a potem jechałam sobie mijając mój ulubiony główny plac miejski, najfajniejszy podejrzewam w europie, mój stary dom, moją szkółeczkę, siedzibę stowarzyszenia obywateli makao, i wszystko, wszystko było och wspaniałe, ale podobno lepiej jest wyjeżdżać, kiedy wszystko jest na szczycie cudowności, żeby nie pamiętać ewentualnego spadku formy.
a więc, powiedzmy, te dwa semestry były odległe os siebie o świetlne lata, pierwszy to było nurkowanie w przyjemnościach, spanie do 13 po imprezie każdej nocy, tysiące nowych znajomych i w ogóle, a drugi to nie powiem, zbieranie śmietaneczki. sprawdzeni przyjaciele i dobre jedzenie (ciągle mam na języku dorsza w śmietanie i potracza z winnicy), wybrane fiesty i forro do rana cztery razy w tygodniu, spódnice w leoparda i podróże, trąbki i pochody na ulicach, najlepiej, najlepiej. tak naprawdę niewiele zmieniło się od 15 marca, kiedy chciałam napisać notencję, ale jakieś zdarzenia przerwały mi jej tworzenie, ale pozwólcie, że ją zamieszczę, bo na serio oddaje to, jak było do końca:
w ogóle dziś myślałam jak to szalenie fajnie jest mieszkać w lizbonie (znowu). poszłam na obiad (znowu), bo ciągle ostatnio ucztujemy, tym razem na samej górze lizbony, w ślicznym domku niemców, gdzie przy balkonie rośnie palma gigant. wyszłam wcześniej, bo szłam na forró, i w deszczu pomknęłam na tramwaj (po portugalsku electrico, czy to nie jest najsłuszniejsza nazwa tramwaju na świecie?), i jechaliśmy w deszczu tym ślicznym żółtym tramwajem (tym które zawsze są na zdjęciach z anną marią jopek, bo oni kupili sobie tu dom), zabytkowym, prawie ocierając się o ściany kafelkowych kamienic, i było pięknie. a potem tańczyliśmy przez dwie godziny.
i nie o to chodzi, że tu jest łatwe życie, bo wiadomo, że erasmusowska egzystencja to nie jest najbardziej problematyczny żywot. Ale... (i tu zapewne zawołali mnie na jedzenie, i nie dokończyłam).
i nie o to chodzi, że tu jest łatwe życie, bo wiadomo, że erasmusowska egzystencja to nie jest najbardziej problematyczny żywot. Ale... (i tu zapewne zawołali mnie na jedzenie, i nie dokończyłam).
bardzo mi przykro, że nie mogłam zostać dłużej, ale obiecałam sobie, że zjem jeszcze tysiąc dorszy, właśnie w lizbonce, a teraz czas ustąpić innym niespodziankom (i zetrzeć z horyzontu buźki z iberystyki, bo tego się nie da więcej znieść).
to takie dziwne z drugiej strony, wróciłam i wpadłam w polski kompot, z niedzielnego musta w postaci imprezy brazolskiej w steps spokojnie przeszłam do wstawania o świcie i wściekłości w tramwajach (które jeżdżą po linii prostej i nie da się wystawić głowy za okno. co za beznadzieja).
to tyle. było cudownie. dziękuję za uwagę i do zobaczenia w obliczu następnych przygód, które może uregulują trochę mój żywot, ale mam nadzieję, że nie zbliżą go do tego, od czego uciekam od lat. trzymajcie kciuki (a dopo in italia, ściskajmy kciuki).
ps. kiedyś, na plaży jabłkowej, koło sintry, piknikowaliśmy, jak zwykle z włochami, więc jak zwykle z polotem, i jedliśmy kanapki z kozim serem i gruszką. pycha.
ps. dzień przed wylotem zaliczyłam pierwsze pływanko w oceanie, w carcavelos. delicja.
ps. jednym z haseł, którego ktoś poszukiwał kiedy wszedł na bloggiego jest śniadanie z kangurami.
No comments:
Post a Comment