Saturday, December 18, 2010

"Groza świata jest straszliwa i tylko bliskość nas ratuje"

no to przyjechałam.

hmmm... jest różnica.

pomijam istnienie śniegu, mrozu (chociaż dzisiaj było na przykład bardzo świeżutko i miło), niemiłych kelnerów (witaj warszawskości!), tramwajowe korki (dziś w tramwaju umarła pasażerka, stąd przestoje) i tosty za 10 złotych (tosztasz w portugalii - tanie a jednak bezcenne). ale można leżeć sobie w łóżku i czytać książkę, spotykać wszystkich, którzy tu mieszkają, i się do nich przytulać (opcjonalnie), i mówić po polsku.

no i tyle. bloggy (w slangu pol-aus) wznowiony będzie pod koniec stycznia, bo o czym mam teraz pisać? o śniegu?

na samej górze lizbony jest czerwony dom:

Friday, December 17, 2010

all stories are love stories?

chwilowo przestało mi zależeć, czego się nauczyłam i co widziałam, a co nie. jest mi okropnie smutno. obudziłam się ze łzami w oczach, wylałam ich trochę podczas rozmowy porannej z t. wróblem, szybko pożegnałam się z julianeczkiem, gdyż nie mogłam powstrzymać kolejnej kolejki łez, rozpłakałam się jedząc mus czekoladowy u belgijek, było mi przykro, kiedy analizowałyśmy erazmusa przy kawce, przy soku, przy stoliku, a teraz siedzę wśród walizek, i już nie wiem. wyprowadzałam się tysiąc razy i zadomawiałam się w stu miejscach, i to, że czuję się dobrze i jak w domu po kilku dniach (poza irlandią, która tytułu domu nigdy by nie dostała), potem płaczę w samolotach i na dworcach, i już widzę siebie zawodzącą w warszawie, i na serio mam nadzieję, że zamkną lotnisko, zostanę tu do stycznia i prezenty wyślę pocztą. trzymajcie kciuki.

ps: opowiadamy:
http://videos.publico.pt/Default.aspx?Id=e8bbece2-9ff3-4a85-bf77-c9c05ee2f88c

Thursday, December 16, 2010

it's such a perfect day

jejusiu ale zimno!*
udałam się dzisiaj w góry. jest to krótka droga pociągiem podmiejskim do sintry, którą na pewno już znacie, bo byliśmy tam z tomeccinem jakiś czas temu (wieki temu znaczy).

pojechałam tam głównie po to, żeby poczuć się jak bill bryson (którego też już znacie, ponieważ jest fantastycznym pisarzem podróżniczym), wypić kawkę w takiej fajnej kawiarni i kupić tony prezentów. więc jako że w górach jest zimno, założyłam wszystkie najcieplejsze ubrania (łącznie z rękawiczkami z kanady), nie zapominając o okularach słonecznych, gdyż w portugalii nie miewamy ostatnio pochmurnych dni. z mych zadań wszystko zostało wykonane, było cicho i spokojnie, łaziłam sobie po sintrze (co prawda nie weszłam na żadne wzniesienie, więc nie obejrzałam ponownie ani jednego z zabytkowych bajecznych domków, willi i zamków, ale i tak bym tego nie zrobiła, bo nie chciało mi się samej**). po powrocie i krótkiej drzemce w pociągu (podejrzewam, że śpiewałam, bo śniły mi się piosenki, a pan obok mnie znacząco chrząkał), poczułam po raz pierwszy świąteczną atmosferę, kiedy poszłam do pingo doce, czyli biedronki (tak! biedronka jest portugalska! i tutaj wcale nie jest koszmarnym dyskontem!), gdzie grano cichą noc. i tak radosna poszłam do domu, starając się nie ślizgać i nie potykać za bardzo, bo torba kruchych prezentów, na którą wydałam fortunę, śniłaby mi się po nocach.

i tak oto, serdeńka, zbliżamy się do przedostatniego wieczoru w lizbonie. szykujcie się na podsumowania!


____________
* nie przeklinaj tyle, powtarza tomek wróbel
** no zastanawiam się, dlaczego!

Tuesday, December 14, 2010

to ostatni wtooooooooooorek

wyobraźcie sobie, że będziemy sławni! tak! oczywiście to tylko przepustka do sławy, ukazanie oblicza w najważniejszym dzienniku portugalskim. dobra, to brzmi górnolotnie, chodzi o to, że przyjaciel nausiki poprosił ją o zwywiadowanie znajomych erasmusów, jeśli chodzi o święta zagraniczne i portugalskie, czyli temat taki sobie, ale sami zobaczycie! (ja mówiąca hmmmm, musi być 12 potraw, żeby nadchodzący rok był pełen jedzenia...).

dziś w ogóle czułam się jak dziecko z bullerbyn, bo droga ze szkoły zajmuje mi ok 15 minut, a przyszłam do domu po dwóch godzinkach, bo świeciło słońce, i postanowiłam wrócić do domu trasą po parkach (bardzo bardzo piękną). i szłam, by zobaczyć największą flagę w portugalii, a potem wam o niej opowiedzieć (bo jest podobno większa od autobusu). i jej nie było! (julianeczek mówi, że nie ma jej już ponad miesiąc). no i tyle. potem byłam zmęczona, więc zasnęłam memlając rogalika, potem nagrywaliśmy wywiad (Ludovika mówiła o jedzeniu ok 5 minut bez przerwy, dodała też anegdotkę o tym, kiedy w dzieciństwie wystawiała miseczkę soczewicy dla reniferów mikołaja). a teraz jest 22 i muszę na serio zacząć się uczyć, bo jutro następny egzamin! ojeju!

ps. reisefieber! reisefieber!

czy kangury dudnią? czyli so lucky to be loving you

powiedzmy sobie szczerze: uniwersytet(y) przysparza(ją) mi trochę kłopotu, ale trzymam się. jutro egzamin, pojutrze egzamin, musze zrobić praktyki (kroki w tej sprawie zostały poczynione, wszystko załatwione, bo zaczynam mieć znajomości w portugalii :). ale to, co chciałam powiedzieć szczerze, to że mogłabym teraz pisać tylko o tym, że jest słabiutko, i podnoszę głowę znad dokumentu o wspólnocie krajów portugalskojęzycznych i spogląda na mnie rowerzysta rysowany metodą mr squiggle'a przez tomka wróbla, i chciałabym wyznać jak paul julii child (oglądałam o niej film jedząc pizzę doktora oetkera, i obiecywałam, że będę gotować) że to tomek jest masłem do mojego chleba. nuda co? ale mi się podoba :).

poza tym oczywiście będę gotować. potrzebna mi do tego moja własna kuchnia. i moja patelnia, i komfort przypalania bez komentarzy. bez setek ludzi łażących po domu, robiących kawę właśnie wtedy kiedy nie powinni, no i w ogóle chcę już spać w moim łóżku. wszystko mnie drażni, i gdyby nie to, że mam te głupie egzaminy, wyciągnęłabym już teraz (lecę w sobotę) walizkę i zaczęła pakowanie. oczywiście poza szkołą jest fajnie.

Sunday, December 12, 2010

pais tropical

byłam na imprezie. było fajnie.
pozwolili mi rzucić antropologię. jest fajnie.
mamy dziś w domu kolację z grzanym winem i irish coffee. będzie fajnie.

w sumie co z tego (oczywiście lepiej, niż żeby było niefajnie, ale wyciągam już walizkę i składam sukieneczki, chociaż wcale się nie cieszę na myśl o powrocie, bo chcę do domu znaczy chcę do mr sparrowa).

niedziela jest krótka, ponieważ wstałam w południe, zjadłam śniadanie po pierwszej, dokonałam stresującej korespondecji z władzą w postaci koordynatora erasmusa, i w końcu poszłam na poranną kawę (nie pijam kawy w domu, bo wtedy to żadna przyjemność). i szłam (i szłam) aż doszłam do mojego różowego quiosque i było ciemnawo, jesiennie, a ja siedziałam na ławce, latały samochody, łazili ludzie, skakały psy, i było hmmm, trochę jak w filmie (czy to ma sens?)

i potem poszłam w dół, na baixę do metra, i podszedł do mnie dziwny człowiek, który powiedział, widziałem cię w parku i chciałem porozmawiać, ale spotkałem koleżankę, i nic z tego nie wyszło. opowiedział mi o jeleniu, który przeżył pożar w muzeum nauki, dlatego jego imieniem nazwano salę (Sala Jelenia), i on ma tam wystawę (człowiek), bo jest artystą malarzem. opowiedział mi o filozofie, który mieszka niedaleko, i poszedł. jak widać jest to dziwna niedziela.

Saturday, December 11, 2010

zwroty akcji

mam już postanowienie na nowy rok: będę gotować. dlaczego jest tak, że uwielbiam jeść, i nic z tym nie potrafię zrobić? każdego roku po wakacjach, kiedy ciągle jeszcze mam głowę pełną letnich smaków, włoskich serów, brazylijskich soków i tureckich specjałów, wracam do warszawy i gotuję makaron z sosem pomidorowym? więc basta!

mój współlokator julianeczek nienawidzi gołębi. mamy nową świecką tradycję, w każdy wolny dzień chodzimy na kawę w nowe miejsce i sobie siedzimy na dworze (dziś było 18 stopni), julian klnie na gołębie, a ja szaleję z radości. po kawce dzisiaj było frisbee w mym ulubionym miejscu, na przeciw reklamy o casa macau, czyli stowarzyszenia ekspatów stamtąd, gdzie, jak sprawdziłam, rozgrywają turnieje w mahjonga. klasyk, nie?

idę dziś na fiestę, porzuciłam jeden koszmarny przedmiot z palpitacjami serca, czy sprawdzi się powiedzenie lepiej późno niż wcale? mam nadzieję!

a tak poza tym: madera, maroko, północ portugalii, mam liczne plany i w ogóle, ale żeby australia? si seniores! już wkrótce rozpoczęcie akcji pod krytponimem antypody, zaczynamy w poniedziałek od wizyty w ambasadzie (mam po sąsiedzku), kończymy lądowaniem w new south wales. wprost w objęcia tomka wróbla!

