Saturday, October 30, 2010

Stop, Admire and Appreciate

chciałabym napisać wszystko po kolei, ale za dużo się działo. dni przechodziły płynnie z barów w stylu carskim w plaże pełne zdechłych meduz. dlatego zrobimy sobie spisik.

top jeden czyli quiosques.

budki z kawą i czym się trafi to powód do nieustannej radości. można na przykład iść sobie w nieznane miejsce, i trafić na quiosque po drodze, wspomóc się galao, czyli kawą latte, i tostami, i od razu wszystko jest fajniejsze. pisał o tym lizboński timeout, więc tam można doszukać się spisu nowości, ale według mnie najlepsze to quiosque przy kaczkach w parku na lapie i mój absolutny faworyt, uwieczniony tutaj, ze mną z pingado w dłoni.

top dwa, czyli wiedeń w lizbonie.

są miejsca, gdzie nic się nie zmienia, w polsce na przykład bary mleczne (jesteśmy ciągle w kategorii konsumpcji, więc nie będę wspominać na przykład o politykach albo śmierdzących tramwajach) lub okropny smak bigosu. tutaj, w mojej nowej małej ojczyźnie, ulicę od domu moje sąsiadki znalazły stare kasyno z wystrojem rodem z alkazaru, z przezroczystym dachem i szumiącymi fontannami, w którym można kupić taniuteńkie tapasy i danko z ośmiornicy. wszystko w wielkiej sali pod złoconymi stiukami, fantastiko!

w tej samej kategorii plasuje się tajemniczy lokal, gdzie starodawni kelnerzy wpuszczają bywalców dopiero kiedy oni zadzwonią do drzwi. noszą satynowe kamizelki, a ściany pokryte są przedziwnymi kolekcjami przypadkowych przedmiotów, takich jak poroża, popiersie cezara i londyński policjant naturalnej wielkości.

top trzy, czyli plażujemy

we wtorek wybraliśmy się nad ocean. autobusem zajmuje to 20 minut, z czego kilka na tym gigantycznym moście, replice golden gate. i wylądowaliśmy na costa de caparica. tomek wróbel rzucił we mnie trzy razy szkieletami ryb, i kilka razy wypsnęło mu się, że jestem ślepa jak nietoperz, ale to było pełne czułości. szliśmy w poszukiwaniu opuszczonej plaży kilometry na południe, i natknęliśmy się na rząd mikrodomków, które kiedyś pewnie służyły rybakom, i wyglądają megasuper. tomek w. zażył kąpieli wodnej, ja jedynie słonecznej, nie nawiązaliśmy żadnych plażowych znajomości, a wieczorem, kiedy czekaliśmy na autobus, moja siostra zadzwoniła i powiedziała, że w polsce pada deszcz ze śniegiem. ha! było od czego uciekać!


top cztery, czyli romantyczne obrazki

udaliśmy się z tomkiem wróblem na wizytę w katedrze, co jest mi potrzebne do zaliczenia przedmiotu o lizbońskiej architekturze. koło katedry kursuje zabytkowy tramwaj numer 28, a z niego turyści strzelają niecelne fotki. tomek mnie pocałował, z tramwaju rozległ się jęk zachwytu (dwoje kochanków całuje się w romantycznej lizbonie!) i wszyscy zaczęli robić zdjęcia. tom uwielbia chwile sławy, więc zawołał do nich i pomachał, wtedy cały tramwaj rozszalał się z radości (starałam się schować twarz). potem tramwaj się popsuł albo dostał jakiejś awarii, i staliśmy na przeciw siebie, wszyscy poza mną zachwyceni.

za to na stołówce na uniwersytecie jakiś chłopak, który zamienił ze mną dosłownie dwa zdania o zupie położył mi w chwili mej nieuwagi stateczek ulotki astrologa z zapisanym tam adresem mailowym. myślałam, że takie rzeczy się już nie zdarzają! (ale najwidoczniej byłam po prostu poza obiegiem).

top pięć, czyli welcome to the jungle

w samym centrum lizbony ukrywa się ogród botaniczny (połowa drzew jest z australii, co zostało bardzo szczególnie potraktowane). nie było tam poza nami nikogo i na pewno można tam znaleźć trupy. ale było pięknie.

