Saturday, December 18, 2010
"Groza świata jest straszliwa i tylko bliskość nas ratuje"
Friday, December 17, 2010
all stories are love stories?
ps: opowiadamy:
http://videos.publico.pt/Default.aspx?Id=e8bbece2-9ff3-4a85-bf77-c9c05ee2f88c
Thursday, December 16, 2010
it's such a perfect day
udałam się dzisiaj w góry. jest to krótka droga pociągiem podmiejskim do sintry, którą na pewno już znacie, bo byliśmy tam z tomeccinem jakiś czas temu (wieki temu znaczy).
pojechałam tam głównie po to, żeby poczuć się jak bill bryson (którego też już znacie, ponieważ jest fantastycznym pisarzem podróżniczym), wypić kawkę w takiej fajnej kawiarni i kupić tony prezentów. więc jako że w górach jest zimno, założyłam wszystkie najcieplejsze ubrania (łącznie z rękawiczkami z kanady), nie zapominając o okularach słonecznych, gdyż w portugalii nie miewamy ostatnio pochmurnych dni. z mych zadań wszystko zostało wykonane, było cicho i spokojnie, łaziłam sobie po sintrze (co prawda nie weszłam na żadne wzniesienie, więc nie obejrzałam ponownie ani jednego z zabytkowych bajecznych domków, willi i zamków, ale i tak bym tego nie zrobiła, bo nie chciało mi się samej**). po powrocie i krótkiej drzemce w pociągu (podejrzewam, że śpiewałam, bo śniły mi się piosenki, a pan obok mnie znacząco chrząkał), poczułam po raz pierwszy świąteczną atmosferę, kiedy poszłam do pingo doce, czyli biedronki (tak! biedronka jest portugalska! i tutaj wcale nie jest koszmarnym dyskontem!), gdzie grano cichą noc. i tak radosna poszłam do domu, starając się nie ślizgać i nie potykać za bardzo, bo torba kruchych prezentów, na którą wydałam fortunę, śniłaby mi się po nocach.
i tak oto, serdeńka, zbliżamy się do przedostatniego wieczoru w lizbonie. szykujcie się na podsumowania!
____________
* nie przeklinaj tyle, powtarza tomek wróbel
** no zastanawiam się, dlaczego!
Tuesday, December 14, 2010
to ostatni wtooooooooooorek
dziś w ogóle czułam się jak dziecko z bullerbyn, bo droga ze szkoły zajmuje mi ok 15 minut, a przyszłam do domu po dwóch godzinkach, bo świeciło słońce, i postanowiłam wrócić do domu trasą po parkach (bardzo bardzo piękną). i szłam, by zobaczyć największą flagę w portugalii, a potem wam o niej opowiedzieć (bo jest podobno większa od autobusu). i jej nie było! (julianeczek mówi, że nie ma jej już ponad miesiąc). no i tyle. potem byłam zmęczona, więc zasnęłam memlając rogalika, potem nagrywaliśmy wywiad (Ludovika mówiła o jedzeniu ok 5 minut bez przerwy, dodała też anegdotkę o tym, kiedy w dzieciństwie wystawiała miseczkę soczewicy dla reniferów mikołaja). a teraz jest 22 i muszę na serio zacząć się uczyć, bo jutro następny egzamin! ojeju!
ps. reisefieber! reisefieber!
czy kangury dudnią? czyli so lucky to be loving you
poza tym oczywiście będę gotować. potrzebna mi do tego moja własna kuchnia. i moja patelnia, i komfort przypalania bez komentarzy. bez setek ludzi łażących po domu, robiących kawę właśnie wtedy kiedy nie powinni, no i w ogóle chcę już spać w moim łóżku. wszystko mnie drażni, i gdyby nie to, że mam te głupie egzaminy, wyciągnęłabym już teraz (lecę w sobotę) walizkę i zaczęła pakowanie. oczywiście poza szkołą jest fajnie.
Sunday, December 12, 2010
pais tropical
pozwolili mi rzucić antropologię. jest fajnie.
mamy dziś w domu kolację z grzanym winem i irish coffee. będzie fajnie.
w sumie co z tego (oczywiście lepiej, niż żeby było niefajnie, ale wyciągam już walizkę i składam sukieneczki, chociaż wcale się nie cieszę na myśl o powrocie, bo chcę do domu znaczy chcę do mr sparrowa).
niedziela jest krótka, ponieważ wstałam w południe, zjadłam śniadanie po pierwszej, dokonałam stresującej korespondecji z władzą w postaci koordynatora erasmusa, i w końcu poszłam na poranną kawę (nie pijam kawy w domu, bo wtedy to żadna przyjemność). i szłam (i szłam) aż doszłam do mojego różowego quiosque i było ciemnawo, jesiennie, a ja siedziałam na ławce, latały samochody, łazili ludzie, skakały psy, i było hmmm, trochę jak w filmie (czy to ma sens?)
i potem poszłam w dół, na baixę do metra, i podszedł do mnie dziwny człowiek, który powiedział, widziałem cię w parku i chciałem porozmawiać, ale spotkałem koleżankę, i nic z tego nie wyszło. opowiedział mi o jeleniu, który przeżył pożar w muzeum nauki, dlatego jego imieniem nazwano salę (Sala Jelenia), i on ma tam wystawę (człowiek), bo jest artystą malarzem. opowiedział mi o filozofie, który mieszka niedaleko, i poszedł. jak widać jest to dziwna niedziela.
Saturday, December 11, 2010
zwroty akcji
mój współlokator julianeczek nienawidzi gołębi. mamy nową świecką tradycję, w każdy wolny dzień chodzimy na kawę w nowe miejsce i sobie siedzimy na dworze (dziś było 18 stopni), julian klnie na gołębie, a ja szaleję z radości. po kawce dzisiaj było frisbee w mym ulubionym miejscu, na przeciw reklamy o casa macau, czyli stowarzyszenia ekspatów stamtąd, gdzie, jak sprawdziłam, rozgrywają turnieje w mahjonga. klasyk, nie?
idę dziś na fiestę, porzuciłam jeden koszmarny przedmiot z palpitacjami serca, czy sprawdzi się powiedzenie lepiej późno niż wcale? mam nadzieję!
a tak poza tym: madera, maroko, północ portugalii, mam liczne plany i w ogóle, ale żeby australia? si seniores! już wkrótce rozpoczęcie akcji pod krytponimem antypody, zaczynamy w poniedziałek od wizyty w ambasadzie (mam po sąsiedzku), kończymy lądowaniem w new south wales. wprost w objęcia tomka wróbla!