Friday, December 10, 2010

somebody give me a chair

zjadłam dziś królewskie pomarańcze. co więcej, mam jeszcze jedną w torebce! to niezwykłe wydarzenie związane jest z dzisiejszą wycieczką naszej grupy z historii sztuki pod lizbonę do pałacu w queluz, gdzie w osiemnastym wieku mieszkali możni. i król.
no więc chodziliśmy i chodziliśmy, ja zasypiałam na stojąco, bo musiałam zerwać się, żeby zdążyć na dziesiątą. ale potem poszliśmy do ogrodów, które miały przypominać te z wersalu, no i wtedy, wtedy moi drodzy!

symbolem i charakterystyczną rzeczą portugalii i hiszpanii są drzewka pomarańczowe i cytrynowe. wiem, wiem, to może wydawać się normalne. też bardzo lubię jabłonki. ale te pomarańcze w środku zimy! więc pomknęliśmy do zagajnika i jedliśmy je sobie zrywając prosto z drzew. zdjęcia będą później, bo oczywiście pozowałam zapchana królewską pomarańczą.

no dobra, to nie jest jakoś szczególnie pasjonujące, ale potem pojechaliśmy do następnego pałacu, no i wtedy, kiedy pani przewodnik zaczęła mówić, uznałam, że trzeba działać, wymyśliłam na poczekaniu jakąś ściemę i zniknęłam. pan ochroniarz, którego zapytałam, jak się dostać do belem, czyli najsłynniejszej wioski w portugalii, uznał, że jestem francuzką, i powiedział de pie vinte minutes. no ok, to szłam i szłam, aż doszłam to pomnika odkrywców, największego klasztoru, i uznałam, że jestem tu już czwarty miesiąc, a ciągle nie widziałam najsłynniejszej wieży (luana mówi, że jest nic nie warta, i że jak chcę zobaczyć, to ona pokaże mi zdjęcia). więc poszłam brzegiem tagu, i wypatrywałam tej wieży, a kiedy w końcu dostrzegłam moimi krótkowzrocznymi oczami jakieś zarysy, skończyła się droga! i zaczął wpływ do mariny, jeśli wiecie, co mam na myśli. w tej sytuacji wróciłam do domu, kiedy indziej się tam przejdę, i wezmę aparacik, żeby każdy, kto się tu pojawi, mógł odbębnić tę wizytę bez niespodzianek.

i myślałam, że podróże wietrzą głowę. tak jak nadtażański (znad tagu i mean) wiatr przewiewa mi przez uszy, tak mieszkanie w innym kraju bez tej turystycznej pazerności zostawia przyjemny smaczek. (a z drugiej strony, mimo, że w polsce mieszkać nie zamierzam, całe moje materialne pragnienie posiadania realizuję właśnie tam, oczywiście w mojej skali: kupię sobie wielką doniczkę i będę uprawiać drzewo oliwne o imieniu barbara, na przykład). bez komentarza.

ps. jesień na praca das flores:

Thursday, December 9, 2010

cztery włoszki i ja

wyszłyśmy dziś z Luaną z domu w samo południe, dokładnie w porze, kiedy zaczynały się nasze zajęcia. (jest bardzo ciepło i świeci oślepiające słońce, czuję się jak na sycylii - oczywiście nigdy nie byłam na sycylii). przed domem luana rzuciła naturalnym tonem, że teraz pójdziemy na śniadanie, a potem zapewne do szkoły. ach, śniadania w barach środziemnomorskich! (atlantyckich?) najlepsza kawa na świecie, sok, rogaliki, pokrzykujący kelnerzy i kruszący swoimi rogalikami portugalczycy obok nas, a przede mną Luana w wielkich przeciwsłonecznych okularach prawi o linii zmiany daty na pacyfiku. (luana, kiedy opowiada o swych rodzinnych stronach, zaczyna zawsze od na minha pequena adeia, czyli w mojej małej wiosce..., i ta wioska może stać się niedługo również moją! ale o tym w następnym odcinku)

na przeciwko mnie mieszkają dwie włoszki, z którymi rozmawiamy wrzeszcząc z okna do okna, o wdzięcznych imionach ludovika i nausicaa (to nie literówka, rodzice nausiki lubią starożytną grecję, stąd to imię). ludovika będzie pediatrą, po angielsku mówi z bardzo włoskim akcentem (moim ulubionym słowem w jej wykonaniu jest crap, czyli craaaappy) i ostatnio kupiła sobie na pchlim targu telefon, taki sam jak ten, z którym w dzieciństwie była emocjonalnie związana.

nausicaa jest wesołą bolognese (ciekawe, czy tak można powiedzieć?), zabiera nas w dziwne miejsca jak wiedeń w lizbonie, robi bruschetty na aperitivo w czasie imprez, i ma dwa tysiące znajomych.

moja ostatnia najważniejsza włoszka to alice, pochodząca ze wsi pod wenecją, jest bardzo mądra i mówi po portugalsku bez akcentu. wygląda jak poważna matrona, ale to tylko pozory, proszę państwa.

poza włoszkami są jeszcze włosi, ale nie będę na razie o tym wspominać. pokazałabym, jakie demoniczne drzwi widzieliśmy z julianeczkiem na spacerze z okazji kolejnej wolnej środy, ale nie mogę znaleźć kabelka, więc zamiast tego wrócimy do niedawnej przyszłości: panie i panowie, oto tomeccino wróbel! (w nowej odsłonie z sintry)

Tuesday, December 7, 2010

przedostatni tydzień roku w lizbonie

przestało padać. na całe pół dnia. z tym, że chodzi oczywiście o deszcz, a nie o śnieg, więc i tak jest przewaga nad rzeczywistością polską. przeżywam głębokie rozterki (bo będę samoooootna w polsce), a muszę tam siedzieć (dosłownie, bo w buwie) do końca stycznia. koszmar! ok, na razie muszę lecieć, obiecałam zrobić amerykańskie naleśniki.

jako, że był wczoraj dzień ze splurge mode on, zamiast herbaty i adwentowej czekoladki (z kalendarza od Julianeczka, pamiętamy) - mam plan oszczędności - poszłam na branczyk do najśliczniejszej kawiarni w lizbonie, którą posiadają nota bene austriacy, i dzięki temu poczułam się jak w europie: to nie jest już TYLKO smak sera! (bo musicie wiedzieć, że moja portugalska dieta opiera się na tostach, czyli w wymowie tutejszej tosztasz). więc jadłam moją niebywałą kanapkę z dawno niesmakowanymi specjałami jak chutney z mango, no i po prostu. a wnętrze wygląda podobnie do domu mojej nowej idolki, nie ma tam jednakże tyle różu.

i wiem, że nie jestem nieodrodną koleżanką znawców muzyki i towarzyszką życia fana najlepszych zespołów świata, ale byłam na ich koncercie, i tańczyłam od początku do końca (portugalczycy prawie nie tańczą, więc sfilmowała nas ekipa telewizyjna.

Monday, December 6, 2010

sto pytań do

zastanawiam się nad wieloma rzeczami.
przede wszystkim, dlaczego w każdym strategicznym miejscu nie ma włochów? są doskonali do rozładowania napięcia! wczorajsza włoska kolacja rozprostowała moje zmięte poczucie radości, napchała makaronem własnej roboty i tiramisu. w domu, w którym był prawdziwy stół. łał!!!!

albo dlaczego w portugalii nie ma sesji, tylko wszystkie egzaminy zdaje się w trakcie zajęć, co przyprawia mnie o nerwy i neiustanny ból głowy?

albo kiedy pojadę do australii.

albo dlaczego jesienią drzewka ginkgo biloba są takie mega żólte i jak by to było, gdyby wszystkie zupełnie drzewa były żółte?

dlaczego po obejrzeniu filmu o rwandzie idziemy na kawkę?

kiedy przestanie padać?

Saturday, December 4, 2010

nigdy nie wiadomo

luana, moja ulubiona włoszka, wczoraj zniknęła ze swojego domu i zamieszkała z nami. jej szalony współkolator groził, że ją zabije, potrząsając nad nią nożem. teraz jest jeszcze bardziej włosko, na przykład na kolację mieliśmy pomarańcze z oliwą, solą i pieprzem. pycha!

poza tym, żądam, żeby dzisiaj już się skończyło.

Friday, December 3, 2010

witamina D w nadmiarze

witam państwa!
od razu mówię, że zdjęcie obok nosi tytuł zwierzęta w lizbonie i są na nim DWA zwierzęta. jest ono wynikiem mojej wycieczki związanej z pogodą jakże inną od polskiej. byłam na alfamie pierwszy raz tak naprawdę (nie licząc wycieczek z moją grupą z historii sztuki, kiedy prawie nie widziałam z powodu zaspania), i jako że to jest post-arabska dzielnica, która nie została zniszczona przez trzęsienie ziemi, jest oczywiście fajowa, ale niestety (hiszpania skradła moje serce lata temu), wszystko już było. ale dotarłam (wdrapałam się) na najwyższy miradouro czyli punkt widokowy w mieście, gdzie natknęłam się na zwierzęta, i widoki: (co tam, pokażę wam, już mówiłam, epoka fajnych zdjęć skończyła się z wyjazdem tomka)





placyk w centrum, który wygląda tak dystyngowanie, jest centrum dzielnicy imigrantów ogarniętej złą sławą (tej samej, w której słucha się fado popijając ginję), i gdzie po zmroku można zostać ogwizdaną lub okradzionym. ale mi się tam podoba, jest jak w brazylii.

to tyle. psuje mi humor konieczność pisania pracy na wiele stron, nawet wieczorna ośmiornica (tak! idziemy do baru wiedeń style!) średnio pomaga. pozdrowienia.

ps. od kiedy zaczął się grudzień, julianeczek zaczyna ze mną rozmowę słowami: czy zjadłaś już dzisiejszą czekoladkę? (mowa o kalendarzu adwentowym - jest to kolejna mikroradość).