Friday, October 22, 2010

czas przyszły

Dzień dobry! trochę mi przykro, że nikt nie zachwycił się piękną palmą, ale przeboleję to, ponieważ obejrzałam sobie tego bloga dobre kilkanaście razy, wzdychając do tego zdjęcia. zrobił je tomek w. podczas jednej z włóczęg po lizbonie, kiedy ja zdobywałam wiedzę. jest piękne! bardziej od palm lubię tylko drzewka oliwne, i przed powrotem do polski zamierzam udać się do portugalskiej szkółki, kupić małą oliwną krzewinę i hodować ją w donicy na dalekiej ochocie.


ale! kiedy to będzie? uznałam, że zrobię sobie przerwę od studiowania, i spędziłam pokaźną część wczoraj poszukując opcji (znalazłam prawie pracę w wietnamie, bo azja południowo-wschodnia to mój nowy target!). ale jeszcze nie wiem. bo rzeczywistość fika koziołki. a to jest nasz widok z okna, jeśli się trochę wychylimy. z kuchni można wyjść na dach po malutkich metalowych schodach, i tom co jakiś czas tam ginie, doprowadzając mnie do palpitacji. oczywiście jest to jedno z dwóch normalnych okien w naszym apartamencie, najchętniej bym stamtąd nie odchodziła.

wybraliśmy się dzisiaj z tomkiem do cascais, na targ rybny i rowery (targ był zamknięty, rowery zamykali, kiedy odnaleźliśmy punkt wypożyczeń), więc szliśmy wzdłuż oceanu, aż znaleźliśmy kawiarnię, którą wybrałby bill bryson, z widokiem na kiczowaty pałacyk i skały. i wtedy wyszło, że tomek powróci do australii, i spotkamy się w najbliższej przyszłości, nie wiadomo jeszcze gdzie, w portugalii albo australii, albo tajlandii, w każdym razie jest na co czekać. no i maroko!

Tuesday, October 19, 2010

to był ranek

dla niektórych wiosna pachnie nowością i niespodziankami, dla mnie najlepsza jest jesień za granicą. południowe kraje pachną wtedy wspaniale, nie jest tak gorąco jak przez upalne miesiące, ale światło jest niepowtarzalne. plus ten zapach, który jest jedyny na świecie.

ilustracją do dzisiejszych dywagacji o jesieni jest moje ulubione zdjęcie z porto, które niestety nikomu się nie podoba (czyli tomkowi), więc nie oczekuję zachwytów, bo sama już sobie pogratulowałam wspaniałego ujęcia kilkadziesiąt razy.

a teraz zajmiemy się tym, do czego mam antytalent. dlaczego, skoro tak lubię tańczyć, muszę być frajerem? dziś wirowałam na parkiecie z instruktorem, myśląc, jak dobrze mi idzie, i to dopiero moja trzecia lekcja, a jestem zdolna wyjść porządnie z niezwykłych obrotów, a on kiedy skończyliśmy zaczął mnie krytykować, że nie opanowałam jeszcze baz. baz! czyli podstawowych schematów. no jasne. poza tym była słaba muzyka, jest poniedziałek, tom wydziwia (zabrałam go dziś w moje ulubione miejsce w lizbonie i w piątej minucie pobytu się pokłóciliśmy, jaki z tego wniosek?) i w ogóle. ale w nocy robimy sobie camping (moje łóżko jest wątpliwej jakości) i śpimy na podłodze, akurat w takim punkcie, że można rano zobaczyć od razu kawałeczek tego szalonego niebieskiego nieba (co w moim oknie o wymiarach 20x40 cm nie jest łatwe), więc źle nie jest.

Sunday, October 17, 2010

Feel Like Home

stan rzeczy na niedzielę, 17 listopada:

wróciliśmy do lizbony, właśnie! czyli nie wróciłam, tylko wzięłam tomka do autobusu na dworcu ukrytym wśród zaułków, i przejechaliśmy te trzy godzinki z północy kraju w sam raz w środek portugalii, czyli do lizbony. tęskniłam! lizbona feels like home, wdrapaliśmy się na strych, a tam wszyscy kłębią się w kuchni, włoszki z sąsiedniej kamienicy witają nas przez okno (to lepsze niż telefony), no, w ogóle.

od toma dostałam kubełek smażonej cebuli (takiej, jaką posypują kanapki w subwayu, przepadam) i miliony całusów.

śniadanie (a raczej brunch, trzymajmy się takiej nomenklatury) odbyło się w sekretnym parku, gdzie spokój i sielaneczkę zakłócali agresywni właściciele psów, ale tylko na początku. a my siedzieliśmy sobie wygrzewając się na słońcu, i popatrując na lizbonę z góry. okazało się, że kilka schodów niżej jest kawiarnia, gdzie przemiły kelner (to lizbońska specjalność, przemili kenerzy i barmani, jeju, czy nie możemy ich wziąć do polski?) podał nam kawkę, i nie chcę nic mówić, ale czułam się jak w monte carlo, z pycha kawą na tarasie, mega widokiem pod mega niebieskim niebem, i ekstrawaganckim tomem z przydługimi włosami. nigdy nie byłam w monte carlo, ale tak to sobie wyobrażam.