Friday, December 10, 2010
somebody give me a chair
Thursday, December 9, 2010
cztery włoszki i ja
na przeciwko mnie mieszkają dwie włoszki, z którymi rozmawiamy wrzeszcząc z okna do okna, o wdzięcznych imionach ludovika i nausicaa (to nie literówka, rodzice nausiki lubią starożytną grecję, stąd to imię). ludovika będzie pediatrą, po angielsku mówi z bardzo włoskim akcentem (moim ulubionym słowem w jej wykonaniu jest crap, czyli craaaappy) i ostatnio kupiła sobie na pchlim targu telefon, taki sam jak ten, z którym w dzieciństwie była emocjonalnie związana.
nausicaa jest wesołą bolognese (ciekawe, czy tak można powiedzieć?), zabiera nas w dziwne miejsca jak wiedeń w lizbonie, robi bruschetty na aperitivo w czasie imprez, i ma dwa tysiące znajomych.
moja ostatnia najważniejsza włoszka to alice, pochodząca ze wsi pod wenecją, jest bardzo mądra i mówi po portugalsku bez akcentu. wygląda jak poważna matrona, ale to tylko pozory, proszę państwa.
Tuesday, December 7, 2010
przedostatni tydzień roku w lizbonie
jako, że był wczoraj dzień ze splurge mode on, zamiast herbaty i adwentowej czekoladki (z kalendarza od Julianeczka, pamiętamy) - mam plan oszczędności - poszłam na branczyk do najśliczniejszej kawiarni w lizbonie, którą posiadają nota bene austriacy, i dzięki temu poczułam się jak w europie: to nie jest już TYLKO smak sera! (bo musicie wiedzieć, że moja portugalska dieta opiera się na tostach, czyli w wymowie tutejszej tosztasz). więc jadłam moją niebywałą kanapkę z dawno niesmakowanymi specjałami jak chutney z mango, no i po prostu. a wnętrze wygląda podobnie do domu mojej nowej idolki, nie ma tam jednakże tyle różu.
i wiem, że nie jestem nieodrodną koleżanką znawców muzyki i towarzyszką życia fana najlepszych zespołów świata, ale byłam na ich koncercie, i tańczyłam od początku do końca (portugalczycy prawie nie tańczą, więc sfilmowała nas ekipa telewizyjna.
Monday, December 6, 2010
sto pytań do
przede wszystkim, dlaczego w każdym strategicznym miejscu nie ma włochów? są doskonali do rozładowania napięcia! wczorajsza włoska kolacja rozprostowała moje zmięte poczucie radości, napchała makaronem własnej roboty i tiramisu. w domu, w którym był prawdziwy stół. łał!!!!
albo dlaczego w portugalii nie ma sesji, tylko wszystkie egzaminy zdaje się w trakcie zajęć, co przyprawia mnie o nerwy i neiustanny ból głowy?
albo kiedy pojadę do australii.
albo dlaczego jesienią drzewka ginkgo biloba są takie mega żólte i jak by to było, gdyby wszystkie zupełnie drzewa były żółte?
dlaczego po obejrzeniu filmu o rwandzie idziemy na kawkę?
kiedy przestanie padać?
Saturday, December 4, 2010
nigdy nie wiadomo
poza tym, żądam, żeby dzisiaj już się skończyło.
Friday, December 3, 2010
witamina D w nadmiarze
od razu mówię, że zdjęcie obok nosi tytuł zwierzęta w lizbonie i są na nim DWA zwierzęta. jest ono wynikiem mojej wycieczki związanej z pogodą jakże inną od polskiej. byłam na alfamie pierwszy raz tak naprawdę (nie licząc wycieczek z moją grupą z historii sztuki, kiedy prawie nie widziałam z powodu zaspania), i jako że to jest post-arabska dzielnica, która nie została zniszczona przez trzęsienie ziemi, jest oczywiście fajowa, ale niestety (hiszpania skradła moje serce lata temu), wszystko już było. ale dotarłam (wdrapałam się) na najwyższy miradouro czyli punkt widokowy w mieście, gdzie natknęłam się na zwierzęta, i widoki: (co tam, pokażę wam, już mówiłam, epoka fajnych zdjęć skończyła się z wyjazdem tomka)
placyk w centrum, który wygląda tak dystyngowanie, jest centrum dzielnicy imigrantów ogarniętej złą sławą (tej samej, w której słucha się fado popijając ginję), i gdzie po zmroku można zostać ogwizdaną lub okradzionym. ale mi się tam podoba, jest jak w brazylii.
to tyle. psuje mi humor konieczność pisania pracy na wiele stron, nawet wieczorna ośmiornica (tak! idziemy do baru wiedeń style!) średnio pomaga. pozdrowienia.
ps. od kiedy zaczął się grudzień, julianeczek zaczyna ze mną rozmowę słowami: czy zjadłaś już dzisiejszą czekoladkę? (mowa o kalendarzu adwentowym - jest to kolejna mikroradość).
Wednesday, December 1, 2010
niedziela w środku tygodnia
Sunday, November 28, 2010
we cannot escape from each other, czyli ogon wycieczki
w piątek natomiast udałam się do najsławniejszego klubu w portugalii. tak jak z największym centrum handlowym, tak i z klubem, nie trzeba się wysilać. sława klubu (o wdzięcznej nazwie lux) wynika z tego, że współposiada go john malkovich. i co z tego? miałyśmy z belgijkami iść na djski set roisin murphy (nikt jej tutaj nie zna z moich znajomych, więc sto razy odśpiewałam jej przeboje), i poszłyśmy. był mega tłok, osławiona door selekta to chyba żart, bo portugalczycy, ten naród niskich ludzi, ubierają się wyjątkowo beznadziejnie. a ja, błyszcząc nową sukienką(błyszcząc w przenośni) wyjebałam się na pustym dancefloorze piwnicy, na górze za to był megaścisk, wszyscy śpiewali forever more, jakiś otyły hiszpan wrzeszczał patrząc na mnie "tej pani czerwoną kartkę", a ja chciałam go uderzyć, bo na serio, nie lubię takiej muzyki (ale każdy erasmus musi pójść do luxa, żeby zdobyć experience), i nienawidzę tłoku. więc o czwartej pomknęłam do domu, mijając zmarzniętą grupkę czekających na cudowną rozrywkę. no i co? never more! błagam!
