Wednesday, September 29, 2010

how earthy we all can be

hej! ciagle zyje! bylam dzis na zajeciach dla amerykanow, bylo mega fajnie i siedzialam z filozofem z barcelony, z ktorym idziemy jutro do kina, lizbonskiej filmoteki.

poza tym jestem mega zachwycona, bo okazalo sie, ze najlepszy tancerz z wczorajszej fiesty napisal do mnie i zaproponowal, ze nauczy mnie tanczyc. moja amerykanska kolezanka zabiera mi znajomych, ale to ja pijam kawe z moim ulubionym kolega, dyskutujac o przyszlosci portugalii.

no to lece. ide czytac ksiazke o saharze, chociaz powinnam czytac o orientalizmie, bo profesor amerykanski wyzwolil we mnie przymierajace marzenia o wlasciwym wyksztalceniu. za to na zajeciach portugalskich prawie poplakalam sie z nudy. nic nie trwa wiecznie.

Who Can Live Without Samba [or] w Lizbonie tez jest Saska Kepa

chcialam to napisac zanim zasne.
dzien byl dlugi jak zawsze a wieczor mojego autorstwa. upilam sie jak szalona i sambowalam do muzyki na zywo, w lokalu ktory trwa od 1905 roku zapewniajac rozrywke zastpom brazylijczykow. musialam wlac w siebie kilka szklanek sangrii zeby zaczac tanczyc, a potem moi nowi pitiful przyjaciele porzucili mnie, bo szli do klubu na impreze. a ja szlam dlugo pusta ulica i spotkalam brazolkow z imprezy i powiedzialam hej, nie wiem, gdzie mam isc, i ten, ktory mial cale ramie tatuazy, zabral mnie i konwersujac odprowadzil mnie pod sklep luisa vittona, ktory jest o blok od mojego domu. wiec cud ze zyje. brazylia rzadzi. jestem pijana. jest sroda rano. odbior.

ps. dzis, sto lat temu, bylam na takiej gorze gdzie jest park i wille, wszystko wyglada jak saska kepa, a po tym parku biegal pies z gigantycznymi uszami. jestm bardzo niezadowolona z uniwersytetu, ale skoro mozna tanczyc sambe to chyba nie wszystko stracone? how do you think?

Monday, September 27, 2010

daremne zale, prozny trud

Nie wszyscy mieli taka szanse jak ja: bezplatne studia na podobno (podobno) najlepszej polskiej uczelni, i niewielkim gronie kilkunastu osob na roku, co podobno sprawia, ze nie czujemy sie jak numerki. wszystko to jednak sciema i po tak jak pierwszy rok byl pelen nadziei, ze jeszcze bedzie lepiej, drugi to byly tortury nuda, ten wydaje sie niemozliwy. i niewazne, czy w lizbonie, skoro musze sie martwic, ze po powrocie i tak bede musiala zdawac egzaminy, bo ktos nie uzna mi literatury, a poza tym moja wrodzona potrzeba unikania nieprzyjemnosci sprawia, ze nie chodze na zajecia nawet tutaj, co poza chwilowa przyjemnoscia (bo jest slonce a ja jestem na wolnosci), wprawia mnie w nastepne stresy, ze czegos mi nie zalicza. poza tym zle sypiam a wczoraj zamrozilam cocacole, i kiedy sie odmrozila, nie miala juz gazu. jest dzisiaj dzien sprzatania i dostalam w przydziale lazienke, poza tym jesli sprawdza sie moje najgorsze obliczenia, musze jutro isc do szkoly na osma (o siodmej jest jeszcze ciemnawo).

Sunday, September 26, 2010

transcontinental

no halo!

po namysle i analizie wspollokatorow uznalam, ze taki smak zycia mi nie smakuje. w ciagu tego tygodnia zdarzylo sie tyle, ze nie wiem, od czego zaczac, plus nie wiem, czy jestem przeszczesliwa czy zgubiona, ale jedna chyba to pierwsze?

jechalam sobie dzis autobusem z evory, po calym dniu wsrod kawy i agat, ktore mieszkaja w jednym pokoju przy ulicy Dzieciatka Jezus. poznaly juz wszystkie kawiarnie i knajpy, maja ulubionego kelnera z brazylii, a z gorki niedaleko kaplicy kosci (bo jest i taka) widac pola i tak to mniej wiecej wyglada.

w skrocie:
nasze wspolne mieszkanie na strychu realizuje sie we wspolnych kolacjach i omletach po powrotach z imprez, wsplnych caipirinhach i machaniu tylkami na brazylijskich imprezach, i listami sprzatania mieszkania
najladniejszy chlopak z mojego faculdade jest chyba gejem.
(mnie to i tak nie obchodzi, bo wiadomo, kto niedlugo przyjezdza)
poszlismy na mirador, z ktorego widac fake landmarki lizbony (most jak z san francisco i figure z rio de janeiro), przyjechala policja i zaczela obszukiwac wszystkich w poszukiwaniu narkotykow. bylo zupelnie jak w brazylii.
lizbona jest jak pudelko czekoladek i nie wiadomo co sie wyciagnie (jesli sie umie szukac ;): bar jak z czasow brytyjskiej kolonii w indiach, gdzie trzeba dzwonic, zeby byc wpuszczonym przez kelnera w czerwonej kamizelce, kawiarnie na dziewiatym pietrze na tarasie, na ktory trzeba przejsc przez stoisko ze sztucznymi kwiatami, lub porzeczkowe piwo z rozowa pianka.
mam nowe kolezanki i kolegow, i wiele na oku.