Wednesday, December 1, 2010

niedziela w środku tygodnia


obudziłam się dziś po niefajnych snach (śniło mi się, że mieliśmy w łazience bankomat, dlatego był tam wielki ruch i nie dało się wykąpać), znalazłam w łóżku moją torebkę i różne inne rzeczy, bo byłam na dziwnej imprezie, gdzie (muszę to dokładnie zapamiętać, nie wiadomo, kiedy może się przydać) był na przykład tort z czekoladowych kuleczek w formie sukni dla Barbie (Barbie była w to już ubrana), i piesek rasy jack russell o wdzięcznym imieniu gaspar.

Sunday, November 28, 2010

we cannot escape from each other, czyli ogon wycieczki

tak jak poprzednio (w notencji top 7 czy coś) wydarzyły się setki rzeczy, o których teraz opowiem po kolei, mimo, że nikogo to zapewne nie obchodzi. haha! taka jest moc blogów, niestety ;)

jak widać, nie szczędzimy sobie z julianeczkiem rozrywki, nawet wtedy, kiedy miłość mojego życia tomeczek wróbeleczek przebywa w buszu na północ od sydney. na zdjęciu udajemy króla i otyłą królową w muzeum azulejos, czyli płytek, którymi w portugalii obkleja się domy, kościoły, płoty i w ogóle wszystko. poszłam tam w sumie po to, żeby kupić wszystkim ten sam prezent czyli po płytce na głowę :), ale nie martwcie się, nie było fajnych.
po drodze zaliczyliśmy wrażenie "czuję się jak na capri" (prychnięcie julianeczka i wyznanie, że nie przestaję go zaskakiwać - bo nie byłam na capri). powód odczucia wynika z tego, że w polsce pada śnieg, a w portugalii owocują drzewka cytrynowe, a pomarańcze są dojrzałe (w sensie na drzewach).

w piątek natomiast udałam się do najsławniejszego klubu w portugalii. tak jak z największym centrum handlowym, tak i z klubem, nie trzeba się wysilać. sława klubu (o wdzięcznej nazwie lux) wynika z tego, że współposiada go john malkovich. i co z tego? miałyśmy z belgijkami iść na djski set roisin murphy (nikt jej tutaj nie zna z moich znajomych, więc sto razy odśpiewałam jej przeboje), i poszłyśmy. był mega tłok, osławiona door selekta to chyba żart, bo portugalczycy, ten naród niskich ludzi, ubierają się wyjątkowo beznadziejnie. a ja, błyszcząc nową sukienką(błyszcząc w przenośni) wyjebałam się na pustym dancefloorze piwnicy, na górze za to był megaścisk, wszyscy śpiewali forever more, jakiś otyły hiszpan wrzeszczał patrząc na mnie "tej pani czerwoną kartkę", a ja chciałam go uderzyć, bo na serio, nie lubię takiej muzyki (ale każdy erasmus musi pójść do luxa, żeby zdobyć experience), i nienawidzę tłoku. więc o czwartej pomknęłam do domu, mijając zmarzniętą grupkę czekających na cudowną rozrywkę. no i co? never more! błagam!


za to w sobotę była przechadzka z miłymi włochami (i panem z azorów) na mourarię, czyli taką dzielnicę spod ciemnej gwiazdy, pod zamkiem, gdzie narodziło się fado. było pięknie!!! chodziło o to, żeby poznać malutkie bary w tym niesławnym miejscu (przysięgam, pan obok mnie zjadł całą smażoną rybę popijając winem), kiedy ci, którzy umieją, śpiewają dla wszystkich fado, a dwaj muzykanci prztygrywają na specjalnych gitarach. nie lubię fado, a raczej nie lubiłam (ha!), bo kiedy się siedzi na oboźnej z kartką z tekstem z lukami, i leci fado z zepsutego magnetofonu, i wszystkie słowa, których brakuje, to smutek, miłość, i statki (zazwyczaj), chyba nie jest zagadką, że to koszmar. ale tutaj, kiedy przy refrenach cały bar zaczynał podśpiewywać, ginjinha lała się strumieniami, każdy (na serio), kto chciał, śpiewał, też swoje własne fadowe kompozycje, chodziliśmy do malutkich barów, gdzie nikt się niczym nie przejmuje, to było bardzo, bardzo piękne.

poza tym, jesieni nie można zaprzeczyć! ale nie narzekam (jak się ma prawie pokój bez okna, przynajmniej szybko się go nagrzewa). żeby spędzać sobie miło czas, znajduję miejsca takie jak to (bo chodzi o to, że w portugalii nie ma miejsc do siedzenia, tylko do stania i szybkich akcji, bo zazwyczaj jest ciepło, więc można bywać na wolnym powietrzu). to tutaj jest ewenementem, plus znajduje się w najsłodszym parku świata.

a! i wreszcie zjadłam najsłynniejsze ciastka portugalskie! bo pojechałyśmy z Alice do Belem, ale nie widziałam tej najsłynniejszej wieży ani szczątków camoesa, bo pomknęłyśmy na wystawę o architekturze afryki i brazylii. no tak! ciastka były pycha, a że było święto dziękczynienia, przywiozłam też po jednym dla współlokatorów, bo serdecznie za nich dziękuję! (robimy razem hanukę, ole!) a w całym naszym domu pachnie curry i mlekiem kokosowym, bo to właśnie mieliśmy na kolację.

Wednesday, November 24, 2010

greve geral

dzis strajk generalny, wiec nie ma szkoly, metra, wiekszosci autobusow i sklepow, jednakze kiedy w poludnie wybralismy sie na ginjinhe z moimi ulubionymi sasiadkami, nie mialysmy zadnego problemu ze znalezieniem lokalu. niestety wisniowy likier na pusty zoladek to nie jest najlepsza opcja, jednak alessandro, student medycyny, ktory jest najslodszym wlochem swiata, juz gotowal dla nas lanczyk w swoim mieszkaniu na szczycie kamienicy, wiec problem rozwiazal sie sam.

tak wiec dzien uplywa nam (prawdziwym lisbonczykom i new born lizbonczykom rowniez) spokojniutko, a w planach mamy pierogowy obiad (pierogi nabyte zostaly w ukrainskim sklepie).

dlatego zamiast moich osiagniec dzisiejszych, zajmiemy sie portugalskimi dekoracjami przestrzeni publicznej. wszyscy wiedza, ze narod ten okleja wszystkie budynki kafelkami od srodka i na zewnatrz, ale przeciez dekoruja tez chodniki! tomek uwielbia wysmakowane nazwy sklepow, ja wole prostote :) tutaj oznaczajaca optyka:

Monday, November 22, 2010

new dress charisma

jutro po szkole jadę do centrum ogrodniczego w poszukiwaniu drzewka oliwnego. jako, że podobno są drzewa męskie i żeńskie, zamierzam nabyć Barbarę. trzymajcie kciuki, bo centrów z oliwkami jest bardzo mało!

z innegj beczki, michelle obama robiła podobno zakupy na naszej ulicy, a ja oczywiście to przegapiłam! bo sama robiłam zakupy w moi drodzy największym centrum handlowym portugalii (to nie jest wielkie osiągnięcie). kupiłam długopis i taśmę, i komentarze stają się zbędne.

mamy z tomkiem plan odnośnie rozwoju polskiej stolicy, i wiążą się z tym moje spacery po mieście i zdjęcia robione z ukrycia, toteż przedstawiam państwu dwie czarownice przy quiosque koło akweduktu:

(plus byłam na forro w nowej sukience, i pan instrukror najsłodszy zapowiedział, że do czerwca będę ninja forro! i jak tu nie wracać rozradowanym?! warto było opuścić darmowy koncert na końcu świata, nie?)

Saturday, November 20, 2010

jesień, moi państwo! nad głową mruczą helikoptery, bo po sąsiedzku odbywają się antynatowskie demostracje, (byliśmy z julianeczkiem z czystej ciekawości, niestety okazało się to dość nudne). miałam w planach jakieś podróże, zwiedzanie, oglądanie nowych miast, ale po głębszych przemyśleniach doszłam do wniosku, że na podróże przeznaczę sobie drugi semestr, a teraz będę cieszyć się lizboną.


w ramach cieszenia się udaliśmy się na śniadanie na osiedle, gdzie żadne z nas nie było (-my z nieocenionym julianeczkiem) do przeuroczej knajpki na kawę i brigadeiro, czyli brazylijską pyszność. wtedy też wpadłam w szał oglądania kafelków. na początku mojej lizbońskiej odysei nie mogłam oderwać wzroku od kafelkowych ścian, ale szybko się przyzwyczaiłam, dziś łaziłam pół dnia po lizbonie (zatrzymując się na kawkę w każdym z napotkanych quiosques, znam ich coraz więcej! ) i te kafelki prawie się nie powtarzają! dlaczego portugalczycy mają tyle kafelkowej inwencji?


i tak mija sielska sobota. pachnie jesienią, ale czasem zdejmuję płaszczyk na ulicy, bo jest za gorąco.

