Thursday, December 16, 2010

it's such a perfect day

jejusiu ale zimno!*
udałam się dzisiaj w góry. jest to krótka droga pociągiem podmiejskim do sintry, którą na pewno już znacie, bo byliśmy tam z tomeccinem jakiś czas temu (wieki temu znaczy).

pojechałam tam głównie po to, żeby poczuć się jak bill bryson (którego też już znacie, ponieważ jest fantastycznym pisarzem podróżniczym), wypić kawkę w takiej fajnej kawiarni i kupić tony prezentów. więc jako że w górach jest zimno, założyłam wszystkie najcieplejsze ubrania (łącznie z rękawiczkami z kanady), nie zapominając o okularach słonecznych, gdyż w portugalii nie miewamy ostatnio pochmurnych dni. z mych zadań wszystko zostało wykonane, było cicho i spokojnie, łaziłam sobie po sintrze (co prawda nie weszłam na żadne wzniesienie, więc nie obejrzałam ponownie ani jednego z zabytkowych bajecznych domków, willi i zamków, ale i tak bym tego nie zrobiła, bo nie chciało mi się samej**). po powrocie i krótkiej drzemce w pociągu (podejrzewam, że śpiewałam, bo śniły mi się piosenki, a pan obok mnie znacząco chrząkał), poczułam po raz pierwszy świąteczną atmosferę, kiedy poszłam do pingo doce, czyli biedronki (tak! biedronka jest portugalska! i tutaj wcale nie jest koszmarnym dyskontem!), gdzie grano cichą noc. i tak radosna poszłam do domu, starając się nie ślizgać i nie potykać za bardzo, bo torba kruchych prezentów, na którą wydałam fortunę, śniłaby mi się po nocach.

i tak oto, serdeńka, zbliżamy się do przedostatniego wieczoru w lizbonie. szykujcie się na podsumowania!


____________
* nie przeklinaj tyle, powtarza tomek wróbel
** no zastanawiam się, dlaczego!

No comments:

Post a Comment