a w szkole jak w szkole, trzeba chodzic na zajecia, ktore trwaja dwie godziny, i nikt nie wpadl na to, zeby zrobic pomiedzy nimi przerwy na jedzenie i inne rzeczy. nikogo jednak nie dziwi, kiedy przychodzi sie po polgodzinie spedzonej z makrobiotycznym dankiem.

moimi ulubionymi zajeciami sa literatury afrykanskie, na ktorych najpiekniejszy chlopak na faculdade mowi o wierszach angolanskich poetow.

poza tym ciagle nie wiem, jakie mam w koncu zajecia i kiedy bo zeby ulozyc sobie plan, trzeba chodzic po pietrach i spisywac wszystko samemu, co mnie wykancza, plus wszystko, co sobie zapisze, okazuje sie albo za trudne do bezstresowego zaliczenia, albo nudne, albo pokrywa mi sie z wloskim.

a moje majtki susza sie u nas w salonie.

Friday, September 17, 2010

owoce morza w sosie z brandy

dziendoberek! (wiem, wiem, ale jest pozno)

otoz trzeba zrobic maly apdejcik. na naszym strychu mieszkamy juz w piatke, plus portugalka (technik medyczny), i nie holender, tylko niemiec. gwoli scislosci. poza tym portugalczycy nic sobie nie robia z ciszy nocnej, bo jest druga nad ranem, a oni wlasnie wesolo jezdza smieciarka i pogwizduja.

wiedzialam, ze nie moge cieszyc sie za bardzo, bo poszlam dzis na pierwsze spotkanie erasmusow na moim uniwersytecie, i wszystkiego bylo za duuuuzo, za duzo ustawiania zajec, za duzo niepewnosci, za duzo ludzi, za malo innych rzeczy, a na deser byly ciasteczka z dorsza. rozwiazywalysmy test z portugalskiego siedzac na shcodach przeciwpozarowych na siodmym pietrze (pani koordynator powiedziala ze to jest super zabronione, ale skoro to pierwszy dzien, to mozemy).

a potem szlam i szlam, jak zawsze, i nie chcialo mi sie isc do domu, bo mi sie wydawalo ze mieszkam z blond glupkami, ktorzy sa super beznadziejni i nie ma juz dla mnie zadnej nadziei, a stypendium, ktore czeka na mnie w warszawie, na pewno zgarnie jakas okropna stara wrona zamiast mnie, i ze zadne zajecia po angielsku nie pasuja mi do planu, i nikt nie bedzie chcial sie zgodzic, zebym pisala prace licencjacka o zydach. zrobilam sobie obiad i wszystko bylo zle, zle, zle, i poszlismy z wspollokatorem na dol do osmiu wspolmieszkancow, zeby ich zabrac na grilla, i zamiast tego dostalam mega smak zycia (czyli film, wszyscy wiemy ze zycie smakuje wszystkimi smakami teczy).

a potem zakumplowalam sie z hiszpankami, i jutro bedziemy robic hiszpanska kolacje, a potem zrobimy impreze calego domu, i w kazdym pokoju bedzie inna muzyka, jak w tych klubach, o ktorych zawsze sie duzo mowi, a nigdy do nich nie chodzi. poszlismy piechote do dzielnicy imprez, takiej jak riowska lapa, i pilismy piwo siedzac na lawce i gapiac sie na lizbone, i chichoczac, no dobra, troche tez obgadywalismy, ale byly rowniez powazne tematy. w kazdym razie zniknela beznadzieja popoludniowa, a pan profesor z przyjemnoscia zgodzil sie zostac panem promotorem. jutro duze zydowskie swieto, a za rogiem (kilkoma rogami) synagoga! vamos, gente?

Wednesday, September 15, 2010

jak mała księżniczka

wspomniany już tomasz zapytał również, czy nadążę z tempem pisania cały czas. ha! nie wie, że jestem grafomańsko wylewna!

ale dziś w samo południe przybyłam na ulicę świętej marty, gdzie teraz urzęduję. pani właścicielka wtargała ze mną 30 kilogramów waliz i toreb na strych na trzecim piętrze, gdzie poza mną schronienie znaleźli belg, holender i hiszpanka z kraju basków. piętro niżej mieszkają już wykształceni portugalczycy, a dwa piętra niżej - ośmiu erasmusów. no! trochę się boję cieszyć za bardzo, ale co mi tam.

to co, na pewno wszyscy są ciekawi jak to wszystko wygląda? otóż, jako że nasze mieszkanie znajduje się na strychu, dysponuję małym okienkiem w dachu, i może ujmijmy to tak, że spodoba się tomkowi wróblowi, bo on lubi ciemnawe pomieszczenia. w każdym razie nie jest źle. poza tym mam starodawne łoże, wielką szafę i sekretarzyk (tak. sekretarzyk.) i to byłoby na tyle. ręka do góry kto się cieszy ze mną!

