Sunday, February 27, 2011

pociąg widmo

mój zamierzony weekend w izolacji mniej więcej wychodzi. wczoraj bowiem nadawałam szlify mej pracy licencjackiej, co oczywiście nie wzbudza niczyjego szacunku (bo na razie nie będę rozwijać mojego wykształcenia, muszę poważnie odpocząć), a potem wydałam kameralną kolację, z pożyczonego woku. następnie była impreza pożegnalna luany, na którą trafiliśmy po pobycie w bardzo, bardzo dziwnym miejscu (właściciel jest zezowatym wariatem, a w całym barze jest mnóstwo instrumentów, na których każdy może grać. kiedy przyszliśmy, ktoś grał na pile), po to tylko, żeby wyrobić się na męski striptiz dla luany w wykonaniu jej znajomego z angoli. mam nieustannie wszystkiego dość i najchętniej nie wychodziłabym z łóżka, ale ciągle mam nadzieję, że to wkrótce przeminie. idę dziś tańczyć. juhu.

ps. jeśli cokolwiek jest prawdziwym ulepszaczem, jest to brazylijska muzyka:

Friday, February 25, 2011

ao guincho!

pojechałyśmy wczoraj do cascais wczesnym rankiem, żeby załapać się na samorządowe rowery, porwałyśmy je, i zrzucając w pędzie kurtki i swetry, dojechałyśmy do plaży o guincho, osiem kilometrów wzdłuż oceanu, czy to nie fajne, taka świadomość, że przed nami tylko ocean, azory, a potem ameryka? dojechałyśmy na plażę (pod wiatr i ledwo), i odbył się piknik (pomidory smakują jak plaża, zdaniem jednej z towarzyszek), czy to nie fajne, że najtańszy ser z minipreco smakuje jak delicja, kiedy je się go i poszarpanego pomidora siedząc na pustej wielkiej plaży?


potem pomknęłyśmy do cascais, bo trzeba było oddać rowery w związku z zimowym horario (chociaż wiemy, że zima już się raczej skończyła). i znowu rozłożyłyśmy się na plaży, pan w barze sprzedał nam imperiale, i było po prostu idealnie. obudziłam się dzisiaj ze spieczoną twarzyczką, co trochę burzy mój wizerunek, ale nie szkodzi.

poza tym, przeżywam niejaki przesyt. nie wiem, może mam trochę dość wszystkiego, ile można imprezować? (ale mamy sobie kupić z jorenem, mym sąsiadem, deski do body boardingu - lub boogie boardingu, jak kto woli - tomeccino woli, więc może coś się szalenie polepszy. bo do tego trzeba pływać w płetwach!)

jutro idę tańczyć, już nie mogę się doczekać.

Thursday, February 24, 2011

tęsknienie

tęsknię za kasią, prawdziwymi ścianami, i przede wszystkim tomkiem wróblem. myślę, że gdybym teraz wróciła do polski, dałabym wyraz temu tęsknieniu zamiast je olewać, chociaż pewnie wcześniej umarłabym z zimna, ponieważ koksownika nie można nosić ze sobą.

tęsknienie jest bardzo zajmujące, i zdarza mi się tęsknić również za madrytem (bo tam tak pięknie paaaachnie), za wegetariańskimi hamburgerami w san jose, ameryką środkową (ponieważ byłam tam sama i moja głowa była zachwycona), za siedzeniem i patrzeniem na ocean (ale mogę to robić również teraz, każdego dnia hehehe), tęsknię za samotnością, i tak dalej. tylko żeby nie było, że chcę być opuszczona przez wszystkich! ale kiedy ktoś chce ze mną zjeść lunch w naszej ciemnawej kantynie mam ochotę uciec.

była u mnie bołti z filipem i wygrzewali się gdzie popadnie.

dziś pani przy śniadaniu (jadam w szkole, bo nie zdążam kupować śniadaniowych utensyliów) powiedziała że mam piękny profil i trzeba go narysować. dziwaczka. taki właśnie jest ten dzień.

zamierzamy wziąć z tomkiem udział w konkursie, wygrać ciężarówkę pieniędzy, i wyjechać do panamy (to ostatnie to już mój pomysł).