Wednesday, November 24, 2010
greve geral
Monday, November 22, 2010
new dress charisma
z innegj beczki, michelle obama robiła podobno zakupy na naszej ulicy, a ja oczywiście to przegapiłam! bo sama robiłam zakupy w moi drodzy największym centrum handlowym portugalii (to nie jest wielkie osiągnięcie). kupiłam długopis i taśmę, i komentarze stają się zbędne.
(plus byłam na forro w nowej sukience, i pan instrukror najsłodszy zapowiedział, że do czerwca będę ninja forro! i jak tu nie wracać rozradowanym?! warto było opuścić darmowy koncert na końcu świata, nie?)
Saturday, November 20, 2010
Thursday, November 18, 2010
zaległa notencja
grzeję się przy nowo zakupionym grzejniku (tym z supermarketu), wróciłam z lekcji forro, gdzie było fantastycznie, a wczoraj w nocy była impreza forro, gdzie najstarszy kelner (około sześćdzieiątki) postawił mi kieliszek ginjinhii. takie rzeczy są tylko w portugalii! i rozpoznają mnie już na tych fiestach! kurczaki! (mimo że głównie balanuję z kieliszkiem i się śmieję). a o poranku dziś pojechałam autobusem (nowość!) do pałacu w kolorze różowym, gdzie mieliśmy poranne zajęcia z historii sztuki. a teraz słucham pauli i karola (mówcie, co chcecie) i postanowiłam, że opiszę wam moich współlokatorów, bo są wyjątkowi i już niedługo nasz skład pozostanie ten sam.
no to zaczniemy od julianeczka. jest to chudy niemiec, o którym szalony francesco mawiał, że ma aparycję seryjnego mordercy, bo jet perfekcyjny i opanowany w nieprawdopodobnym stopniu. co jest prawdą: mieszkam z nim już od dwóch miesięcy, ale ciągle mnie zaskakuje. jest chodzącym zegarkiem, a rano można go spotkać, kiedy pierze nową dawkę ubrań. wprowadził na nasz strych terror mycia nawet jednego kubeczka natychmiast po wypiciu zawartości, i bardzo dobrze gotuje. ma rozkrzyczaną dziewczynę marlen, która jest nauczycielką w podstawówce. jest przemiłym kompanem w zaskakujących sytuacjach, na przykład na obiadach w stowarzyszeniu kabowerdiańczyków, i nie zwraca uwagi na humory (julian, smutno mi. tak? mi też było smutno miesiąc temu). dał mi w prezencie kalendarz adwentowy, taki z czekoladką na każdy dzień grudnia, i biało zielone zatyczki do uszu. julian wyjeżdża (no dobra, za miesiąc) i już mi dziwnie.
na przeciwko pokoju juliana mieszka dries, właściciel jedynego pokoju z prawdziwym oknem. jest to belgijski surfer o posturze typowych autralijskich backpackersów, i tom pierwszy odkrył, że dries jest po prostu przedobrym chłopcem. uwielbia studenckie imprezy, ale chodzi ze mną na forro z uwielbieniem.
oihane to baskijka, i określmy to tak, że jest taka, jak tysiące młodych hiszpanów, hipisowata i pozbawiona trosk. co jest fajne, ale nie jesteśmy przyjaciółkami, mimo, że pomagamy sobie, każda na swój sposób. oihane ciągle imprezuje i na pytanie, jak się ma, odpowiada zazwyczaj "spokojniutka". i tak jakoś leci.
plus ana, portugalka z porto, która całe woje życie zostawiła tam właśnie, przybywając do lizbony na trzymiesięczny staż. nigdzie nie wychodzi, nie ma nowych znajomych, nigdy sama nie gotuje (zupy przywozi w tupperwarach an cały tydzień) ciągle się uczy i zawodzi, że jest zmęczona, ale jest bardzo bardzo sympatyczna.
tak więc oto nasza wesoła kompania!
Tuesday, November 16, 2010
znów poniedziałek
siedzę w kapturze pod kołdrą, bo zaczyna być zimnawo. widziałam sąsiada kupującego grzejnik w supermarkecie pod domem, bo był tani, i będzie mu suszył pranie. jutro idę zrobić to samo.
a dlaczego nie leżę sobie błogo z książeczką, albo nie baluję z jakimiś włoszkami? no, zastanawiałam się, czy zaśmiecać blogunia nienawiścią, ale trudno. *&^%$#@! przecież można się zajebać, zapamiętując sentencje typu umuntu ngumuntu ngabantu , bo pani wymaga od nas wielkich ilości wynurzeń na temat ubuntu. ha! czyli wcale NIE systemu operacyjnego! i to miał być mój ulubiony przedmiot! najciekawszy! w sumie nie mam z czego wybierać, przecież można się pociąć, śledząc moje wyczyny edukacyjne (chociaż zerkam czasem na usosa, żeby sprawdzić, czy w tym roku też dostanę stypendium), ale jeszcze tylko kilka miesięcy, a potem? no?
ps. wczoraj była przemiła niedziela: z chłopakiem z drugiej półkuli pisaliśmy recenzję w języku wilhelma zdobywcy, a potem poszłam na międzynarodowy obiad, gdzie wydarłam żarłocznej dunce resztę kisza, i zjadłam winter dish znajomych belgijek. było przemiło, i po pijaku (no, no, po winku), zgodziłam się na podróż do paragwaju w najbliższych miesiącach. jutro kupuję kupon na loterię.
