cieszę się jak szalona.
zaczynając od wczoraj, czas zapełnił się delicjami, ponieważ poleciałam w luksusie prosto do lizbony. od szesnastej mknęliśmy ku zachodzącemu słońcu, a ja dostałam nadprogramowy mus czekoladowy. lądowanie nad lizboną jest najfajniejsze, bo oblatuje się całe miasto, i kiedy jest jasno, można zobaczyć mój dom.
więc przyjechałam, no i ten zapach! ten zapach! tak naprawdę to nie wiem, co tak pachnie. wdałam się w liczne dyskusje na ten temat, i wychodzi na to, że ziemia, która nie zamarza i sobie działa. to jest taki zapach świeżości i przyjemności, no po prostu.
więc wyrwałam się z polskiej klateczki, i wszystko co wiem, to że postaram się tam nie wracać na zbyt długo, to nie na moje nerwy. a mój dom jest tam gdzie tomek, i tak :).
gratulacje z okazji bezpiecznego lądowania :)
ReplyDelete