Thursday, November 18, 2010

zaległa notencja

drodzy państwo.

grzeję się przy nowo zakupionym grzejniku (tym z supermarketu), wróciłam z lekcji forro, gdzie było fantastycznie, a wczoraj w nocy była impreza forro, gdzie najstarszy kelner (około sześćdzieiątki) postawił mi kieliszek ginjinhii. takie rzeczy są tylko w portugalii! i rozpoznają mnie już na tych fiestach! kurczaki! (mimo że głównie balanuję z kieliszkiem i się śmieję). a o poranku dziś pojechałam autobusem (nowość!) do pałacu w kolorze różowym, gdzie mieliśmy poranne zajęcia z historii sztuki. a teraz słucham pauli i karola (mówcie, co chcecie) i postanowiłam, że opiszę wam moich współlokatorów, bo są wyjątkowi i już niedługo nasz skład pozostanie ten sam.

no to zaczniemy od julianeczka. jest to chudy niemiec, o którym szalony francesco mawiał, że ma aparycję seryjnego mordercy, bo jet perfekcyjny i opanowany w nieprawdopodobnym stopniu. co jest prawdą: mieszkam z nim już od dwóch miesięcy, ale ciągle mnie zaskakuje. jest chodzącym zegarkiem, a rano można go spotkać, kiedy pierze nową dawkę ubrań. wprowadził na nasz strych terror mycia nawet jednego kubeczka natychmiast po wypiciu zawartości, i bardzo dobrze gotuje. ma rozkrzyczaną dziewczynę marlen, która jest nauczycielką w podstawówce. jest przemiłym kompanem w zaskakujących sytuacjach, na przykład na obiadach w stowarzyszeniu kabowerdiańczyków, i nie zwraca uwagi na humory (julian, smutno mi. tak? mi też było smutno miesiąc temu). dał mi w prezencie kalendarz adwentowy, taki z czekoladką na każdy dzień grudnia, i biało zielone zatyczki do uszu. julian wyjeżdża (no dobra, za miesiąc) i już mi dziwnie.

na przeciwko pokoju juliana mieszka dries, właściciel jedynego pokoju z prawdziwym oknem. jest to belgijski surfer o posturze typowych autralijskich backpackersów, i tom pierwszy odkrył, że dries jest po prostu przedobrym chłopcem. uwielbia studenckie imprezy, ale chodzi ze mną na forro z uwielbieniem.

oihane to baskijka, i określmy to tak, że jest taka, jak tysiące młodych hiszpanów, hipisowata i pozbawiona trosk. co jest fajne, ale nie jesteśmy przyjaciółkami, mimo, że pomagamy sobie, każda na swój sposób. oihane ciągle imprezuje i na pytanie, jak się ma, odpowiada zazwyczaj "spokojniutka". i tak jakoś leci.

plus ana, portugalka z porto, która całe woje życie zostawiła tam właśnie, przybywając do lizbony na trzymiesięczny staż. nigdzie nie wychodzi, nie ma nowych znajomych, nigdy sama nie gotuje (zupy przywozi w tupperwarach an cały tydzień) ciągle się uczy i zawodzi, że jest zmęczona, ale jest bardzo bardzo sympatyczna.

tak więc oto nasza wesoła kompania!

Tuesday, November 16, 2010

znów poniedziałek

taaa... posiadanie wybranka serca na drugiej półkuli, kiedy różnicy jest 11 godzin, jest dość specyficzne.

siedzę w kapturze pod kołdrą, bo zaczyna być zimnawo. widziałam sąsiada kupującego grzejnik w supermarkecie pod domem, bo był tani, i będzie mu suszył pranie. jutro idę zrobić to samo.

a dlaczego nie leżę sobie błogo z książeczką, albo nie baluję z jakimiś włoszkami? no, zastanawiałam się, czy zaśmiecać blogunia nienawiścią, ale trudno. *&^%$#@! przecież można się zajebać, zapamiętując sentencje typu umuntu ngumuntu ngabantu , bo pani wymaga od nas wielkich ilości wynurzeń na temat ubuntu. ha! czyli wcale NIE systemu operacyjnego! i to miał być mój ulubiony przedmiot! najciekawszy! w sumie nie mam z czego wybierać, przecież można się pociąć, śledząc moje wyczyny edukacyjne (chociaż zerkam czasem na usosa, żeby sprawdzić, czy w tym roku też dostanę stypendium), ale jeszcze tylko kilka miesięcy, a potem? no?

ps. wczoraj była przemiła niedziela: z chłopakiem z drugiej półkuli pisaliśmy recenzję w języku wilhelma zdobywcy, a potem poszłam na międzynarodowy obiad, gdzie wydarłam żarłocznej dunce resztę kisza, i zjadłam winter dish znajomych belgijek. było przemiło, i po pijaku (no, no, po winku), zgodziłam się na podróż do paragwaju w najbliższych miesiącach. jutro kupuję kupon na loterię.

Sunday, November 14, 2010

ale chyba raczej tak

nasz dom przeżywa inwazję dredów, bo przyjechali hiszpanie. sama miałam dredy, tak, wiem, ale czuję się, jakbym była z powrotem w granadzie. co ma swoje dobre strony, w sumie.

nie powinnam umieszczać takiej radosnej pijackiej notki, bo rano się obudziłam (po nocy z różnymi alkoholami), i mimo, że się nie upiłam, to miałam lekki ból głowy (bo belgijskie piwo nazywa się duvel, czyli diabeł, więc nie można go pić za dużo). okazało się, że dzwonił tom z australii, ale jako że spałam z zatyczkami wetkniętymi w ucho środkowe, nie odebrałam, a kiedy zadzwonił znów, nie mogłam przestać płakać, i jęczeć, że nie chcę, żeby był daleko. potem było tylko gorzej: myślenie (bo nie robienie, rzecz jasna) o obowiązkach szkolnych, gówniane eseje, testy midtermowe (tylko jeden w ten wtorek i potem zamierzam spędzić każdą noc na tańcach), męczenie się rozterkami innych, a także wysłuchiwanie mojej mamy, która jest przekonana, że ucieknę do sydney jeszcze przed urodzinami, i pyta, czy chcę wyjść za tomka za mąż. no przecież skąd mam wiedzieć już teraz!

Saturday, November 13, 2010

piątek, wieczór, wspaniałości

hej! bo jestem taaaaka szczęśliwa...

no bo niby pijemy sobie winko ze współlokatorami, ale jakie trzeba mieć szczęście, żeby mieć fajowych współlolatorów, wspaniałe sąsiadki, fajne (bez okna) mieszkanie, najlepsze przyjaciółki, najlepszego tomka na świecie i w dodatku być o krok od ukończenia studiów? (przynajmniej tej dziwkarskiej iberystyki)

ok, wypiliśmy winko, beligijskie piwo, francuską mieszankę lemoniadową, zjedliśmy pizzę i tańczyliśmy do swinga...

Friday, November 12, 2010

czwartek

poszłam wczoraj z luaną, moją najlepszą koleżanką, na kasztany i wino, ponieważ z okazji dnia świętego marcina, kiedy to w piwniczkach nie-wino zamienia się w wino (tak przynajmniej tłumaczyła luana), na ulicach lizbony sprzedaje się pieczone kasztany i kubeczki wina właśnie. chodziłyśmy sobie skubiąc kasztany, i zaczepiali nas szaleńcy (to twoja wina, stwierdziła luana), i znajomi, chociaż rzadziej. i był wieczór, i pachniało jesienią.


ale przecież muszę wspomnieć o lanczu! poszliśmy z julianeczkiem, moim serdecznym współlokatorem, na eating while dancing. jco czwartek impreza ta odbywa się w na ósmym piętrze biurowca dwie ulice od nas, i do obiadu przygrywa kabowerdiańska kapela, grająca morny. czyli typowe tamtejsze piosenki. i panowie w garniturach (średnia wieku 40 lat) podrywają się i prowadzą na parkiet swe partnerki, tańcząc z nimi w sposób, który julian uznał za niewłaściwy (mój partner - TAK! tańczyłam!- przyciskał do mnie swój wielki brzuch szepcząc to jest very sensual, ale podziękowałam, i tańczyliśmy jak na weselach). było wspaniale, mimo że przez cały dzień chodziłam głodna, bo na cabo verde nie znają pojęcia wegetarianizm (i dostałam jajko, ryż i frytki).

ps. jako że tomeczek wróbeleczek wyjechał (aktualnie mknie gdzieś nad azją), ciakych zdjęć będzie coraz mniej, ale będę się starać! a za kilka miesięcy wszystko wróci do normy, bo spotkamy się znów (już mi się to śniło, bo nie mogę się doczekać).

Wednesday, November 10, 2010

voce e muito gira, sabia?

założyłam dziś mój ulubiony outficik PLUS stukające buty i tak zaczęła się zwyczajna środa. pomknęłam na zajęcia, które miały się odbyć w takim jednym pałacu pod lasem, i szkoła płaciła za nasze taksówki. lubię takie zajęcia.

ale jako że wczoraj wieczorem poszłyśmy tańczyć forro, i impreza przeniosła się z jednego klubu - stowarzyszenia do - uwaga - klubu AMBASADY (mieszkańców trzech municypiów na północy portugalii), było wspaniale. wszystko było stare i pełne stiuków, a kiedy porwał mnie do tańca jakiś brazylijski portugalczyk, orkierstra zaczęła grać country, no i tego trzeba było moim postukującym butom! wszyscy odskakiwali, kiedy tak wirowaliśmy podrygując. a potem moja sąsiadka zabrała mnie do ukrytego baru na alfamie, gdzie sieę zgubiliśmy (nie jest to trudne, ale też nie bardzo kuszące, kiedy pada deszcz). w końcu znaleźliśmy bar, gdzie kilku hipisów grało na gitarach, a stary pan z białą brodą śpiewał stare piosenki.
no i właśnie dlatego byłam zmęczona, wiec niewiele zapamiętałam, mimo że pałac był arcy ładny, a las (montsanto, jak to mówią płuca lizbony) bardzo kuszący. no i tyle.
a! i na serio, w weekend w moim małym pokoiku spaliśmy we trójkę, ponieważ odwiedził mnie jakub k., o czym już pisałam. ale teraz przedstawię dowody (że było super i CIEPŁO)


(no i że pokazaliśmy mu trochę wiednia w lizbonie)


Tuesday, November 9, 2010

casual monday

po bardzo zwyczajnym poniedzialku nadszedl zwyczajny wtorek, w sumie to juz sie prawie konczy! nie wydarzylo sie nic spektakularnego, poza tym, ze napisalam outline pracy, ktora spedzala mi sen z powiek (a nie jest to latwe), kupilam sobie stukajace buty (przyznajmy to, pierwsze w zyciu) i poszlam w nich na taniec, co nie bylo dobra opcja. zrobilam niedobry obiad w 20 minut, i utwierdzilam sie w przekonaniu, ze nie lubie oberzyny, chociaz trudno jej nie lubic, jesli przyjazni sie z wloszkami. moze po prostu nie lubie oberzyny w obrzydliwym obiedzie?


tesknie za tomkiem wroblem sto razy bardziej niz myslalam ze bede tesknic i oto pokazuje wam piekne zdjecie jego wlasnie (przebywa teraz w londynie, gdzie pogoda jak wiemy bywa nie najlepsza, ale juz pojutrze znika na antypody).