Sunday, November 14, 2010
ale chyba raczej tak
nie powinnam umieszczać takiej radosnej pijackiej notki, bo rano się obudziłam (po nocy z różnymi alkoholami), i mimo, że się nie upiłam, to miałam lekki ból głowy (bo belgijskie piwo nazywa się duvel, czyli diabeł, więc nie można go pić za dużo). okazało się, że dzwonił tom z australii, ale jako że spałam z zatyczkami wetkniętymi w ucho środkowe, nie odebrałam, a kiedy zadzwonił znów, nie mogłam przestać płakać, i jęczeć, że nie chcę, żeby był daleko. potem było tylko gorzej: myślenie (bo nie robienie, rzecz jasna) o obowiązkach szkolnych, gówniane eseje, testy midtermowe (tylko jeden w ten wtorek i potem zamierzam spędzić każdą noc na tańcach), męczenie się rozterkami innych, a także wysłuchiwanie mojej mamy, która jest przekonana, że ucieknę do sydney jeszcze przed urodzinami, i pyta, czy chcę wyjść za tomka za mąż. no przecież skąd mam wiedzieć już teraz!
Saturday, November 13, 2010
piątek, wieczór, wspaniałości
no bo niby pijemy sobie winko ze współlokatorami, ale jakie trzeba mieć szczęście, żeby mieć fajowych współlolatorów, wspaniałe sąsiadki, fajne (bez okna) mieszkanie, najlepsze przyjaciółki, najlepszego tomka na świecie i w dodatku być o krok od ukończenia studiów? (przynajmniej tej dziwkarskiej iberystyki)
ok, wypiliśmy winko, beligijskie piwo, francuską mieszankę lemoniadową, zjedliśmy pizzę i tańczyliśmy do swinga...
Friday, November 12, 2010
czwartek
ps. jako że tomeczek wróbeleczek wyjechał (aktualnie mknie gdzieś nad azją), ciakych zdjęć będzie coraz mniej, ale będę się starać! a za kilka miesięcy wszystko wróci do normy, bo spotkamy się znów (już mi się to śniło, bo nie mogę się doczekać).
Wednesday, November 10, 2010
voce e muito gira, sabia?
Tuesday, November 9, 2010
casual monday
Sunday, November 7, 2010
"a jestes niby taka swiatowa"
to by bylo na tyle z wycieczek. w piatek za to byla kolacja ogolnodomowa, czyli trzy mieszkania razem, a potem udalismy sie we trojke na koncert, ktory byl - wybacz jakubie - okropny, ale im sie podobal. mi nie, wiec siedzialam na tarasie ogladajac dzikie tlumy na bairro alto, a potem natknelam sie na bernardyna na schodach, wiec skomplementowalam go po hiszpansku, i wcale nie nie zjadl.


ps. z racji wyjazdu toma dostalam od wspollokatorow jeden dzien specjalnych uczuc: zrobiono mi obiad (w sumie nie wiem do konca czy zrobiono MI, bo dostalam swoja porcje wtedy, kiedy chlopcy sie upewnili, ze sa najedzeni, ale to byla niespodzianka, wiec nie dbam oszczegoly), a dries upral mi recznik. i kupilam sobie kafelkowe piatki na moje warszawskie drzwi. odwleklam rowniez termin powrotu w warszawskie pielesze, wysylajac jedna tajemnicza rzecz, ktora powinna w najblizszym czasie wygrac mi pokoj gdzies na poludniu europy.
Tuesday, November 2, 2010
po weekendzie
w madrycie bylo nawet fajnie. tomek wrobel jest kolejna po bolti osoba, ktora ciagam po hiszpanii, kazac wachac i podziwiac jak specyficznie pachnie. ale nie bylo tylu swinkich nog powiewajacych nad glowami w knajpach, tylu ciemnawych barow, tylu wrzaskow po hiszpansku* zebym oszalala z radosci. mimo to potwierdzilo sie to, ze w hiszpanii mozna pic piwo z fanta, czyli clare, od rana od poznego sniadania, i sie wcale nie upija, tylko jest coraz przyjemniej.
a tymczasem:
chuva!
* zamieszkalismy w madrycie w domu szalonej francuzki, ktora nigdy nie nosi spodni i wydaje ciekawe dzwieki, jest bardzo mila ale tez dziwaczna. studiuje angielski i uwielbia australie, a jako ze tom nie mowi po hiszpansku (chociaz wierzy ze mowi), nie moglam sie rozszalec z moim pokrzykiwaniem, jak zwykle bywa, tylko lazilam i gadalam w jezyku moi panstwo wilhelma zdobywcy. ale za to spedzilam hiszpanskofonski wieczor, kiedy spotkalam sie z moja wspollokatorka z granady, ktorej nie widzialam trzy lata. dlaczego hiszpanki sie nie starzeja? to bardzo ciekawe i jeszcze bardziej godne pozazdroszczenia. uslyszalam za to, ze jestem chudsza niz w hiszpanskich czasach (co nie jest dziwne, bo wtedy po cichu zjadalam kilogramy ciastek z kawiarni gdzie pracowalam, i zywilam sie colacao i ciastkami z pobliskiej cukierni, ktore mialam przynoszone do lozka), i mnostwo plotek o dawnych znajomych i przeszlych przyjaciolach, wszystkie nieprawdopodobne i jak z filmow, ale swiadczace o tym, ze zycie mknie! i porzuca niektorych w polnocnej karolinie.
Saturday, October 30, 2010
Stop, Admire and Appreciate
top jeden czyli quiosques.
budki z kawą i czym się trafi to powód do nieustannej radości. można na przykład iść sobie w nieznane miejsce, i trafić na quiosque po drodze, wspomóc się galao, czyli kawą latte, i tostami, i od razu wszystko jest fajniejsze. pisał o tym lizboński timeout, więc tam można doszukać się spisu nowości, ale według mnie najlepsze to quiosque przy kaczkach w parku na lapie i mój absolutny faworyt, uwieczniony tutaj, ze mną z pingado w dłoni.
top dwa, czyli wiedeń w lizbonie.
są miejsca, gdzie nic się nie zmienia, w polsce na przykład bary mleczne (jesteśmy ciągle w kategorii konsumpcji, więc nie będę wspominać na przykład o politykach albo śmierdzących tramwajach) lub okropny smak bigosu. tutaj, w mojej nowej małej ojczyźnie, ulicę od domu moje sąsiadki znalazły stare kasyno z wystrojem rodem z alkazaru, z przezroczystym dachem i szumiącymi fontannami, w którym można kupić taniuteńkie tapasy i danko z ośmiornicy. wszystko w wielkiej sali pod złoconymi stiukami, fantastiko!