Wednesday, October 13, 2010

nowości z ulicy świętej marty

leżałam sobie ostatnio w łóżku i myślałam, że przecież żyję w prawdziwej sielance i wspaniałościach. kolacje jadamy wspólnie i z ociąganiem się (kończymy o 23, i zaczynamy przygotowywać drugie danie, bo część osób jest znów głodna), na uniwersytecie nie jest źle, i odkrywamy uroki jedzenia na stołówce (portugalczycy gardzą wegetarianizmem, dlatego do jedzenia bez mięsa nigdy nie ma kolejek) i można usiąść ze wszystkimi, których się zna, i dosiadają się następni, najlepsze imprezy są najlepsze po prostu, a na kursie tańca... no, wszyscy wiemy, jak jest na kursie tańca. bajecznie i brazylijsko.

i musiałam zachorować. hot lemon zagłaskał me przeziębienie, i teraz na serio nic nie mogę robić, nawet włóczenie się nie jest fajne, miałam to olać, i siedzieć w fotelu z kubkiem mięty (podczas której kolacji przynieśliśmy fotel do kuchni, żeby było bardziej przytulnie), ale mam już tego dość. przepadły mi zajęcia tańca i najlepsza impreza! (i nic mnie nie obchodzi, że za tydzień znów nastąpi). więc obejrzałam wszystkie seriale, przeleżałam dwa dni, i dziś wyłudziłam od pana aptekarza antybiotyk, i czekam. bo... jutro przyjeżdża tomek! nie obyło się bez płaczu przez telefon, ale trochę nie mogę się doczekać. za mniej niż 24 godziny na lotnisku w porto, chyba wezmę okulary żeby najszybciej go wypatrzeć i się rzucić!

a tymczasem - wiwat chile! kurczę, czekałam na to mega! (communitas, jak by powiedziała magda m.)

Monday, October 11, 2010

lubię

wracając z imprezy kupić sobie poranną gazetę.

Friday, October 8, 2010

where is tommy?

dostałam właśnie maila o tytule serwus. był od polaka z mojej buddy grupy (wiem), i w sumie był bardzo miły, bo zawierał zaproszenie na kolację. otóż moja buddy, czyli opiekunka erasmusów, olała mnie, kiedy nie przyszłam na barbecue i rozładował mi się telefon i nie odpisałam jej, a że sama sobie poradziłam z rzeczami, w których oni mają nam pomagać, zapomniałam o niej bardzo szybko, ale nie moja grupa! więc jadają razem kolacje, i mnie zaprosili. czy to nie jest jeden z najmilszych tematów maili, zaproszenie na wspólne jedzenie?

teraz właśnie robię obiad dla mnie i mojego współlokatora Juliana, wśród strumieni deszczu i piorunów. Julian zrobił mi przed chwilą hot lemon tea, czyli megagorący sok z cytryny, bo niedomagam i chodzę po domu jęcząc i kaszląc. z tego powodu (również, ale podkreślmy przede wszystkim neurozę) nie pojechałam w odległe krainy, żeby pomagać uchodźcom. stałam w strugach deszczu na dworcu, bilet kosztował za dużo i nie nie miałabym za co wrócić (tom zakazał mi brania czegokolwiek, co można ukraść, bo to podejrzana dzielnica, a w drodze kupiłam już gazetę, żeby mieć co czytać, i zostały mi marne euraki). czułam się jak w brazylii, kiedy wracałam do domu po weekendzie. i bolała mnie głowa, byłam i tak spóźniona, i w końcu wsiadłam w metro i wróciłam do domu, i to jest kolejna godzina, kiedy włóczę się bez celu. po domu. i właśnie zalało mi pokój.

Thursday, October 7, 2010

Like a Ninja

nie jest to może za piękne zdjęcie, ale oddaje klimat tego, co w amoku uznałam za konieczność i cotygodniowy obowiązek: brazylijska potańcówkę. poznałam słodkiego tancerza, który zabrał całą naszą wesołą kompanię na lekcję forro w starej sali gimnastycznej klubu, gdzieś na piętrze budynku niedaleko naszego strychu. tańczyłam z fantastycznym instruktorem i słodkim tancerzem, przemądrzałym austriakiem, i wrócimy tam wszyscy w poniedziałek, postanowione!

plus był znów obiad z pizzą ręcznie robioną i takąż irish coffee. a potem tańczyliśmy w naszej kuchni mansardzie, a włosi śpiewali pieśni z regionu emilia romagna. jak mówią w reklamie - bezcenne!

