rzecz w tym, że kiedy wyjdę z domu, mam problemy z powrotem. idę na kawę na rua da bica i wracam po siedmiu godzinach, wychodzę na forro i wracam nad ranem, bo zahaczyliśmy o ginję i minimercado (klub do którego chodzi się tylko w poniedziałki, tylko, powtarzam!).
inaczej, kiedy odbywamy śniadanka na dachu, na który trzeba się wdrapać z okna alessandry. ja lecę na dół do baru po kawę, alessandra przygotowuje tacę (jedyną kuchenną czynność, którą lubi, jest nakrywanie do stołu), wyciągamy koc w deseń zebry (deseń to dzisiejsze słowo dnia) i oglądamy z oddali most 25 de abril, który wręcz każe nam myśleć, że jesteśmy sobie w san francisco, a nie na dachu na santos.
No comments:
Post a Comment