w tej samej kategorii plasuje się tajemniczy lokal, gdzie starodawni kelnerzy wpuszczają bywalców dopiero kiedy oni zadzwonią do drzwi. noszą satynowe kamizelki, a ściany pokryte są przedziwnymi kolekcjami przypadkowych przedmiotów, takich jak poroża, popiersie cezara i londyński policjant naturalnej wielkości.
top trzy, czyli plażujemy
we wtorek wybraliśmy się nad ocean. autobusem zajmuje to 20 minut, z czego kilka na tym gigantycznym moście, replice golden gate. i wylądowaliśmy na costa de caparica. tomek wróbel rzucił we mnie trzy razy szkieletami ryb, i kilka razy wypsnęło mu się, że jestem ślepa jak nietoperz, ale to było pełne czułości. szliśmy w poszukiwaniu opuszczonej plaży kilometry na południe, i natknęliśmy się na rząd mikrodomków, które kiedyś pewnie służyły rybakom, i wyglądają megasuper. tomek w. zażył kąpieli wodnej, ja jedynie słonecznej, nie nawiązaliśmy żadnych plażowych znajomości, a wieczorem, kiedy czekaliśmy na autobus, moja siostra zadzwoniła i powiedziała, że w polsce pada deszcz ze śniegiem. ha! było od czego uciekać!
top cztery, czyli romantyczne obrazki
udaliśmy się z tomkiem wróblem na wizytę w katedrze, co jest mi potrzebne do zaliczenia przedmiotu o lizbońskiej architekturze. koło katedry kursuje zabytkowy tramwaj numer 28, a z niego turyści strzelają niecelne fotki. tomek mnie pocałował, z tramwaju rozległ się jęk zachwytu (dwoje kochanków całuje się w romantycznej lizbonie!) i wszyscy zaczęli robić zdjęcia. tom uwielbia chwile sławy, więc zawołał do nich i pomachał, wtedy cały tramwaj rozszalał się z radości (starałam się schować twarz). potem tramwaj się popsuł albo dostał jakiejś awarii, i staliśmy na przeciw siebie, wszyscy poza mną zachwyceni.
za to na stołówce na uniwersytecie jakiś chłopak, który zamienił ze mną dosłownie dwa zdania o zupie położył mi w chwili mej nieuwagi stateczek ulotki astrologa z zapisanym tam adresem mailowym. myślałam, że takie rzeczy się już nie zdarzają! (ale najwidoczniej byłam po prostu poza obiegiem).
top pięć, czyli welcome to the jungle
w samym centrum lizbony ukrywa się ogród botaniczny (połowa drzew jest z australii, co zostało bardzo szczególnie potraktowane). nie było tam poza nami nikogo i na pewno można tam znaleźć trupy. ale było pięknie.
Sunday, October 24, 2010
Friday, October 22, 2010
czas przyszły
wybraliśmy się dzisiaj z tomkiem do cascais, na targ rybny i rowery (targ był zamknięty, rowery zamykali, kiedy odnaleźliśmy punkt wypożyczeń), więc szliśmy wzdłuż oceanu, aż znaleźliśmy kawiarnię, którą wybrałby bill bryson, z widokiem na kiczowaty pałacyk i skały. i wtedy wyszło, że tomek powróci do australii, i spotkamy się w najbliższej przyszłości, nie wiadomo jeszcze gdzie, w portugalii albo australii, albo tajlandii, w każdym razie jest na co czekać. no i maroko!
Tuesday, October 19, 2010
to był ranek
ilustracją do dzisiejszych dywagacji o jesieni jest moje ulubione zdjęcie z porto, które niestety nikomu się nie podoba (czyli tomkowi), więc nie oczekuję zachwytów, bo sama już sobie pogratulowałam wspaniałego ujęcia kilkadziesiąt razy.
a teraz zajmiemy się tym, do czego mam antytalent. dlaczego, skoro tak lubię tańczyć, muszę być frajerem? dziś wirowałam na parkiecie z instruktorem, myśląc, jak dobrze mi idzie, i to dopiero moja trzecia lekcja, a jestem zdolna wyjść porządnie z niezwykłych obrotów, a on kiedy skończyliśmy zaczął mnie krytykować, że nie opanowałam jeszcze baz. baz! czyli podstawowych schematów. no jasne. poza tym była słaba muzyka, jest poniedziałek, tom wydziwia (zabrałam go dziś w moje ulubione miejsce w lizbonie i w piątej minucie pobytu się pokłóciliśmy, jaki z tego wniosek?) i w ogóle. ale w nocy robimy sobie camping (moje łóżko jest wątpliwej jakości) i śpimy na podłodze, akurat w takim punkcie, że można rano zobaczyć od razu kawałeczek tego szalonego niebieskiego nieba (co w moim oknie o wymiarach 20x40 cm nie jest łatwe), więc źle nie jest.
Sunday, October 17, 2010
Feel Like Home
wróciliśmy do lizbony, właśnie! czyli nie wróciłam, tylko wzięłam tomka do autobusu na dworcu ukrytym wśród zaułków, i przejechaliśmy te trzy godzinki z północy kraju w sam raz w środek portugalii, czyli do lizbony. tęskniłam! lizbona feels like home, wdrapaliśmy się na strych, a tam wszyscy kłębią się w kuchni, włoszki z sąsiedniej kamienicy witają nas przez okno (to lepsze niż telefony), no, w ogóle.
od toma dostałam kubełek smażonej cebuli (takiej, jaką posypują kanapki w subwayu, przepadam) i miliony całusów.
śniadanie (a raczej brunch, trzymajmy się takiej nomenklatury) odbyło się w sekretnym parku, gdzie spokój i sielaneczkę zakłócali agresywni właściciele psów, ale tylko na początku. a my siedzieliśmy sobie wygrzewając się na słońcu, i popatrując na lizbonę z góry. okazało się, że kilka schodów niżej jest kawiarnia, gdzie przemiły kelner (to lizbońska specjalność, przemili kenerzy i barmani, jeju, czy nie możemy ich wziąć do polski?) podał nam kawkę, i nie chcę nic mówić, ale czułam się jak w monte carlo, z pycha kawą na tarasie, mega widokiem pod mega niebieskim niebem, i ekstrawaganckim tomem z przydługimi włosami. nigdy nie byłam w monte carlo, ale tak to sobie wyobrażam.