Tuesday, September 14, 2010

lucky liquors

tomek wróbel pyta, gdzie podziały się żs, łs and ćs. zakazał mi partyzantki po polsku. oto one!

szukałam dziś pracy w związku z tym, że kupiłam sobie nowy mikrofon do laptopa, i podobno wyglądam w nim profesjonalnie. poza tym idziemy właśnie na kolację do nowozelandki i teksanki (mieszka tam jeszcze francuz, ale szczerze go nie lubię z wzajemnością, więc nie będę o nim wspominać), razem z jednym chłopcem z brazylii i jedną szaloną portugalką.

ale to jest preludium do jutra! jutro się wyprowadzam od szalonej portugalki i będę wreszcie mieszkać w pokoju z mikrooknem! nie mogę się doczekać!

Monday, September 13, 2010

life with a dollop of whipped cream on top

mialam dzis bardzo przyjemny poranek, a wczoraj jeszcze milsze popoludnie. otoz razem z dwiema niemkami udalysmy sie na plaze. zeby na nia dotrzec, poza przemila podroza pociagiem przedzieralysmy sie przez busz (bylo jak w afryce! tak powiedzialy niemki, ktore sa z afryka bardzo zwiazane) a potem kapalysmy sie w lodowatym atlantyku wsrod chichoczacyh wsrod fal portugalczykow. potem wrocilysmy do naszego opresyjnego schronienia, czyli pani host, u ktorej chwilowo mieszkam, i po singapurskim obiedzie zaczelam sie bac konca swiata, ale nic nie nastapilo, wiec nie jest zle.

dzisiaj jechalam metrem na drugi koniec miasta na rozmowe w sprawie praktyk, i mijalismy padol z lisbonskimi fawelami, rzut beretem od osiedla o wdziecznej nazwie bela vista. juz mialam nie isc (to miejsce wygladalo jak niekonczace sie warszawskie przedmiescia w zlym wydaniu), ale pamietajac o hasle shy is next to stupid, ktorego autorem jak wszyscy wiedza jest dziadek kanye westa poszlam rozmawiac, i bede pracowala z imigrantami! pod lizbona! bedziemy razem jezdzic na wycieczki krajoznawcze!

a potem szlam i szlam, bo lizbone mozna przejsc na piechote bez problemu, jedynie z lekka zadyszka z powodu gor i dolow, na ktorych jest polozona, i mialam isc na kawe w moje ulubione miejsce (bywam tam codziennie, szczegolnie w moich ulubionych godzinach popoludniowych), ale bylo za daleko wiec znalazlam kolejne ulubione miejsce, budke z kawa i stolikami za parkiem, gdzie pan kelner jest super wesoly, kawa pycha, a po parku przemykaja psy. juz dawno nie bylo mi tak latwo przyjemnie, moze dlatego ze to wszystko wyglada jak przedluzona podroz, i za kazdym rogiem czyhaja niespodzianki.

Sunday, September 12, 2010

a room in central lisbon

mowi agnieszka z krainy kafelkow. nie pisalam choc powinnam (bo caly czas zdarza mi sie czytac bloga brazylijskiego z nieopisana przyjemnoscia!), bo nie chcialam jeczec i zawodzic.

wiec teraz nie musze juz jeczec, ale bylo roznie:
po pierwsze mam mieszkanie. jako ze marzylam, zeby moze zycie bylo jak ze smaku zycia, nie szukalam niczego wczesniej, a potem okazalo sie, ze wszyscy cos maja, bo byli sprytniejsi ode mnie! to bylo trudne do przelkniecia. ale w koncu ricardo z amerykanskim akcentem zaprowadzil mnie na strych, pokazal mi pokoj z mikrooknem (teraz zastanawiam sie, jak sie nie udusic, ale sylwunia powinna cos mi na ten temat poradzic), lokatorami i balkonami w lazienkach (how unfair!) wiec wprowadzam sie 15, niesmialo jeczac o smak zycia.

cale poszukiwanie pokoju zaprowadzilo mnie w zagadkowe zakatki lizbony, bo tu wszedzie mozna chodzic pieszo, wiec poznalam dziesiatki ludzi, ktorzy chcieli mi pomoc (straznik z lizbonskiej asp) lub zamordowac (albo tak mi sie wydawalo). no, w kazdym razie najlepiej o tym zapomniec.

caly czas sie zastanawiam, jak narod staruszkow w kapeluszach mogl podbic te wszystkie kraje i trzymac je na muszce cale wieki?

Wednesday, September 8, 2010