkę, rozpłakałam się na ulicy. więc nie jest jakoś najfajniej, ale ale.

zaczynają się midtermy, jutro pierwszy z tłumaczenia, co za gigantyczna nuda!

dlatego chciałabym zakończyć fragmentem smsa beloved tomeccina wróbla, na który zawsze natykam się, kiedy mi smutno: (zachowuję oryginalną pisownię): to dla czebe moya kohana.

patrzymy, widzimy.

Monday, March 14, 2011

czas uciekać

co jakiś czas nachodzi mnie potrzeba zebrania najważniejszych tobołeczków, i zniknięcia. dotychczas z powodzeniem ją realizowałam. byłam kłębkiem nieszczęścia w irlandii, więc zabrałam stare hiszpańskie gazety, i wróciłam do polski w ramiona edukacji. edukacja mnie rozszarpywała, więc pojechałam pomagać dzieciom w fawelach, z faweli zniknęłam do domu, cały poprzedni rok czekałam na wielki getaway w lizbonie, i nawet uczyłam się bardzo dobrze, bo nie chciałam skończyć w bradze (o bradze i północy portugalii w następnym odcinku). nie wspominając o szybkich ucieczkach ze słabych sytuacji, imprez, relacji, znikania na całego.

teraz jestem tutaj, i być może jest to postępująca chujowość w naszym dotychczas idealnym domku, ale moje tobołki ustawiają się w kolejce do uciekania. rzecz w tym, że nie ma gdzie. po pierwsze uwielbiam lizbonę i jest mi tu bardzo dobrze, szukam mieszkania i zaraz się znajdzie (kciuki!!!!), ale sprawa jest bardziej poważna: nie mam gdzie wracać. nie wiem, gdzie mam dom, i nikt tego nie rozumie.

Wednesday, March 9, 2011

recently



oto manta ray, czyli cudny przedstawiciel gatunku największych płaszczek świata.

byłyśmy dziś na oriente, w parque das nacoes, który zbudowano w całości na expo w 1998 roku i od tego czasu służy w różnorakich celach (bliżej mi
nie znanych), i jest tam największe
oceanarium w europie. było super. w sumie jest tam jedna wielka głębia i milion innych akwariów. przy tej głębi można siedzieć, i podziwiać, oglądając spody wielkich tuńczyków, ryb-księżycy, i buźki rekinów (bardzo miłe).

były też ryby lantern-eye, które błyskają w ciemnościach oczami z prawdziwą elektrycznością, smoki morskie i porośnięte liśćmi koniki (też morskie). jednym słowem - wspaniałości.


ale karnawał, karnawał!
nie pojechałyśmy do torres vedras, ponieważ nam się nie chciało. zamiast tego giovanna oznajmiła, że karnawał jest w lizbonie, a następnie się rozchorowała (dlatego w pochodzie tańczyłam obłożona lekami dla niej). zaczęło się na najfajniejszym placu świata (lub jednym z)


a potem był pochód. portugalczycy wyróżniają się słodyczą przebrań:


... brak im jednak chęci do tańca, dlatego przerwałyśmy z madziolem łańcuch tłumu, i dołączyłyśmy do wesołego greka, który podrygiwał w przebraniu z prześcieradła.

wieczorami za to musimy nadrabiać braki ruchu, i chodzimy tańczyć. madziol zaliczył moją ulubioną wtorkową konieczność, niestety, to ja wirowałam w mej nowej układance, a magda sączyła amendoę amargę (słodziuteńki likier w migdałów), ale mówiła, że jej się podobało. no bo jak inaczej?

Tuesday, March 8, 2011

czy uśmiechnąłeś się dziś swoim najlepszym uśmiechem?


rozpoczynamy karnawałowym pytaniem z muru, który biegnie wzdłuż torów w kierunku południowym.

Monday, March 7, 2011

multi kulti

madziol zajął się dokumentowaniem mojego życia lizbońskiego, i wspólnie nadrabiamy zaległości w zwiedzaniu. na dobry początek notatki ze ściany kuchennej, która pozwala na familiarne akcenty przy śniadaniu.

jako że każdy kolejny dzień to tysiące zdjęć, najpóźniej dzisiaj wieczorem nadejdzie rozwinięcie ten notencji. także, stay tuned.

Saturday, March 5, 2011

początek karnawału

czy za dziesięć lat będę w takim stopniu inna jak dziesięć lat temu? mam nadzieję. świat rozciąga się przede mną (jak guma balonowa), a fleet foxes będą grali w poznaniu.

przyjechał madziol z porto i prosto z dworca (ukrytego wśród filarów z mozaikami o dzikich zwierzętach) pojechałyśmy na polski obiad z widokiem na tag, a potem na karnawałową batucadę, gdzie, indeed, tańczono w ozdobach ze sztucznych bananów i piór na głowie.

czy będziemy mieli ogród w jakimś miejscu na świecie i dziecko o imieniu drzewo*?





_____
*ulubione polskie słowo tomka wróbla

Thursday, March 3, 2011

w bambusowym chruśniaku

przedzieram się przez chaszcze bambusa dwa razy dziennie, bo zmieniłam drogę do szkoły za sprawą belgów. teraz można mnie spotkać przed 10 każdego z czterech naukowych dni, nad parkowym źródełkiem, z półzamkniętymi oczami.

zbliża się karnawał, chciałabym przynajmniej na jednej z imprez wystąpić w przebraniu pandy. w sobotę muszę iść na pchli targ więc (działa od szesnastego wieku), i kupić przynajmniej kilka poduszek albo coś. czy ktoś ma pomysł, jak zmienić się w pandę? mogłabym urwać trochę bambusa z parku!

jeszcze sześć osób, i ilość moich portugalskich przyjaciół przekroczy liczbę jednocyfrową. bardzo to ekscytujące. zaprzyjaźnianie się z portugalczykami idzie mi jak po grudzie, co na to poradzę? jadam za to z tabunami włochów, i tańczę z brazolami. (już widzę, jak wszyscy, którzy to czytają i cieszą się estymą tabunów portugalczyków, zacierają rączki. to nie do końca tak, ale niech się cieszą).

wiosenne miesiące zapowiadają się bajecznie. bajecznie.

Tuesday, March 1, 2011

wakeup calls

dziś rano wyjechała luana. zadzwoniłam do niej o siódmej, żeby się upewnić, że nie śpi, i pożegnałam się po raz czwarty (pożegnanie drugie nastąpiło wczoraj na naleśnikach, czyli aperitivo do kolacji w sekretnym chińczyku). dziwnie. odwiedziłam też mercado da ribeira, taki duży targ ze świeżym wszystkim, ale niestety nie uświadczyłam nigdzie bananowej marakui, o której wspominał rozmarzony surfer thomas.

wszyscy odjeżdżają. również papagaio, niemka, z którą miałam dziś piknik w horta communitaria, czyli ogrodzie w środku gracy, na samej górze lizbony, który należy do tego, komu chce się go uprawiać. jadłyśmy rukolę wprost z krzaków, popatrując na widoki. papagaio (nazwał ją tak toppletini wróbel) uwielbia gawędzić, więc przesiedziałyśmy gadając trzy godziny ze słońcem świecącym w twarz, więc mam prawo wnioskować, że znów będę megaczerwona. no nic. wczoraj w nocy siedzieliśmy z jorenem składając papugę z origami (po portugalsku papagaio). niemiecka papagaio była zachwycona. czy to trzyma się kupy?;)