Wednesday, October 13, 2010
nowości z ulicy świętej marty
i musiałam zachorować. hot lemon zagłaskał me przeziębienie, i teraz na serio nic nie mogę robić, nawet włóczenie się nie jest fajne, miałam to olać, i siedzieć w fotelu z kubkiem mięty (podczas której kolacji przynieśliśmy fotel do kuchni, żeby było bardziej przytulnie), ale mam już tego dość. przepadły mi zajęcia tańca i najlepsza impreza! (i nic mnie nie obchodzi, że za tydzień znów nastąpi). więc obejrzałam wszystkie seriale, przeleżałam dwa dni, i dziś wyłudziłam od pana aptekarza antybiotyk, i czekam. bo... jutro przyjeżdża tomek! nie obyło się bez płaczu przez telefon, ale trochę nie mogę się doczekać. za mniej niż 24 godziny na lotnisku w porto, chyba wezmę okulary żeby najszybciej go wypatrzeć i się rzucić!
a tymczasem - wiwat chile! kurczę, czekałam na to mega! (communitas, jak by powiedziała magda m.)
Monday, October 11, 2010
Friday, October 8, 2010
where is tommy?
teraz właśnie robię obiad dla mnie i mojego współlokatora Juliana, wśród strumieni deszczu i piorunów. Julian zrobił mi przed chwilą hot lemon tea, czyli megagorący sok z cytryny, bo niedomagam i chodzę po domu jęcząc i kaszląc. z tego powodu (również, ale podkreślmy przede wszystkim neurozę) nie pojechałam w odległe krainy, żeby pomagać uchodźcom. stałam w strugach deszczu na dworcu, bilet kosztował za dużo i nie nie miałabym za co wrócić (tom zakazał mi brania czegokolwiek, co można ukraść, bo to podejrzana dzielnica, a w drodze kupiłam już gazetę, żeby mieć co czytać, i zostały mi marne euraki). czułam się jak w brazylii, kiedy wracałam do domu po weekendzie. i bolała mnie głowa, byłam i tak spóźniona, i w końcu wsiadłam w metro i wróciłam do domu, i to jest kolejna godzina, kiedy włóczę się bez celu. po domu. i właśnie zalało mi pokój.
Thursday, October 7, 2010
Like a Ninja
plus był znów obiad z pizzą ręcznie robioną i takąż irish coffee. a potem tańczyliśmy w naszej kuchni mansardzie, a włosi śpiewali pieśni z regionu emilia romagna. jak mówią w reklamie - bezcenne!
Tuesday, October 5, 2010
5 de outubro
plus w święto republiki należy świętować, stąd republikańska kolacja wczoraj:
kwestia toma wróbla i jego pozostania w polsce jest bardziej skomplikowana, ale w sumie lubię kangury i południową półkulę (ale co z tego, skoro i tak będzie źle, źle, źle).
Sunday, October 3, 2010
Zsa Zsa Zoo
hostel dla NAS w porto: zabukowany
staż: do rozpoczęcia w piąteczek ("angolańczycy będą cię uwielbiać!")
plan podszycia się pod dziennikarza: przemyślany!
wczoraj w doborowym gronie przyrządziliśmy kolację, kto chciał, ten palił na dachu (trzeba się bvło wdrapywać z tarasu, do którego wchodzi się przez łazienkę), a kto nie chciał, ten jedynie siedział, bo ingo dysponuje dachem z widokiem na zamek, tag, rossio, wszystko dookoła bardzo piękne. dzisiaj natomiast padało pierwszy raz, więc zniszczyło to moją wątpliwą silną wolę, żeby wyjść i działać, nie poszłam nawet na obowiązkową kawę do uszczęśliwiającego parku, za to obejrzałam hurtem pół drugiej serii white collar i nie zjadłam obiadu, bo nie chciało mi się gotować. a kiedy współlokatorzy zaproponowali mi wspólną kolację, odmówiłam, bo nie chciało mi się wychodzić z pokoju i mieszać makaronu. więc teraz, oczywista, głoduję, ale można sobie na to pozwolić raz w tygodniu, czyż nie? (chodzi mi o brak inwencji i leżenie).
Friday, October 1, 2010
a w ekwadorze zamach stanu
na avenida de liberdade można kupić pieczone kasztany! to niezaprzeczalna oznaka jesieni. pamiętam jak w granadzie piekliśmy kasztany w kominku, i dookoła biegał szekspir (sheakspeare the dog), cóż to był za piękny czas! ale teraz jest równie wspaniale.
byłam dziś w moim ulubionym miejscu w lizbonie. znalazłam je już drugiego dnia mojego pobytu, dlatego nie ufałam mu za bardzo, ale jest to po prostu coś wspaniałego! to tylko (ha! tylko jest dla wtajemniczonych!) mały park, i dziś na przykład siedziałam sobie z kawką i czytałam gazetę, mamrocząc pod nosem słówka, których nie rozumiałam, a obok mnie przechodziła lizbońska mieszanka, ludzie jak z sartorialista, pani wariatka z psem, podstarzali ojcowie z małymi dziećmi, i w ogóle. zawsze się tam czuję wyjątkowo wspaniale, ciekawe dlaczego tak rzadko tam przychodzę? można też pójść ulicą w dół, i wtedy, ach! no wtedy jest się u wrót najfajniejszej pijalni drinków wszechczasów. jest z nim tak jak z tą piosenkę zeros, 'home', której słucham góra 2 razy dziennie, ten bar też sobie dawkuję, żeby mi się nie znudził, bo chcę go pokazać tomkowi, i razem z nim się radować popijając driny :).
no tak. tymczasem znalazłam sobie fantastyczne zajęcia na uniwersytecie, i wcale nie płaczę z nudów, (przynajmniej nie często), korzystam sobie z tego, co bouvier z mojej ukochanej książki nazywał mobilnością społeczną, i bywam a to na publicznych kolacjach gdzie pachnie skłote i dredami, a to w wysmakowanych lokalach z kelnerami w kamizelkach, a zaraz idę łyknąć ginjinhę, czyli portugalską wiśniówkę, a potem na tańce! przepraszam za niskie loty. po prostu mam za pełną głowę, a w planach zwycięstwo w konkursie i podróż do afryki, a wcześniej brazylijskie pląsy z najlepszym tancerzem lizbony.