Saturday, February 19, 2011

observation mode on

widziałam dziś czarnoskórą parę odzianą w biel. moim sprawnym okiem kulturoznawcy oceniłam, że udają się na candomble. nieźle co? w metrze.

uznałam też, że zawieszam moje kontakty z ludźmi. chodzi mi o te wszystkie rozmówki, gadki, wymianę opinii na temat ile znasz języków i gdzie mieszkasz, ile można. będę sobie siedzieć, i obserwować.

Wednesday, February 16, 2011

nie warto wychodzić wcześniej z imprez, bo potem i tak się nie wyśpisz

opowiem wam mrożącą krew w żyłach historię (przynajmniej mnie zmroziła) i kilka innych.

wracałam wczoraj do domu wcześnie, żeby się wyspać, ponieważ miałam te koszmarne zajęcia z tłumaczenia (z panem zwanym gilipollas, czyli idiota po hiszpańsku) więc nie chciałam być czymś w rodzaju wraka. szłam z pożegnalnej imprezy belgijek, na której się popłakałam, i postanowiłam wstąpić na górę i zahaczyć o imprezę ludoviki. tańczyliśmy, i śpiewaliśmy, a potem razem z moim współlokatorem poszliśmy do domu, i jako że byliśmy wstawieni, być może nie zauważyliśmy ruchu przy drzwiach, może nie zatrzasnęliśmy drzwi od naszego mieszkania, może może. joren poszedł spać, a ja umyć zęby. wracałam jak zwykle biegiem, bo chciało mi się spać, i przy samych drzwiach, kiedy już wchodziłam do pokoju, odwróciłam się i zobaczyłam dyszącego - excuse le mot - murzyna. wrzasnęłam po angielsku (co znaczy po raz kolejny że nie jestem już z polski) i schowałam się w pokoju, i zaczęłam rozmyślać, jak się uwolnić. joren wylazł z pokoju, a koleś zniknął. ja pomyślałam, że coś jest ze mną nie tak, i nie mogłam zasnąć. uznałam, że nikt mi nie uwierzy, bo to wariactwo, a potem - dzisiaj, czyli po dobrych kilkunastu godzinach stresu - okazało się, że walnięty znajomy znajomego fuckfrienda luany chciał nas okraść czy coś, więc po tym, kiedy wymknął się od nas, skoczył na górę, rozwalił driesowi drzwi, zrobił kupę na podłodze w łazience, położył się na podłodze w kuchni i zasnął.

dziś cały dzień jest więc nieco surrealistyczny. cały lanczyk poświęciłam się na rozstrząsanie sprawy machając widelcem, i mój - jak dotąd jedyny w tym semestrze - lepszy kolega ze szkółki wysłuchiwał cierpliwie. mam trochę dość. boję się być w tym mieszkaniu, a miliony relacji, które tutaj mam, nie liczą się, kiedy nie mogę do nikogo zadzwonić w środku nocy, że w pokoju obok siedzi nieznajomy koleś. wracamy wtedy do tomka wróbla (który ma problemy w pracy z powodu tego że do niego wydzwaniam, więc nie mogę już wydzwaniać) i kasi, która jako jedyna wierzyła od początku że nie jestem szalona. chcę wracać do domu, ale nie wiem gdzie on jest!

Tuesday, February 15, 2011

sprzedam kraj, w którym już nie chcę mieszkać


szanowni państwo. jestem pełna niechcenia, po włosku - svogliata.


