co ty tam tyle robisz, zapytywał tomek za każdym razem, kiedy wchodziłam dokądś zapytać o drogę, i wychodziłam po dziesięciu minutach z nabazgraną mapą i brakiem konkretnych wskazówek. no i się dowiedział. kiedy zapytaliśmy staruszkę w zapomnianej wiosce sabrosa, jak dotrzeć do pinhao, gdzie miało być to cholerne wino, oparła się o okno, włożyła łokcie do środka samochodu, i zaczęła mówić, na rondzie w prawo, potem prosto, zrozumieliście? na rondzie w
prawo... no i tak wiele wiele razy. tom chciał odjechać, dziękując już z dystansu, ale te łokcie go powstrzymywały. dojechaliśmy w końcu, zatrzymując się kilkakrotnie żeby popiać z zachwytu, i dojechaliśmy do jednej winnicy, gdzie pani dała nam mptrójki z nagranym głosem przewodnika, i poleciła iść tam, gdzie wskażą strzałki.
przeszliśmy wśród winnych krzaczków kilometry, na koniec za darmo skosztowaliśmy porto (to jest to), wytrawnego sirocco (ha!) i czegoś jeszcze, tomek wskoczył do douro się ochłodzić, a potem nic już nie stało na przeszkodzie, żeby uderzyć na całkowity kraniec portugalii, do najfajniejszego parku narodowego zdaniem wielu (portugalskiego).
jechaliśmy opłotkami, natrafiając między innymi na zapomnianą przez świat wioskę o wdzięcznej nazwie fafiao, jadąc tamami, dziwnymi mostami i w ogóle niezwykle długo, żeby pojawić się wieczorem w vida de geres. zwabieni zostaliśmy tam właśnie gorącymi źródłami i sielankową ciszą, i znów nas oszukali! ale tego dowiecie się dopiero jutro, bo zareagowaliśmy porządną kolacją, i piwem nad potokiem na fajowskim kempingu wśród skał.
No comments:
Post a Comment