Wednesday, September 29, 2010
how earthy we all can be
poza tym jestem mega zachwycona, bo okazalo sie, ze najlepszy tancerz z wczorajszej fiesty napisal do mnie i zaproponowal, ze nauczy mnie tanczyc. moja amerykanska kolezanka zabiera mi znajomych, ale to ja pijam kawe z moim ulubionym kolega, dyskutujac o przyszlosci portugalii.
no to lece. ide czytac ksiazke o saharze, chociaz powinnam czytac o orientalizmie, bo profesor amerykanski wyzwolil we mnie przymierajace marzenia o wlasciwym wyksztalceniu. za to na zajeciach portugalskich prawie poplakalam sie z nudy. nic nie trwa wiecznie.
Who Can Live Without Samba [or] w Lizbonie tez jest Saska Kepa
dzien byl dlugi jak zawsze a wieczor mojego autorstwa. upilam sie jak szalona i sambowalam do muzyki na zywo, w lokalu ktory trwa od 1905 roku zapewniajac rozrywke zastpom brazylijczykow. musialam wlac w siebie kilka szklanek sangrii zeby zaczac tanczyc, a potem moi nowi pitiful przyjaciele porzucili mnie, bo szli do klubu na impreze. a ja szlam dlugo pusta ulica i spotkalam brazolkow z imprezy i powiedzialam hej, nie wiem, gdzie mam isc, i ten, ktory mial cale ramie tatuazy, zabral mnie i konwersujac odprowadzil mnie pod sklep luisa vittona, ktory jest o blok od mojego domu. wiec cud ze zyje. brazylia rzadzi. jestem pijana. jest sroda rano. odbior.
ps. dzis, sto lat temu, bylam na takiej gorze gdzie jest park i wille, wszystko wyglada jak saska kepa, a po tym parku biegal pies z gigantycznymi uszami. jestm bardzo niezadowolona z uniwersytetu, ale skoro mozna tanczyc sambe to chyba nie wszystko stracone? how do you think?
Monday, September 27, 2010
daremne zale, prozny trud
Sunday, September 26, 2010
transcontinental
po namysle i analizie wspollokatorow uznalam, ze taki smak zycia mi nie smakuje. w ciagu tego tygodnia zdarzylo sie tyle, ze nie wiem, od czego zaczac, plus nie wiem, czy jestem przeszczesliwa czy zgubiona, ale jedna chyba to pierwsze?
jechalam sobie dzis autobusem z evory, po calym dniu wsrod kawy i agat, ktore mieszkaja w jednym pokoju przy ulicy Dzieciatka Jezus. poznaly juz wszystkie kawiarnie i knajpy, maja ulubionego kelnera z brazylii, a z gorki niedaleko kaplicy kosci (bo jest i taka) widac pola i tak to mniej wiecej wyglada.
w skrocie:
nasze wspolne mieszkanie na strychu realizuje sie we wspolnych kolacjach i omletach po powrotach z imprez, wsplnych caipirinhach i machaniu tylkami na brazylijskich imprezach, i listami sprzatania mieszkania
najladniejszy chlopak z mojego faculdade jest chyba gejem.
(mnie to i tak nie obchodzi, bo wiadomo, kto niedlugo przyjezdza)
poszlismy na mirador, z ktorego widac fake landmarki lizbony (most jak z san francisco i figure z rio de janeiro), przyjechala policja i zaczela obszukiwac wszystkich w poszukiwaniu narkotykow. bylo zupelnie jak w brazylii.
lizbona jest jak pudelko czekoladek i nie wiadomo co sie wyciagnie (jesli sie umie szukac ;): bar jak z czasow brytyjskiej kolonii w indiach, gdzie trzeba dzwonic, zeby byc wpuszczonym przez kelnera w czerwonej kamizelce, kawiarnie na dziewiatym pietrze na tarasie, na ktory trzeba przejsc przez stoisko ze sztucznymi kwiatami, lub porzeczkowe piwo z rozowa pianka.
mam nowe kolezanki i kolegow, i wiele na oku.
a w szkole jak w szkole, trzeba chodzic na zajecia, ktore trwaja dwie godziny, i nikt nie wpadl na to, zeby zrobic pomiedzy nimi przerwy na jedzenie i inne rzeczy. nikogo jednak nie dziwi, kiedy przychodzi sie po polgodzinie spedzonej z makrobiotycznym dankiem.
moimi ulubionymi zajeciami sa literatury afrykanskie, na ktorych najpiekniejszy chlopak na faculdade mowi o wierszach angolanskich poetow.
poza tym ciagle nie wiem, jakie mam w koncu zajecia i kiedy bo zeby ulozyc sobie plan, trzeba chodzic po pietrach i spisywac wszystko samemu, co mnie wykancza, plus wszystko, co sobie zapisze, okazuje sie albo za trudne do bezstresowego zaliczenia, albo nudne, albo pokrywa mi sie z wloskim.
a moje majtki susza sie u nas w salonie.
