Sunday, November 28, 2010

we cannot escape from each other, czyli ogon wycieczki

tak jak poprzednio (w notencji top 7 czy coś) wydarzyły się setki rzeczy, o których teraz opowiem po kolei, mimo, że nikogo to zapewne nie obchodzi. haha! taka jest moc blogów, niestety ;)

jak widać, nie szczędzimy sobie z julianeczkiem rozrywki, nawet wtedy, kiedy miłość mojego życia tomeczek wróbeleczek przebywa w buszu na północ od sydney. na zdjęciu udajemy króla i otyłą królową w muzeum azulejos, czyli płytek, którymi w portugalii obkleja się domy, kościoły, płoty i w ogóle wszystko. poszłam tam w sumie po to, żeby kupić wszystkim ten sam prezent czyli po płytce na głowę :), ale nie martwcie się, nie było fajnych.
po drodze zaliczyliśmy wrażenie "czuję się jak na capri" (prychnięcie julianeczka i wyznanie, że nie przestaję go zaskakiwać - bo nie byłam na capri). powód odczucia wynika z tego, że w polsce pada śnieg, a w portugalii owocują drzewka cytrynowe, a pomarańcze są dojrzałe (w sensie na drzewach).

w piątek natomiast udałam się do najsławniejszego klubu w portugalii. tak jak z największym centrum handlowym, tak i z klubem, nie trzeba się wysilać. sława klubu (o wdzięcznej nazwie lux) wynika z tego, że współposiada go john malkovich. i co z tego? miałyśmy z belgijkami iść na djski set roisin murphy (nikt jej tutaj nie zna z moich znajomych, więc sto razy odśpiewałam jej przeboje), i poszłyśmy. był mega tłok, osławiona door selekta to chyba żart, bo portugalczycy, ten naród niskich ludzi, ubierają się wyjątkowo beznadziejnie. a ja, błyszcząc nową sukienką(błyszcząc w przenośni) wyjebałam się na pustym dancefloorze piwnicy, na górze za to był megaścisk, wszyscy śpiewali forever more, jakiś otyły hiszpan wrzeszczał patrząc na mnie "tej pani czerwoną kartkę", a ja chciałam go uderzyć, bo na serio, nie lubię takiej muzyki (ale każdy erasmus musi pójść do luxa, żeby zdobyć experience), i nienawidzę tłoku. więc o czwartej pomknęłam do domu, mijając zmarzniętą grupkę czekających na cudowną rozrywkę. no i co? never more! błagam!


za to w sobotę była przechadzka z miłymi włochami (i panem z azorów) na mourarię, czyli taką dzielnicę spod ciemnej gwiazdy, pod zamkiem, gdzie narodziło się fado. było pięknie!!! chodziło o to, żeby poznać malutkie bary w tym niesławnym miejscu (przysięgam, pan obok mnie zjadł całą smażoną rybę popijając winem), kiedy ci, którzy umieją, śpiewają dla wszystkich fado, a dwaj muzykanci prztygrywają na specjalnych gitarach. nie lubię fado, a raczej nie lubiłam (ha!), bo kiedy się siedzi na oboźnej z kartką z tekstem z lukami, i leci fado z zepsutego magnetofonu, i wszystkie słowa, których brakuje, to smutek, miłość, i statki (zazwyczaj), chyba nie jest zagadką, że to koszmar. ale tutaj, kiedy przy refrenach cały bar zaczynał podśpiewywać, ginjinha lała się strumieniami, każdy (na serio), kto chciał, śpiewał, też swoje własne fadowe kompozycje, chodziliśmy do malutkich barów, gdzie nikt się niczym nie przejmuje, to było bardzo, bardzo piękne.

poza tym, jesieni nie można zaprzeczyć! ale nie narzekam (jak się ma prawie pokój bez okna, przynajmniej szybko się go nagrzewa). żeby spędzać sobie miło czas, znajduję miejsca takie jak to (bo chodzi o to, że w portugalii nie ma miejsc do siedzenia, tylko do stania i szybkich akcji, bo zazwyczaj jest ciepło, więc można bywać na wolnym powietrzu). to tutaj jest ewenementem, plus znajduje się w najsłodszym parku świata.

a! i wreszcie zjadłam najsłynniejsze ciastka portugalskie! bo pojechałyśmy z Alice do Belem, ale nie widziałam tej najsłynniejszej wieży ani szczątków camoesa, bo pomknęłyśmy na wystawę o architekturze afryki i brazylii. no tak! ciastka były pycha, a że było święto dziękczynienia, przywiozłam też po jednym dla współlokatorów, bo serdecznie za nich dziękuję! (robimy razem hanukę, ole!) a w całym naszym domu pachnie curry i mlekiem kokosowym, bo to właśnie mieliśmy na kolację.

No comments:

Post a Comment