Monday, February 14, 2011

sun-day fish-day


śniły mi się dziś leniwce.

razem z włoszkami demonstrowałyśmy przeciwko berlusconiemu i złemu traktowaniu kobiet. poszłam tam z niewielką chęcią, ale znów się okazało, że przy okazji trafia się czasem na skarby.

ponieważ włosi zrobili sobie przyjemną manifestację. po odczytaniu manifestu w różnych językach wyskoczyły korki od lambrusco, ktoś wyciągnął blachę zapiekanego makaronu, i panowie ze zdjęcia zaczęli grać popularne włoskie piosenki. uważam, że można mnie bez wstydu zabrać do włoch właśnie, moja znajomość kultury jest fantastyczna: śpiewałam zacięcie i głośniej od towarzyszy, piosenki o partyzancie (moja ulubiona), a także o pomidorach.

dries wspominał ostatnio, że wszystkie regularności powinny się powtarzać co tydzień, także jedzenie ryb. dziś więc przyniósł na talerzyku dwie dourady:

na górze fred, niżej simon (tak się nazywały według driesa). już ich nie ma.

Friday, February 11, 2011

włoskość

chove chuva! czyli pada deszcz. pierwszy raz od kiedy przyjechałam, więc wybaczam, bo zdążyłam wypić kawkę w moim przeulubionym pareczku, gdzie na przeciwko stoi dom w stylu neoarabskim, niestety w stanie rudery (zamierzam go kupić, ale jeszcze nie teraz. najpierw domek na plaży, potem ruderę).

w pareczku lokalny szaleniec (ulubiona grupa ludzi tomeccina wróbla) opowiedział mi historię o tym, że konie mieszkańców brudzą ławki kopytami, a dla mnie nadejdzie niedługo czas na spotkanie z włochem ancony, który będzie mnie uczył gotować. jeju, nie mogę się doczekać! dziś w menu melanzane alla parmiggiano, o-ho-ho!


Wednesday, February 9, 2011

clube de lafões

jak zwykle w lizboński wtorek bawimy się w little brazil, i właśnie wróciłam z tańców. w związku z postępami i zbliżaniem się do etapu ninja forró, tańczyłam specjalistyczne country i zostałam pochwalona. dzisiaj poza samą fiestą doszło do wielkiej brazylijskiej kolacji, z wegetariańską feijoadą i sałatką z mango, sambą z laptopa i tak dalej. bołtunia kiedyś zachwycała się, że włosi muszą policzyć, ilu ludzi będzie jadło, bo nigdy nie wiadomo, tak ja liczyłam i liczyłam, i wychodziło prawie dwadzieścia osób w naszej skromnej kuchence (z balkonem). feijoada - delicja! goście - double delicja!

tymczasem zaczęła się szkoła, a wraz z nią nowe przygody. będę uczyć się o sztuce, kinie i literaturze, a także tłumaczyć, tylko jeszcze nie wiem co i na jaki język, bo mimo, że codziennie czytam sydney morning herald, to zestresowałam się dziś tak strasznie, że chyba przepiszę się na tłumaczenia techniczne na hiszpański. ale jeszcze nie wiem.

Sunday, February 6, 2011

Zona Sul

to lato będzie najprawdopodobniej bardzo długie (już się zaczęło), dlatego zamierzam stać się niezwykle morena. zaczęłyśmy z włoszkami w piątek, dziś trafiłyśmy na praia de riveira, daleko, daleko od tych małych domków (z których jeden kiedyś sobie kupię, i będziemy jadać śniadania przed domem, nad oceanem), gdzie są tylko wydmy i wielka płaska plaża, cudo.

powyżej widać nasz taras. odbyło się tam dziś pierwsze śniadanie, zamierzam wprowadzić niedzielne brancze do kalendarza kulturalnego lizbony (myślę też o przywleczeniu jakiegoś dywanu z ulicy) i tyle. obiady, salsa rosa, włosi, cuda.

poza tym, z łaski swojej, przekażcie żebrakom z dziewiątki, że dramatyczne jęki są passe. w lizbonie stawiamy na rytm, lub na postkolonializm (małe pieski siedzące na akordeonie, ze sznurkiem od kubeczka na pieniądze w zębach).