Sunday, November 7, 2010

"a jestes niby taka swiatowa"

otwieramy dzis zdjeciem tomka, ktory rysuje torreadora w jednym z najbardziej hiszpanskich barow hiszpanii, ale zostawmy to juz. no, bo! tomek odjechal, kuba odjechal, zostawili mnie na pastwe portugalii i co? wcale sie nie ciesze.

weekend uplynal pod znakiem polskich akcentow i zaskakujacych wydarzen (of course). poniewaz w sobote pojechalismy do sintry, o ktorej pisal franciszek ziejka w pieknych slowach, ale jako ze z jego ksiazki pamietam przede wszystkim opowiesci o flakach na obiad i ilosci bulek na sniadanie, ociagalam sie z wycieczka. ale jednak! bylo pieknie i wszyscy musicie to zobaczyc, bo mimo ze tomek zapomnial przekazac mi porady juliana mego wspollokatora (zwanego julianeczkiem), ze jesli w lizbonie jest cieplo, to w sintrze bedzie deszczowo, przezylismy. byly kolorowe drzewa, i mega piekne zameczki, a na koniec, kiedy nie moglam sie doczekac, zeby poczuc sie jak bill bryson, i usiasc nad cytrynowym piwem, bar byl zamkniety, wiec udalismy sie do domu,wprost w objecia kuby. ktory zabral nas na skrzyzowanie, zeby zrobic film, ktory, mimo ze plagiat, zrobil juz lekka kariere na facebooku.

ale najpierw pikczersy:


to by bylo na tyle z wycieczek. w piatek za to byla kolacja ogolnodomowa, czyli trzy mieszkania razem, a potem udalismy sie we trojke na koncert, ktory byl - wybacz jakubie - okropny, ale im sie podobal. mi nie, wiec siedzialam na tarasie ogladajac dzikie tlumy na bairro alto, a potem natknelam sie na bernardyna na schodach, wiec skomplementowalam go po hiszpansku, i wcale nie nie zjadl.

w sobote natomiast udalismy sie z ludovika i jej nowo poznana (przez nas) mama na obiad. i to byl hit! hit hitow! bo jest to ukryta, domowa chinska restauracja, gdzie je sie w pokojach normalnie, w przedpokoju stoi akwarium, a w lazience szczoteczki do zebow. poza tym pani chinka nie mowi po portugalsku, ale swietnie sie ze wszystkimi dogaduje. przyniosla nam na seder mandarynki. bylo cudownie. na przeciwko, w okolicy jak z faweli, byl bar, jak w faweli, wiec siedzielismy sobie podjadajac orzeszki, az przyszla nasza kolej (bo casa chinesa chociaz nielegalna, to jednak troche jak w warszawie), i wybralismy z menu napisanego po chinsku i portugalsku, a potem kazdy jadl z wszystkich talerzy podgryzajac krewetkowe chipsy. w planach jest nielegalna restauracja caboverdianska. niech juz szykuja cachupe!


ale! w madrycie wcale nie bylo tak slabo. i bylo duzo jedzenia. i nie mam juz sie czym martwic (ze tomek mnie nienawidzi), bo po jego odlocie wiem ze jest tak jak byc powinno (choc nie po mysli mojej mamy) i ze bedziemy mieszkac w domu z kangurami i vespa. wiec prezentuje zolwie z najfajniejszego dworca, i sniadanie hiszpanskich wszechczasow:




UWAGA: wszystkie zdjecia godne zauwazenia robi tomek wrobel. a ja je publikuje zeby zwiekszyc nieliczne grono czytelnikow, ale nie chce myslec, z jakim skutkiem!

ps. z racji wyjazdu toma dostalam od wspollokatorow jeden dzien specjalnych uczuc: zrobiono mi obiad (w sumie nie wiem do konca czy zrobiono MI, bo dostalam swoja porcje wtedy, kiedy chlopcy sie upewnili, ze sa najedzeni, ale to byla niespodzianka, wiec nie dbam oszczegoly), a dries upral mi recznik. i kupilam sobie kafelkowe piatki na moje warszawskie drzwi. odwleklam rowniez termin powrotu w warszawskie pielesze, wysylajac jedna tajemnicza rzecz, ktora powinna w najblizszym czasie wygrac mi pokoj gdzies na poludniu europy.

Tuesday, November 2, 2010

po weekendzie

bylo tyle okazji zeby jesc pyszne rzeczy, ale srednio utkwilo mi to w glowie. moze dlatego, ze madryt to nie granada, i tapasy to talerzyk orzeszkow a nie kanapka z tortilla. a moze dlatego, ze nie jest wcale az tak super jak mialo byc? pamietny kolumbijczyk juan pablo wyznal mi po latach, ze zaczelam mu sie na serio podobac, kiedy to wyznalam, ze nie jem, kiedy jestem nieszczesliwa. no wiec teraz nie jem, a przynajmniej nie tyle, co zazwyczaj, i dostaje atakow placzu (nienawidze plakac w samolocie, niestety mi sie zdarza). no ale. od jutra bede nosic perly kazdego dnia.

w madrycie bylo nawet fajnie. tomek wrobel jest kolejna po bolti osoba, ktora ciagam po hiszpanii, kazac wachac i podziwiac jak specyficznie pachnie. ale nie bylo tylu swinkich nog powiewajacych nad glowami w knajpach, tylu ciemnawych barow, tylu wrzaskow po hiszpansku* zebym oszalala z radosci. mimo to potwierdzilo sie to, ze w hiszpanii mozna pic piwo z fanta, czyli clare, od rana od poznego sniadania, i sie wcale nie upija, tylko jest coraz przyjemniej.

a tymczasem:
chuva!

* zamieszkalismy w madrycie w domu szalonej francuzki, ktora nigdy nie nosi spodni i wydaje ciekawe dzwieki, jest bardzo mila ale tez dziwaczna. studiuje angielski i uwielbia australie, a jako ze tom nie mowi po hiszpansku (chociaz wierzy ze mowi), nie moglam sie rozszalec z moim pokrzykiwaniem, jak zwykle bywa, tylko lazilam i gadalam w jezyku moi panstwo wilhelma zdobywcy. ale za to spedzilam hiszpanskofonski wieczor, kiedy spotkalam sie z moja wspollokatorka z granady, ktorej nie widzialam trzy lata. dlaczego hiszpanki sie nie starzeja? to bardzo ciekawe i jeszcze bardziej godne pozazdroszczenia. uslyszalam za to, ze jestem chudsza niz w hiszpanskich czasach (co nie jest dziwne, bo wtedy po cichu zjadalam kilogramy ciastek z kawiarni gdzie pracowalam, i zywilam sie colacao i ciastkami z pobliskiej cukierni, ktore mialam przynoszone do lozka), i mnostwo plotek o dawnych znajomych i przeszlych przyjaciolach, wszystkie nieprawdopodobne i jak z filmow, ale swiadczace o tym, ze zycie mknie! i porzuca niektorych w polnocnej karolinie.

Saturday, October 30, 2010

Stop, Admire and Appreciate

chciałabym napisać wszystko po kolei, ale za dużo się działo. dni przechodziły płynnie z barów w stylu carskim w plaże pełne zdechłych meduz. dlatego zrobimy sobie spisik.

top jeden czyli quiosques.

budki z kawą i czym się trafi to powód do nieustannej radości. można na przykład iść sobie w nieznane miejsce, i trafić na quiosque po drodze, wspomóc się galao, czyli kawą latte, i tostami, i od razu wszystko jest fajniejsze. pisał o tym lizboński timeout, więc tam można doszukać się spisu nowości, ale według mnie najlepsze to quiosque przy kaczkach w parku na lapie i mój absolutny faworyt, uwieczniony tutaj, ze mną z pingado w dłoni.

top dwa, czyli wiedeń w lizbonie.

są miejsca, gdzie nic się nie zmienia, w polsce na przykład bary mleczne (jesteśmy ciągle w kategorii konsumpcji, więc nie będę wspominać na przykład o politykach albo śmierdzących tramwajach) lub okropny smak bigosu. tutaj, w mojej nowej małej ojczyźnie, ulicę od domu moje sąsiadki znalazły stare kasyno z wystrojem rodem z alkazaru, z przezroczystym dachem i szumiącymi fontannami, w którym można kupić taniuteńkie tapasy i danko z ośmiornicy. wszystko w wielkiej sali pod złoconymi stiukami, fantastiko!

w tej samej kategorii plasuje się tajemniczy lokal, gdzie starodawni kelnerzy wpuszczają bywalców dopiero kiedy oni zadzwonią do drzwi. noszą satynowe kamizelki, a ściany pokryte są przedziwnymi kolekcjami przypadkowych przedmiotów, takich jak poroża, popiersie cezara i londyński policjant naturalnej wielkości.

top trzy, czyli plażujemy

we wtorek wybraliśmy się nad ocean. autobusem zajmuje to 20 minut, z czego kilka na tym gigantycznym moście, replice golden gate. i wylądowaliśmy na costa de caparica. tomek wróbel rzucił we mnie trzy razy szkieletami ryb, i kilka razy wypsnęło mu się, że jestem ślepa jak nietoperz, ale to było pełne czułości. szliśmy w poszukiwaniu opuszczonej plaży kilometry na południe, i natknęliśmy się na rząd mikrodomków, które kiedyś pewnie służyły rybakom, i wyglądają megasuper. tomek w. zażył kąpieli wodnej, ja jedynie słonecznej, nie nawiązaliśmy żadnych plażowych znajomości, a wieczorem, kiedy czekaliśmy na autobus, moja siostra zadzwoniła i powiedziała, że w polsce pada deszcz ze śniegiem. ha! było od czego uciekać!


top cztery, czyli romantyczne obrazki

udaliśmy się z tomkiem wróblem na wizytę w katedrze, co jest mi potrzebne do zaliczenia przedmiotu o lizbońskiej architekturze. koło katedry kursuje zabytkowy tramwaj numer 28, a z niego turyści strzelają niecelne fotki. tomek mnie pocałował, z tramwaju rozległ się jęk zachwytu (dwoje kochanków całuje się w romantycznej lizbonie!) i wszyscy zaczęli robić zdjęcia. tom uwielbia chwile sławy, więc zawołał do nich i pomachał, wtedy cały tramwaj rozszalał się z radości (starałam się schować twarz). potem tramwaj się popsuł albo dostał jakiejś awarii, i staliśmy na przeciw siebie, wszyscy poza mną zachwyceni.

za to na stołówce na uniwersytecie jakiś chłopak, który zamienił ze mną dosłownie dwa zdania o zupie położył mi w chwili mej nieuwagi stateczek ulotki astrologa z zapisanym tam adresem mailowym. myślałam, że takie rzeczy się już nie zdarzają! (ale najwidoczniej byłam po prostu poza obiegiem).

top pięć, czyli welcome to the jungle

w samym centrum lizbony ukrywa się ogród botaniczny (połowa drzew jest z australii, co zostało bardzo szczególnie potraktowane). nie było tam poza nami nikogo i na pewno można tam znaleźć trupy. ale było pięknie.

