top jeden czyli quiosques.
budki z kawą i czym się trafi to powód do nieustannej radości. można na przykład iść sobie w nieznane miejsce, i trafić na quiosque po drodze, wspomóc się galao, czyli kawą latte, i tostami, i od razu wszystko jest fajniejsze. pisał o tym lizboński timeout, więc tam można doszukać się spisu nowości, ale według mnie najlepsze to quiosque przy kaczkach w parku na lapie i mój absolutny faworyt, uwieczniony tutaj, ze mną z pingado w dłoni.
top dwa, czyli wiedeń w lizbonie.
są miejsca, gdzie nic się nie zmienia, w polsce na przykład bary mleczne (jesteśmy ciągle w kategorii konsumpcji, więc nie będę wspominać na przykład o politykach albo śmierdzących tramwajach) lub okropny smak bigosu. tutaj, w mojej nowej małej ojczyźnie, ulicę od domu moje sąsiadki znalazły stare kasyno z wystrojem rodem z alkazaru, z przezroczystym dachem i szumiącymi fontannami, w którym można kupić taniuteńkie tapasy i danko z ośmiornicy. wszystko w wielkiej sali pod złoconymi stiukami, fantastiko!
w tej samej kategorii plasuje się tajemniczy lokal, gdzie starodawni kelnerzy wpuszczają bywalców dopiero kiedy oni zadzwonią do drzwi. noszą satynowe kamizelki, a ściany pokryte są przedziwnymi kolekcjami przypadkowych przedmiotów, takich jak poroża, popiersie cezara i londyński policjant naturalnej wielkości.
top trzy, czyli plażujemy
we wtorek wybraliśmy się nad ocean. autobusem zajmuje to 20 minut, z czego kilka na tym gigantycznym moście, replice golden gate. i wylądowaliśmy na costa de caparica. tomek wróbel rzucił we mnie trzy razy szkieletami ryb, i kilka razy wypsnęło mu się, że jestem ślepa jak nietoperz, ale to było pełne czułości. szliśmy w poszukiwaniu opuszczonej plaży kilometry na południe, i natknęliśmy się na rząd mikrodomków, które kiedyś pewnie służyły rybakom, i wyglądają megasuper. tomek w. zażył kąpieli wodnej, ja jedynie słonecznej, nie nawiązaliśmy żadnych plażowych znajomości, a wieczorem, kiedy czekaliśmy na autobus, moja siostra zadzwoniła i powiedziała, że w polsce pada deszcz ze śniegiem. ha! było od czego uciekać!
top cztery, czyli romantyczne obrazki
udaliśmy się z tomkiem wróblem na wizytę w katedrze, co jest mi potrzebne do zaliczenia przedmiotu o lizbońskiej architekturze. koło katedry kursuje zabytkowy tramwaj numer 28, a z niego turyści strzelają niecelne fotki. tomek mnie pocałował, z tramwaju rozległ się jęk zachwytu (dwoje kochanków całuje się w romantycznej lizbonie!) i wszyscy zaczęli robić zdjęcia. tom uwielbia chwile sławy, więc zawołał do nich i pomachał, wtedy cały tramwaj rozszalał się z radości (starałam się schować twarz). potem tramwaj się popsuł albo dostał jakiejś awarii, i staliśmy na przeciw siebie, wszyscy poza mną zachwyceni.
za to na stołówce na uniwersytecie jakiś chłopak, który zamienił ze mną dosłownie dwa zdania o zupie położył mi w chwili mej nieuwagi stateczek ulotki astrologa z zapisanym tam adresem mailowym. myślałam, że takie rzeczy się już nie zdarzają! (ale najwidoczniej byłam po prostu poza obiegiem).
top pięć, czyli welcome to the jungle
w samym centrum lizbony ukrywa się ogród botaniczny (połowa drzew jest z australii, co zostało bardzo szczególnie potraktowane). nie było tam poza nami nikogo i na pewno można tam znaleźć trupy. ale było pięknie.