Saturday, February 5, 2011

a vida não é só discoteca e patatas fritas!

wracamy do moich ulubionych relacji nocnych!

o grande peixe do universo! wszystkie ryby świata, jest mi strasznie przykro, ale dzisiejszy wieczór upłynął pod znakiem portugalskiej tawerny, gdzie pożarłam pescada frita. po raz pierwszy od lat ośmiu (nie licząc małych kąsków z tajina ugotowanego przez driesa), pochłonęłam trzy z obecnych na zdjęciu kawałków, odstępując irene te, gdzie drastycznie widać było dziurę po kręgosłupie. źle mi się po tym trawiło, więc poszłyśmy na ginję.
tak to, nie podoba mi się całe to jedzenie zwierząt. chyba sobie odpuszczę. nie mówcie wróblowi (bo miałam wspomagać w ten sposób moje słabiutkie powłoki).

Thursday, February 3, 2011

san francisco

jakoś nie mogę się zadomowić w moim nowym domku.

boję się, że straciłam łatwość zadomawiania się (dwa piętra wyżej zajęło mi to półtora dnia, nie wspominając np o pełnym przyjemności sączeniu soczków na skajowej kanapie w brazylii).

w każdym razie, nie żeby było jakoś źle, ale też trochę średnio. w moim domu, gdzie pojawili się prawie wszyscy współlokatorzy, dominuje nastrój imprezy-rzygania, a w kuchni zawsze coś ginie. czasem biegam, ponieważ wydaje mi się stratą czasu iść do łazienki po drugiej stronie korytarza (to najdłuższy domowy korytarz jaki widziałam). mój pokoik jest ok (ma kształt trapezu, mówiłam już?)

ale wiecie. byłam dziś na plaży, powiedzmy, że się opaliłam i wyczerpałam grając w extremely ultimate frisbiaka, i zmroziłam nogi wodą w oceanie. pięknie!

Tuesday, February 1, 2011

idzie luty podkuj buty

siedzę w pokoju i marznę. jest to nieprawdopodobne, ponieważ na zewnątrz jest bardzo ciepło (no dobra, około 15 stopni). problem w tym, że w środku jest tyle samo. mój nowy pokój ma przynajmniej 4 metry wysokości, i całe powietrze, które jest w stanie ogrzać pamiętny grzejnik z minipreco, jest najwyżej na wysokości 3 i pół metra. więc siedzę w szaliku i boję się pójść do łazienki (tam nie ma żadnego źródła ciepła, jest za to balkon).

tyle jęczenia. opowiem jak jest.

otóż mam nowe mieszkanie. ostatnie trzy noce dzieliłam łóżko z luaną, co było zaskakująco zgodne, ale bałam się ruszać, żeby jej nie zbudzić (łóżko ma metr szerokości i skrzypi). dziś porwałam moje pakunki i zniosłam je dwa piętra niżej, do wielkiego mieszkania (gigante, gigante! - to luana znów), które będę dzielićz elien z belgii, jorghenem, albo kimś również stamtąd, jakimś kolesiem z londynu, ale zapomniałam, jak się nazywa, dwoma hiszpanami i portugalką. mieszkanie ma wielką kuchnię, tysiąc sto mikroskopijnych balkonów i łazienkę, z której przechodzi się na gigantyczny taras. zresztą spokojnie, już ja wam wszystko pokażę.

w kwestii kontaktów międzyludzkich, to przyjechałam i poszłam na imprezę, wstałam, i poszłam na imprezę, a teraz czuję sie trochę zagubiona, ale to minie :). na przeciwko wyremontowali szpital, a raczej jego fasadę, byłyśmy dziś w muzeum oglądać secesyjne spinki do włosów, a jutro mam plan rano wstać, i popatrzeć sobie na lizbońskie życie z mojego prywatnego balkonu. hehe.