Friday, October 22, 2010

czas przyszły

Dzień dobry! trochę mi przykro, że nikt nie zachwycił się piękną palmą, ale przeboleję to, ponieważ obejrzałam sobie tego bloga dobre kilkanaście razy, wzdychając do tego zdjęcia. zrobił je tomek w. podczas jednej z włóczęg po lizbonie, kiedy ja zdobywałam wiedzę. jest piękne! bardziej od palm lubię tylko drzewka oliwne, i przed powrotem do polski zamierzam udać się do portugalskiej szkółki, kupić małą oliwną krzewinę i hodować ją w donicy na dalekiej ochocie.


ale! kiedy to będzie? uznałam, że zrobię sobie przerwę od studiowania, i spędziłam pokaźną część wczoraj poszukując opcji (znalazłam prawie pracę w wietnamie, bo azja południowo-wschodnia to mój nowy target!). ale jeszcze nie wiem. bo rzeczywistość fika koziołki. a to jest nasz widok z okna, jeśli się trochę wychylimy. z kuchni można wyjść na dach po malutkich metalowych schodach, i tom co jakiś czas tam ginie, doprowadzając mnie do palpitacji. oczywiście jest to jedno z dwóch normalnych okien w naszym apartamencie, najchętniej bym stamtąd nie odchodziła.

wybraliśmy się dzisiaj z tomkiem do cascais, na targ rybny i rowery (targ był zamknięty, rowery zamykali, kiedy odnaleźliśmy punkt wypożyczeń), więc szliśmy wzdłuż oceanu, aż znaleźliśmy kawiarnię, którą wybrałby bill bryson, z widokiem na kiczowaty pałacyk i skały. i wtedy wyszło, że tomek powróci do australii, i spotkamy się w najbliższej przyszłości, nie wiadomo jeszcze gdzie, w portugalii albo australii, albo tajlandii, w każdym razie jest na co czekać. no i maroko!

Tuesday, October 19, 2010

to był ranek

dla niektórych wiosna pachnie nowością i niespodziankami, dla mnie najlepsza jest jesień za granicą. południowe kraje pachną wtedy wspaniale, nie jest tak gorąco jak przez upalne miesiące, ale światło jest niepowtarzalne. plus ten zapach, który jest jedyny na świecie.

ilustracją do dzisiejszych dywagacji o jesieni jest moje ulubione zdjęcie z porto, które niestety nikomu się nie podoba (czyli tomkowi), więc nie oczekuję zachwytów, bo sama już sobie pogratulowałam wspaniałego ujęcia kilkadziesiąt razy.

a teraz zajmiemy się tym, do czego mam antytalent. dlaczego, skoro tak lubię tańczyć, muszę być frajerem? dziś wirowałam na parkiecie z instruktorem, myśląc, jak dobrze mi idzie, i to dopiero moja trzecia lekcja, a jestem zdolna wyjść porządnie z niezwykłych obrotów, a on kiedy skończyliśmy zaczął mnie krytykować, że nie opanowałam jeszcze baz. baz! czyli podstawowych schematów. no jasne. poza tym była słaba muzyka, jest poniedziałek, tom wydziwia (zabrałam go dziś w moje ulubione miejsce w lizbonie i w piątej minucie pobytu się pokłóciliśmy, jaki z tego wniosek?) i w ogóle. ale w nocy robimy sobie camping (moje łóżko jest wątpliwej jakości) i śpimy na podłodze, akurat w takim punkcie, że można rano zobaczyć od razu kawałeczek tego szalonego niebieskiego nieba (co w moim oknie o wymiarach 20x40 cm nie jest łatwe), więc źle nie jest.

Sunday, October 17, 2010

Feel Like Home

stan rzeczy na niedzielę, 17 listopada:

wróciliśmy do lizbony, właśnie! czyli nie wróciłam, tylko wzięłam tomka do autobusu na dworcu ukrytym wśród zaułków, i przejechaliśmy te trzy godzinki z północy kraju w sam raz w środek portugalii, czyli do lizbony. tęskniłam! lizbona feels like home, wdrapaliśmy się na strych, a tam wszyscy kłębią się w kuchni, włoszki z sąsiedniej kamienicy witają nas przez okno (to lepsze niż telefony), no, w ogóle.

od toma dostałam kubełek smażonej cebuli (takiej, jaką posypują kanapki w subwayu, przepadam) i miliony całusów.

śniadanie (a raczej brunch, trzymajmy się takiej nomenklatury) odbyło się w sekretnym parku, gdzie spokój i sielaneczkę zakłócali agresywni właściciele psów, ale tylko na początku. a my siedzieliśmy sobie wygrzewając się na słońcu, i popatrując na lizbonę z góry. okazało się, że kilka schodów niżej jest kawiarnia, gdzie przemiły kelner (to lizbońska specjalność, przemili kenerzy i barmani, jeju, czy nie możemy ich wziąć do polski?) podał nam kawkę, i nie chcę nic mówić, ale czułam się jak w monte carlo, z pycha kawą na tarasie, mega widokiem pod mega niebieskim niebem, i ekstrawaganckim tomem z przydługimi włosami. nigdy nie byłam w monte carlo, ale tak to sobie wyobrażam.










Wednesday, October 13, 2010

nowości z ulicy świętej marty

leżałam sobie ostatnio w łóżku i myślałam, że przecież żyję w prawdziwej sielance i wspaniałościach. kolacje jadamy wspólnie i z ociąganiem się (kończymy o 23, i zaczynamy przygotowywać drugie danie, bo część osób jest znów głodna), na uniwersytecie nie jest źle, i odkrywamy uroki jedzenia na stołówce (portugalczycy gardzą wegetarianizmem, dlatego do jedzenia bez mięsa nigdy nie ma kolejek) i można usiąść ze wszystkimi, których się zna, i dosiadają się następni, najlepsze imprezy są najlepsze po prostu, a na kursie tańca... no, wszyscy wiemy, jak jest na kursie tańca. bajecznie i brazylijsko.

i musiałam zachorować. hot lemon zagłaskał me przeziębienie, i teraz na serio nic nie mogę robić, nawet włóczenie się nie jest fajne, miałam to olać, i siedzieć w fotelu z kubkiem mięty (podczas której kolacji przynieśliśmy fotel do kuchni, żeby było bardziej przytulnie), ale mam już tego dość. przepadły mi zajęcia tańca i najlepsza impreza! (i nic mnie nie obchodzi, że za tydzień znów nastąpi). więc obejrzałam wszystkie seriale, przeleżałam dwa dni, i dziś wyłudziłam od pana aptekarza antybiotyk, i czekam. bo... jutro przyjeżdża tomek! nie obyło się bez płaczu przez telefon, ale trochę nie mogę się doczekać. za mniej niż 24 godziny na lotnisku w porto, chyba wezmę okulary żeby najszybciej go wypatrzeć i się rzucić!

a tymczasem - wiwat chile! kurczę, czekałam na to mega! (communitas, jak by powiedziała magda m.)

Monday, October 11, 2010

lubię

wracając z imprezy kupić sobie poranną gazetę.

Friday, October 8, 2010

where is tommy?

dostałam właśnie maila o tytule serwus. był od polaka z mojej buddy grupy (wiem), i w sumie był bardzo miły, bo zawierał zaproszenie na kolację. otóż moja buddy, czyli opiekunka erasmusów, olała mnie, kiedy nie przyszłam na barbecue i rozładował mi się telefon i nie odpisałam jej, a że sama sobie poradziłam z rzeczami, w których oni mają nam pomagać, zapomniałam o niej bardzo szybko, ale nie moja grupa! więc jadają razem kolacje, i mnie zaprosili. czy to nie jest jeden z najmilszych tematów maili, zaproszenie na wspólne jedzenie?

teraz właśnie robię obiad dla mnie i mojego współlokatora Juliana, wśród strumieni deszczu i piorunów. Julian zrobił mi przed chwilą hot lemon tea, czyli megagorący sok z cytryny, bo niedomagam i chodzę po domu jęcząc i kaszląc. z tego powodu (również, ale podkreślmy przede wszystkim neurozę) nie pojechałam w odległe krainy, żeby pomagać uchodźcom. stałam w strugach deszczu na dworcu, bilet kosztował za dużo i nie nie miałabym za co wrócić (tom zakazał mi brania czegokolwiek, co można ukraść, bo to podejrzana dzielnica, a w drodze kupiłam już gazetę, żeby mieć co czytać, i zostały mi marne euraki). czułam się jak w brazylii, kiedy wracałam do domu po weekendzie. i bolała mnie głowa, byłam i tak spóźniona, i w końcu wsiadłam w metro i wróciłam do domu, i to jest kolejna godzina, kiedy włóczę się bez celu. po domu. i właśnie zalało mi pokój.

