powyżej widać nasz taras. odbyło się tam dziś pierwsze śniadanie, zamierzam wprowadzić niedzielne brancze do kalendarza kulturalnego lizbony (myślę też o przywleczeniu jakiegoś dywanu z ulicy) i tyle. obiady, salsa rosa, włosi, cuda.
poza tym, z łaski swojej, przekażcie żebrakom z dziewiątki, że dramatyczne jęki są passe. w lizbonie stawiamy na rytm, lub na postkolonializm (małe pieski siedzące na akordeonie, ze sznurkiem od kubeczka na pieniądze w zębach).
ej, nie wolno pisać takich rzeczy o wydmach i plażach, wiedząc, że czytają to ludzie w polsce, w lutym!!! ;)
ReplyDeletetaras boski, przesyłam zazdroszczenia :)
Kiedyś się nabrałam na tego pieska. Wino chyba zaburzyło mi widzenie rzeczywistości.
ReplyDeleteZapomniałam Cię czytać! Już nadrabiam! :)