Tuesday, October 5, 2010

5 de outubro

no i przyszła jesień (czasami jeszcze chodzę w japonkach, ale to już nie to samo). piąty października to święto narodowe, więc wszyscy wylegli na ulicę, biegają psy, wrzeszczą dzieci, a w moim ulubionym parku (nie tym z kawą, tylko pełnowymiarowym ze stawem) jest doprawdy tłoczno, ale mi to nie przeszkadza.

plus w święto republiki należy świętować, stąd republikańska kolacja wczoraj:
















kwestia toma wróbla i jego pozostania w polsce jest bardziej skomplikowana, ale w sumie lubię kangury i południową półkulę (ale co z tego, skoro i tak będzie źle, źle, źle).

Sunday, October 3, 2010

Zsa Zsa Zoo

hotel dla mamy: zabukowany
hostel dla NAS w porto: zabukowany
staż: do rozpoczęcia w piąteczek ("angolańczycy będą cię uwielbiać!")
plan podszycia się pod dziennikarza: przemyślany!

wczoraj w doborowym gronie przyrządziliśmy kolację, kto chciał, ten palił na dachu (trzeba się bvło wdrapywać z tarasu, do którego wchodzi się przez łazienkę), a kto nie chciał, ten jedynie siedział, bo ingo dysponuje dachem z widokiem na zamek, tag, rossio, wszystko dookoła bardzo piękne. dzisiaj natomiast padało pierwszy raz, więc zniszczyło to moją wątpliwą silną wolę, żeby wyjść i działać, nie poszłam nawet na obowiązkową kawę do uszczęśliwiającego parku, za to obejrzałam hurtem pół drugiej serii white collar i nie zjadłam obiadu, bo nie chciało mi się gotować. a kiedy współlokatorzy zaproponowali mi wspólną kolację, odmówiłam, bo nie chciało mi się wychodzić z pokoju i mieszać makaronu. więc teraz, oczywista, głoduję, ale można sobie na to pozwolić raz w tygodniu, czyż nie? (chodzi mi o brak inwencji i leżenie).

Friday, October 1, 2010

a w ekwadorze zamach stanu

"Nie poddawać się. Nie wycofywać. Nie składać broni. Bo czy nie jest tak, że gdy coś wydaje nam się niemożliwe - w życiu czy w sztuce - i gdy człowiek jakimś strasznym mozołem to pokonuje, to z tego wypływa światło? Jest jakieś zmiłowanie, prawda? Ktoś nazwie to opatrznością, kto inny spyta: a jeżeli tam nic nie ma? Nawet jeśli nie ma, to i tak - wiemy z doświadczenia - nasz pozornie beznadziejny wysiłek musi zaowocować w przyszłości. Nie ma straty - co stracimy, zyskamy”, powiedziała maja komorowska, a ja ten cytacik woziłam ze sobą wszędzie w moim komiksowym kalendarzyku (z którym ciągle nie mogę się rozstać, mimo że był na 2008 rok).

na avenida de liberdade można kupić pieczone kasztany! to niezaprzeczalna oznaka jesieni. pamiętam jak w granadzie piekliśmy kasztany w kominku, i dookoła biegał szekspir (sheakspeare the dog), cóż to był za piękny czas! ale teraz jest równie wspaniale.

byłam dziś w moim ulubionym miejscu w lizbonie. znalazłam je już drugiego dnia mojego pobytu, dlatego nie ufałam mu za bardzo, ale jest to po prostu coś wspaniałego! to tylko (ha! tylko jest dla wtajemniczonych!) mały park, i dziś na przykład siedziałam sobie z kawką i czytałam gazetę, mamrocząc pod nosem słówka, których nie rozumiałam, a obok mnie przechodziła lizbońska mieszanka, ludzie jak z sartorialista, pani wariatka z psem, podstarzali ojcowie z małymi dziećmi, i w ogóle. zawsze się tam czuję wyjątkowo wspaniale, ciekawe dlaczego tak rzadko tam przychodzę? można też pójść ulicą w dół, i wtedy, ach! no wtedy jest się u wrót najfajniejszej pijalni drinków wszechczasów. jest z nim tak jak z tą piosenkę zeros, 'home', której słucham góra 2 razy dziennie, ten bar też sobie dawkuję, żeby mi się nie znudził, bo chcę go pokazać tomkowi, i razem z nim się radować popijając driny :).

no tak. tymczasem znalazłam sobie fantastyczne zajęcia na uniwersytecie, i wcale nie płaczę z nudów, (przynajmniej nie często), korzystam sobie z tego, co bouvier z mojej ukochanej książki nazywał mobilnością społeczną, i bywam a to na publicznych kolacjach gdzie pachnie skłote i dredami, a to w wysmakowanych lokalach z kelnerami w kamizelkach, a zaraz idę łyknąć ginjinhę, czyli portugalską wiśniówkę, a potem na tańce! przepraszam za niskie loty. po prostu mam za pełną głowę, a w planach zwycięstwo w konkursie i podróż do afryki, a wcześniej brazylijskie pląsy z najlepszym tancerzem lizbony.