Thursday, October 7, 2010

Like a Ninja

nie jest to może za piękne zdjęcie, ale oddaje klimat tego, co w amoku uznałam za konieczność i cotygodniowy obowiązek: brazylijska potańcówkę. poznałam słodkiego tancerza, który zabrał całą naszą wesołą kompanię na lekcję forro w starej sali gimnastycznej klubu, gdzieś na piętrze budynku niedaleko naszego strychu. tańczyłam z fantastycznym instruktorem i słodkim tancerzem, przemądrzałym austriakiem, i wrócimy tam wszyscy w poniedziałek, postanowione!

plus był znów obiad z pizzą ręcznie robioną i takąż irish coffee. a potem tańczyliśmy w naszej kuchni mansardzie, a włosi śpiewali pieśni z regionu emilia romagna. jak mówią w reklamie - bezcenne!

Tuesday, October 5, 2010

5 de outubro

no i przyszła jesień (czasami jeszcze chodzę w japonkach, ale to już nie to samo). piąty października to święto narodowe, więc wszyscy wylegli na ulicę, biegają psy, wrzeszczą dzieci, a w moim ulubionym parku (nie tym z kawą, tylko pełnowymiarowym ze stawem) jest doprawdy tłoczno, ale mi to nie przeszkadza.

plus w święto republiki należy świętować, stąd republikańska kolacja wczoraj:
















kwestia toma wróbla i jego pozostania w polsce jest bardziej skomplikowana, ale w sumie lubię kangury i południową półkulę (ale co z tego, skoro i tak będzie źle, źle, źle).

Sunday, October 3, 2010

Zsa Zsa Zoo

hotel dla mamy: zabukowany
hostel dla NAS w porto: zabukowany
staż: do rozpoczęcia w piąteczek ("angolańczycy będą cię uwielbiać!")
plan podszycia się pod dziennikarza: przemyślany!

wczoraj w doborowym gronie przyrządziliśmy kolację, kto chciał, ten palił na dachu (trzeba się bvło wdrapywać z tarasu, do którego wchodzi się przez łazienkę), a kto nie chciał, ten jedynie siedział, bo ingo dysponuje dachem z widokiem na zamek, tag, rossio, wszystko dookoła bardzo piękne. dzisiaj natomiast padało pierwszy raz, więc zniszczyło to moją wątpliwą silną wolę, żeby wyjść i działać, nie poszłam nawet na obowiązkową kawę do uszczęśliwiającego parku, za to obejrzałam hurtem pół drugiej serii white collar i nie zjadłam obiadu, bo nie chciało mi się gotować. a kiedy współlokatorzy zaproponowali mi wspólną kolację, odmówiłam, bo nie chciało mi się wychodzić z pokoju i mieszać makaronu. więc teraz, oczywista, głoduję, ale można sobie na to pozwolić raz w tygodniu, czyż nie? (chodzi mi o brak inwencji i leżenie).

Friday, October 1, 2010

a w ekwadorze zamach stanu

"Nie poddawać się. Nie wycofywać. Nie składać broni. Bo czy nie jest tak, że gdy coś wydaje nam się niemożliwe - w życiu czy w sztuce - i gdy człowiek jakimś strasznym mozołem to pokonuje, to z tego wypływa światło? Jest jakieś zmiłowanie, prawda? Ktoś nazwie to opatrznością, kto inny spyta: a jeżeli tam nic nie ma? Nawet jeśli nie ma, to i tak - wiemy z doświadczenia - nasz pozornie beznadziejny wysiłek musi zaowocować w przyszłości. Nie ma straty - co stracimy, zyskamy”, powiedziała maja komorowska, a ja ten cytacik woziłam ze sobą wszędzie w moim komiksowym kalendarzyku (z którym ciągle nie mogę się rozstać, mimo że był na 2008 rok).

na avenida de liberdade można kupić pieczone kasztany! to niezaprzeczalna oznaka jesieni. pamiętam jak w granadzie piekliśmy kasztany w kominku, i dookoła biegał szekspir (sheakspeare the dog), cóż to był za piękny czas! ale teraz jest równie wspaniale.

byłam dziś w moim ulubionym miejscu w lizbonie. znalazłam je już drugiego dnia mojego pobytu, dlatego nie ufałam mu za bardzo, ale jest to po prostu coś wspaniałego! to tylko (ha! tylko jest dla wtajemniczonych!) mały park, i dziś na przykład siedziałam sobie z kawką i czytałam gazetę, mamrocząc pod nosem słówka, których nie rozumiałam, a obok mnie przechodziła lizbońska mieszanka, ludzie jak z sartorialista, pani wariatka z psem, podstarzali ojcowie z małymi dziećmi, i w ogóle. zawsze się tam czuję wyjątkowo wspaniale, ciekawe dlaczego tak rzadko tam przychodzę? można też pójść ulicą w dół, i wtedy, ach! no wtedy jest się u wrót najfajniejszej pijalni drinków wszechczasów. jest z nim tak jak z tą piosenkę zeros, 'home', której słucham góra 2 razy dziennie, ten bar też sobie dawkuję, żeby mi się nie znudził, bo chcę go pokazać tomkowi, i razem z nim się radować popijając driny :).

no tak. tymczasem znalazłam sobie fantastyczne zajęcia na uniwersytecie, i wcale nie płaczę z nudów, (przynajmniej nie często), korzystam sobie z tego, co bouvier z mojej ukochanej książki nazywał mobilnością społeczną, i bywam a to na publicznych kolacjach gdzie pachnie skłote i dredami, a to w wysmakowanych lokalach z kelnerami w kamizelkach, a zaraz idę łyknąć ginjinhę, czyli portugalską wiśniówkę, a potem na tańce! przepraszam za niskie loty. po prostu mam za pełną głowę, a w planach zwycięstwo w konkursie i podróż do afryki, a wcześniej brazylijskie pląsy z najlepszym tancerzem lizbony.

Wednesday, September 29, 2010

how earthy we all can be

hej! ciagle zyje! bylam dzis na zajeciach dla amerykanow, bylo mega fajnie i siedzialam z filozofem z barcelony, z ktorym idziemy jutro do kina, lizbonskiej filmoteki.

poza tym jestem mega zachwycona, bo okazalo sie, ze najlepszy tancerz z wczorajszej fiesty napisal do mnie i zaproponowal, ze nauczy mnie tanczyc. moja amerykanska kolezanka zabiera mi znajomych, ale to ja pijam kawe z moim ulubionym kolega, dyskutujac o przyszlosci portugalii.

no to lece. ide czytac ksiazke o saharze, chociaz powinnam czytac o orientalizmie, bo profesor amerykanski wyzwolil we mnie przymierajace marzenia o wlasciwym wyksztalceniu. za to na zajeciach portugalskich prawie poplakalam sie z nudy. nic nie trwa wiecznie.

Who Can Live Without Samba [or] w Lizbonie tez jest Saska Kepa

chcialam to napisac zanim zasne.
dzien byl dlugi jak zawsze a wieczor mojego autorstwa. upilam sie jak szalona i sambowalam do muzyki na zywo, w lokalu ktory trwa od 1905 roku zapewniajac rozrywke zastpom brazylijczykow. musialam wlac w siebie kilka szklanek sangrii zeby zaczac tanczyc, a potem moi nowi pitiful przyjaciele porzucili mnie, bo szli do klubu na impreze. a ja szlam dlugo pusta ulica i spotkalam brazolkow z imprezy i powiedzialam hej, nie wiem, gdzie mam isc, i ten, ktory mial cale ramie tatuazy, zabral mnie i konwersujac odprowadzil mnie pod sklep luisa vittona, ktory jest o blok od mojego domu. wiec cud ze zyje. brazylia rzadzi. jestem pijana. jest sroda rano. odbior.

ps. dzis, sto lat temu, bylam na takiej gorze gdzie jest park i wille, wszystko wyglada jak saska kepa, a po tym parku biegal pies z gigantycznymi uszami. jestm bardzo niezadowolona z uniwersytetu, ale skoro mozna tanczyc sambe to chyba nie wszystko stracone? how do you think?

Monday, September 27, 2010

daremne zale, prozny trud

Nie wszyscy mieli taka szanse jak ja: bezplatne studia na podobno (podobno) najlepszej polskiej uczelni, i niewielkim gronie kilkunastu osob na roku, co podobno sprawia, ze nie czujemy sie jak numerki. wszystko to jednak sciema i po tak jak pierwszy rok byl pelen nadziei, ze jeszcze bedzie lepiej, drugi to byly tortury nuda, ten wydaje sie niemozliwy. i niewazne, czy w lizbonie, skoro musze sie martwic, ze po powrocie i tak bede musiala zdawac egzaminy, bo ktos nie uzna mi literatury, a poza tym moja wrodzona potrzeba unikania nieprzyjemnosci sprawia, ze nie chodze na zajecia nawet tutaj, co poza chwilowa przyjemnoscia (bo jest slonce a ja jestem na wolnosci), wprawia mnie w nastepne stresy, ze czegos mi nie zalicza. poza tym zle sypiam a wczoraj zamrozilam cocacole, i kiedy sie odmrozila, nie miala juz gazu. jest dzisiaj dzien sprzatania i dostalam w przydziale lazienke, poza tym jesli sprawdza sie moje najgorsze obliczenia, musze jutro isc do szkoly na osma (o siodmej jest jeszcze ciemnawo).