Friday, September 17, 2010
owoce morza w sosie z brandy
otoz trzeba zrobic maly apdejcik. na naszym strychu mieszkamy juz w piatke, plus portugalka (technik medyczny), i nie holender, tylko niemiec. gwoli scislosci. poza tym portugalczycy nic sobie nie robia z ciszy nocnej, bo jest druga nad ranem, a oni wlasnie wesolo jezdza smieciarka i pogwizduja.
wiedzialam, ze nie moge cieszyc sie za bardzo, bo poszlam dzis na pierwsze spotkanie erasmusow na moim uniwersytecie, i wszystkiego bylo za duuuuzo, za duzo ustawiania zajec, za duzo niepewnosci, za duzo ludzi, za malo innych rzeczy, a na deser byly ciasteczka z dorsza. rozwiazywalysmy test z portugalskiego siedzac na shcodach przeciwpozarowych na siodmym pietrze (pani koordynator powiedziala ze to jest super zabronione, ale skoro to pierwszy dzien, to mozemy).
a potem szlam i szlam, jak zawsze, i nie chcialo mi sie isc do domu, bo mi sie wydawalo ze mieszkam z blond glupkami, ktorzy sa super beznadziejni i nie ma juz dla mnie zadnej nadziei, a stypendium, ktore czeka na mnie w warszawie, na pewno zgarnie jakas okropna stara wrona zamiast mnie, i ze zadne zajecia po angielsku nie pasuja mi do planu, i nikt nie bedzie chcial sie zgodzic, zebym pisala prace licencjacka o zydach. zrobilam sobie obiad i wszystko bylo zle, zle, zle, i poszlismy z wspollokatorem na dol do osmiu wspolmieszkancow, zeby ich zabrac na grilla, i zamiast tego dostalam mega smak zycia (czyli film, wszyscy wiemy ze zycie smakuje wszystkimi smakami teczy).
a potem zakumplowalam sie z hiszpankami, i jutro bedziemy robic hiszpanska kolacje, a potem zrobimy impreze calego domu, i w kazdym pokoju bedzie inna muzyka, jak w tych klubach, o ktorych zawsze sie duzo mowi, a nigdy do nich nie chodzi. poszlismy piechote do dzielnicy imprez, takiej jak riowska lapa, i pilismy piwo siedzac na lawce i gapiac sie na lizbone, i chichoczac, no dobra, troche tez obgadywalismy, ale byly rowniez powazne tematy. w kazdym razie zniknela beznadzieja popoludniowa, a pan profesor z przyjemnoscia zgodzil sie zostac panem promotorem. jutro duze zydowskie swieto, a za rogiem (kilkoma rogami) synagoga! vamos, gente?
Wednesday, September 15, 2010
jak mała księżniczka
ale dziś w samo południe przybyłam na ulicę świętej marty, gdzie teraz urzęduję. pani właścicielka wtargała ze mną 30 kilogramów waliz i toreb na strych na trzecim piętrze, gdzie poza mną schronienie znaleźli belg, holender i hiszpanka z kraju basków. piętro niżej mieszkają już wykształceni portugalczycy, a dwa piętra niżej - ośmiu erasmusów. no! trochę się boję cieszyć za bardzo, ale co mi tam.
to co, na pewno wszyscy są ciekawi jak to wszystko wygląda? otóż, jako że nasze mieszkanie znajduje się na strychu, dysponuję małym okienkiem w dachu, i może ujmijmy to tak, że spodoba się tomkowi wróblowi, bo on lubi ciemnawe pomieszczenia. w każdym razie nie jest źle. poza tym mam starodawne łoże, wielką szafę i sekretarzyk (tak. sekretarzyk.) i to byłoby na tyle. ręka do góry kto się cieszy ze mną!
Tuesday, September 14, 2010
lucky liquors
szukałam dziś pracy w związku z tym, że kupiłam sobie nowy mikrofon do laptopa, i podobno wyglądam w nim profesjonalnie. poza tym idziemy właśnie na kolację do nowozelandki i teksanki (mieszka tam jeszcze francuz, ale szczerze go nie lubię z wzajemnością, więc nie będę o nim wspominać), razem z jednym chłopcem z brazylii i jedną szaloną portugalką.
ale to jest preludium do jutra! jutro się wyprowadzam od szalonej portugalki i będę wreszcie mieszkać w pokoju z mikrooknem! nie mogę się doczekać!
Monday, September 13, 2010
life with a dollop of whipped cream on top
dzisiaj jechalam metrem na drugi koniec miasta na rozmowe w sprawie praktyk, i mijalismy padol z lisbonskimi fawelami, rzut beretem od osiedla o wdziecznej nazwie bela vista. juz mialam nie isc (to miejsce wygladalo jak niekonczace sie warszawskie przedmiescia w zlym wydaniu), ale pamietajac o hasle shy is next to stupid, ktorego autorem jak wszyscy wiedza jest dziadek kanye westa poszlam rozmawiac, i bede pracowala z imigrantami! pod lizbona! bedziemy razem jezdzic na wycieczki krajoznawcze!
a potem szlam i szlam, bo lizbone mozna przejsc na piechote bez problemu, jedynie z lekka zadyszka z powodu gor i dolow, na ktorych jest polozona, i mialam isc na kawe w moje ulubione miejsce (bywam tam codziennie, szczegolnie w moich ulubionych godzinach popoludniowych), ale bylo za daleko wiec znalazlam kolejne ulubione miejsce, budke z kawa i stolikami za parkiem, gdzie pan kelner jest super wesoly, kawa pycha, a po parku przemykaja psy. juz dawno nie bylo mi tak latwo przyjemnie, moze dlatego ze to wszystko wyglada jak przedluzona podroz, i za kazdym rogiem czyhaja niespodzianki.
Sunday, September 12, 2010
a room in central lisbon
wiec teraz nie musze juz jeczec, ale bylo roznie:
po pierwsze mam mieszkanie. jako ze marzylam, zeby moze zycie bylo jak ze smaku zycia, nie szukalam niczego wczesniej, a potem okazalo sie, ze wszyscy cos maja, bo byli sprytniejsi ode mnie! to bylo trudne do przelkniecia. ale w koncu ricardo z amerykanskim akcentem zaprowadzil mnie na strych, pokazal mi pokoj z mikrooknem (teraz zastanawiam sie, jak sie nie udusic, ale sylwunia powinna cos mi na ten temat poradzic), lokatorami i balkonami w lazienkach (how unfair!) wiec wprowadzam sie 15, niesmialo jeczac o smak zycia.
cale poszukiwanie pokoju zaprowadzilo mnie w zagadkowe zakatki lizbony, bo tu wszedzie mozna chodzic pieszo, wiec poznalam dziesiatki ludzi, ktorzy chcieli mi pomoc (straznik z lizbonskiej asp) lub zamordowac (albo tak mi sie wydawalo). no, w kazdym razie najlepiej o tym zapomniec.
caly czas sie zastanawiam, jak narod staruszkow w kapeluszach mogl podbic te wszystkie kraje i trzymac je na muszce cale wieki?