od razu mówię, że zdjęcie obok nosi tytuł zwierzęta w lizbonie i są na nim DWA zwierzęta. jest ono wynikiem mojej wycieczki związanej z pogodą jakże inną od polskiej. byłam na alfamie pierwszy raz tak naprawdę (nie licząc wycieczek z moją grupą z historii sztuki, kiedy prawie nie widziałam z powodu zaspania), i jako że to jest post-arabska dzielnica, która nie została zniszczona przez trzęsienie ziemi, jest oczywiście fajowa, ale niestety (hiszpania skradła moje serce lata temu), wszystko już było. ale dotarłam (wdrapałam się) na najwyższy miradouro czyli punkt widokowy w mieście, gdzie natknęłam się na zwierzęta, i widoki: (co tam, pokażę wam, już mówiłam, epoka fajnych zdjęć skończyła się z wyjazdem tomka)
placyk w centrum, który wygląda tak dystyngowanie, jest centrum dzielnicy imigrantów ogarniętej złą sławą (tej samej, w której słucha się fado popijając ginję), i gdzie po zmroku można zostać ogwizdaną lub okradzionym. ale mi się tam podoba, jest jak w brazylii.
to tyle. psuje mi humor konieczność pisania pracy na wiele stron, nawet wieczorna ośmiornica (tak! idziemy do baru wiedeń style!) średnio pomaga. pozdrowienia.
ps. od kiedy zaczął się grudzień, julianeczek zaczyna ze mną rozmowę słowami: czy zjadłaś już dzisiejszą czekoladkę? (mowa o kalendarzu adwentowym - jest to kolejna mikroradość).
No comments:
Post a Comment