Sunday, September 26, 2010

transcontinental

no halo!

po namysle i analizie wspollokatorow uznalam, ze taki smak zycia mi nie smakuje. w ciagu tego tygodnia zdarzylo sie tyle, ze nie wiem, od czego zaczac, plus nie wiem, czy jestem przeszczesliwa czy zgubiona, ale jedna chyba to pierwsze?

jechalam sobie dzis autobusem z evory, po calym dniu wsrod kawy i agat, ktore mieszkaja w jednym pokoju przy ulicy Dzieciatka Jezus. poznaly juz wszystkie kawiarnie i knajpy, maja ulubionego kelnera z brazylii, a z gorki niedaleko kaplicy kosci (bo jest i taka) widac pola i tak to mniej wiecej wyglada.

w skrocie:
nasze wspolne mieszkanie na strychu realizuje sie we wspolnych kolacjach i omletach po powrotach z imprez, wsplnych caipirinhach i machaniu tylkami na brazylijskich imprezach, i listami sprzatania mieszkania
najladniejszy chlopak z mojego faculdade jest chyba gejem.
(mnie to i tak nie obchodzi, bo wiadomo, kto niedlugo przyjezdza)
poszlismy na mirador, z ktorego widac fake landmarki lizbony (most jak z san francisco i figure z rio de janeiro), przyjechala policja i zaczela obszukiwac wszystkich w poszukiwaniu narkotykow. bylo zupelnie jak w brazylii.
lizbona jest jak pudelko czekoladek i nie wiadomo co sie wyciagnie (jesli sie umie szukac ;): bar jak z czasow brytyjskiej kolonii w indiach, gdzie trzeba dzwonic, zeby byc wpuszczonym przez kelnera w czerwonej kamizelce, kawiarnie na dziewiatym pietrze na tarasie, na ktory trzeba przejsc przez stoisko ze sztucznymi kwiatami, lub porzeczkowe piwo z rozowa pianka.
mam nowe kolezanki i kolegow, i wiele na oku.

a w szkole jak w szkole, trzeba chodzic na zajecia, ktore trwaja dwie godziny, i nikt nie wpadl na to, zeby zrobic pomiedzy nimi przerwy na jedzenie i inne rzeczy. nikogo jednak nie dziwi, kiedy przychodzi sie po polgodzinie spedzonej z makrobiotycznym dankiem.

moimi ulubionymi zajeciami sa literatury afrykanskie, na ktorych najpiekniejszy chlopak na faculdade mowi o wierszach angolanskich poetow.

poza tym ciagle nie wiem, jakie mam w koncu zajecia i kiedy bo zeby ulozyc sobie plan, trzeba chodzic po pietrach i spisywac wszystko samemu, co mnie wykancza, plus wszystko, co sobie zapisze, okazuje sie albo za trudne do bezstresowego zaliczenia, albo nudne, albo pokrywa mi sie z wloskim.

a moje majtki susza sie u nas w salonie.

Friday, September 17, 2010

owoce morza w sosie z brandy

dziendoberek! (wiem, wiem, ale jest pozno)

otoz trzeba zrobic maly apdejcik. na naszym strychu mieszkamy juz w piatke, plus portugalka (technik medyczny), i nie holender, tylko niemiec. gwoli scislosci. poza tym portugalczycy nic sobie nie robia z ciszy nocnej, bo jest druga nad ranem, a oni wlasnie wesolo jezdza smieciarka i pogwizduja.

wiedzialam, ze nie moge cieszyc sie za bardzo, bo poszlam dzis na pierwsze spotkanie erasmusow na moim uniwersytecie, i wszystkiego bylo za duuuuzo, za duzo ustawiania zajec, za duzo niepewnosci, za duzo ludzi, za malo innych rzeczy, a na deser byly ciasteczka z dorsza. rozwiazywalysmy test z portugalskiego siedzac na shcodach przeciwpozarowych na siodmym pietrze (pani koordynator powiedziala ze to jest super zabronione, ale skoro to pierwszy dzien, to mozemy).

a potem szlam i szlam, jak zawsze, i nie chcialo mi sie isc do domu, bo mi sie wydawalo ze mieszkam z blond glupkami, ktorzy sa super beznadziejni i nie ma juz dla mnie zadnej nadziei, a stypendium, ktore czeka na mnie w warszawie, na pewno zgarnie jakas okropna stara wrona zamiast mnie, i ze zadne zajecia po angielsku nie pasuja mi do planu, i nikt nie bedzie chcial sie zgodzic, zebym pisala prace licencjacka o zydach. zrobilam sobie obiad i wszystko bylo zle, zle, zle, i poszlismy z wspollokatorem na dol do osmiu wspolmieszkancow, zeby ich zabrac na grilla, i zamiast tego dostalam mega smak zycia (czyli film, wszyscy wiemy ze zycie smakuje wszystkimi smakami teczy).

a potem zakumplowalam sie z hiszpankami, i jutro bedziemy robic hiszpanska kolacje, a potem zrobimy impreze calego domu, i w kazdym pokoju bedzie inna muzyka, jak w tych klubach, o ktorych zawsze sie duzo mowi, a nigdy do nich nie chodzi. poszlismy piechote do dzielnicy imprez, takiej jak riowska lapa, i pilismy piwo siedzac na lawce i gapiac sie na lizbone, i chichoczac, no dobra, troche tez obgadywalismy, ale byly rowniez powazne tematy. w kazdym razie zniknela beznadzieja popoludniowa, a pan profesor z przyjemnoscia zgodzil sie zostac panem promotorem. jutro duze zydowskie swieto, a za rogiem (kilkoma rogami) synagoga! vamos, gente?

Wednesday, September 15, 2010

jak mała księżniczka

wspomniany już tomasz zapytał również, czy nadążę z tempem pisania cały czas. ha! nie wie, że jestem grafomańsko wylewna!

ale dziś w samo południe przybyłam na ulicę świętej marty, gdzie teraz urzęduję. pani właścicielka wtargała ze mną 30 kilogramów waliz i toreb na strych na trzecim piętrze, gdzie poza mną schronienie znaleźli belg, holender i hiszpanka z kraju basków. piętro niżej mieszkają już wykształceni portugalczycy, a dwa piętra niżej - ośmiu erasmusów. no! trochę się boję cieszyć za bardzo, ale co mi tam.

to co, na pewno wszyscy są ciekawi jak to wszystko wygląda? otóż, jako że nasze mieszkanie znajduje się na strychu, dysponuję małym okienkiem w dachu, i może ujmijmy to tak, że spodoba się tomkowi wróblowi, bo on lubi ciemnawe pomieszczenia. w każdym razie nie jest źle. poza tym mam starodawne łoże, wielką szafę i sekretarzyk (tak. sekretarzyk.) i to byłoby na tyle. ręka do góry kto się cieszy ze mną!

Tuesday, September 14, 2010

lucky liquors

tomek wróbel pyta, gdzie podziały się żs, łs and ćs. zakazał mi partyzantki po polsku. oto one!

szukałam dziś pracy w związku z tym, że kupiłam sobie nowy mikrofon do laptopa, i podobno wyglądam w nim profesjonalnie. poza tym idziemy właśnie na kolację do nowozelandki i teksanki (mieszka tam jeszcze francuz, ale szczerze go nie lubię z wzajemnością, więc nie będę o nim wspominać), razem z jednym chłopcem z brazylii i jedną szaloną portugalką.

ale to jest preludium do jutra! jutro się wyprowadzam od szalonej portugalki i będę wreszcie mieszkać w pokoju z mikrooknem! nie mogę się doczekać!

Monday, September 13, 2010

life with a dollop of whipped cream on top

mialam dzis bardzo przyjemny poranek, a wczoraj jeszcze milsze popoludnie. otoz razem z dwiema niemkami udalysmy sie na plaze. zeby na nia dotrzec, poza przemila podroza pociagiem przedzieralysmy sie przez busz (bylo jak w afryce! tak powiedzialy niemki, ktore sa z afryka bardzo zwiazane) a potem kapalysmy sie w lodowatym atlantyku wsrod chichoczacyh wsrod fal portugalczykow. potem wrocilysmy do naszego opresyjnego schronienia, czyli pani host, u ktorej chwilowo mieszkam, i po singapurskim obiedzie zaczelam sie bac konca swiata, ale nic nie nastapilo, wiec nie jest zle.

dzisiaj jechalam metrem na drugi koniec miasta na rozmowe w sprawie praktyk, i mijalismy padol z lisbonskimi fawelami, rzut beretem od osiedla o wdziecznej nazwie bela vista. juz mialam nie isc (to miejsce wygladalo jak niekonczace sie warszawskie przedmiescia w zlym wydaniu), ale pamietajac o hasle shy is next to stupid, ktorego autorem jak wszyscy wiedza jest dziadek kanye westa poszlam rozmawiac, i bede pracowala z imigrantami! pod lizbona! bedziemy razem jezdzic na wycieczki krajoznawcze!

a potem szlam i szlam, bo lizbone mozna przejsc na piechote bez problemu, jedynie z lekka zadyszka z powodu gor i dolow, na ktorych jest polozona, i mialam isc na kawe w moje ulubione miejsce (bywam tam codziennie, szczegolnie w moich ulubionych godzinach popoludniowych), ale bylo za daleko wiec znalazlam kolejne ulubione miejsce, budke z kawa i stolikami za parkiem, gdzie pan kelner jest super wesoly, kawa pycha, a po parku przemykaja psy. juz dawno nie bylo mi tak latwo przyjemnie, moze dlatego ze to wszystko wyglada jak przedluzona podroz, i za kazdym rogiem czyhaja niespodzianki.

Sunday, September 12, 2010

a room in central lisbon

mowi agnieszka z krainy kafelkow. nie pisalam choc powinnam (bo caly czas zdarza mi sie czytac bloga brazylijskiego z nieopisana przyjemnoscia!), bo nie chcialam jeczec i zawodzic.

wiec teraz nie musze juz jeczec, ale bylo roznie:
po pierwsze mam mieszkanie. jako ze marzylam, zeby moze zycie bylo jak ze smaku zycia, nie szukalam niczego wczesniej, a potem okazalo sie, ze wszyscy cos maja, bo byli sprytniejsi ode mnie! to bylo trudne do przelkniecia. ale w koncu ricardo z amerykanskim akcentem zaprowadzil mnie na strych, pokazal mi pokoj z mikrooknem (teraz zastanawiam sie, jak sie nie udusic, ale sylwunia powinna cos mi na ten temat poradzic), lokatorami i balkonami w lazienkach (how unfair!) wiec wprowadzam sie 15, niesmialo jeczac o smak zycia.

cale poszukiwanie pokoju zaprowadzilo mnie w zagadkowe zakatki lizbony, bo tu wszedzie mozna chodzic pieszo, wiec poznalam dziesiatki ludzi, ktorzy chcieli mi pomoc (straznik z lizbonskiej asp) lub zamordowac (albo tak mi sie wydawalo). no, w kazdym razie najlepiej o tym zapomniec.

caly czas sie zastanawiam, jak narod staruszkow w kapeluszach mogl podbic te wszystkie kraje i trzymac je na muszce cale wieki?

Wednesday, September 8, 2010