Wednesday, May 25, 2011

środa, angkor wat


hop hop hop! wstaliśmy o świcie żeby wskoczyć do rzeki, ale nic z tych rzeczy! nie zamknęli jeszcze tamy, która podnosi poziom wody, no ale przynajmniej był ładny widok. żeby nie było, że nie korzystamy z możliwości, które oferuje nam natura, wybraliśmy się w głąb głuszy szukać wodospadu o miłej nazwie studnia piekieł. był piękny choć nie oszałamiający piekielnością, i robił na dnie małe jeziorko,w które wskoczył w rosole tomek wróbel, i skąd został wypłoszony przez kolejnych gości po półgodzinie.

no to dość natury, bo niedaleko, na północ, są plantacje winorośli i podobno wręcz wspaniałe widoki. tworzę z moim lonely planet idealny duet, dlatego wyhaczyłam szybciutko kemping niedaleko, w lamego, które lp kusiło jako małe miasteczko, śliczne ah ah. okazało się koszmarnie brzydkie, z blokami jak z polski, i tylko jedna fajna rzecz jest tam niewątpliwie: wygląda trochę jak angkor wat, i jest tak sam
o zaskakujące (tomek był to wie). niestety, wszystkie knajpy zamykają o 8 (w portugalii!), dlatego, spryciarze, skoczyliśmy do pingo doce kupić mrożonki, żeby je odgrzać na kempingu. jechaliśmy i jechaliśmy, mrożone krokiety sojowe chłodziły mi nogi, i kiedy byliśmy już, ciemną nocą, na samej górze pustkowia, okazało się, że kemping splajtował. pan kelner w podejrzanym lokalu podgrzał nam jedzenie (chociaż wcale mu się to nie uśmiechało, nie dał nawet sztućców), i pomknęliśmy do vila real, szukać schronienia. vila real to stolica regionu tras-os-montes, nie sądziłam, że moja noga kiedykolwiek tam postanie, bo jest to najbardziej północna i zacofana część portugalii. kemping oczywiście był zamknięty (kto by chciał tam obozować?), ale schroniska młodzieżowe państwowe muszą istnieć, i tam też spaliśmy, niestety skłóceni. żadnych winnic, żadnych wieczornych hulanek, no nic!


uwaga! fajniejsze zdjęcia robi tomek!

No comments:

Post a Comment