jak widać, nie szczędzimy sobie z julianeczkiem rozrywki, nawet wtedy, kiedy miłość mojego życia tomeczek wróbeleczek przebywa w buszu na północ od sydney. na zdjęciu udajemy króla i otyłą królową w muzeum azulejos, czyli płytek, którymi w portugalii obkleja się domy, kościoły, płoty i w ogóle wszystko. poszłam tam w sumie po to, żeby kupić wszystkim ten sam prezent czyli po płytce na głowę :), ale nie martwcie się, nie było fajnych.
po drodze zaliczyliśmy wrażenie "czuję się jak na capri" (prychnięcie julianeczka i wyznanie, że nie przestaję go zaskakiwać - bo nie byłam na capri). powód odczucia wynika z tego, że w polsce pada śnieg, a w portugalii owocują drzewka cytrynowe, a pomarańcze są dojrzałe (w sensie na drzewach).
w piątek natomiast udałam się do najsławniejszego klubu w portugalii. tak jak z największym centrum handlowym, tak i z klubem, nie trzeba się wysilać. sława klubu (o wdzięcznej nazwie lux) wynika z tego, że współposiada go john malkovich. i co z tego? miałyśmy z belgijkami iść na djski set roisin murphy (nikt jej tutaj nie zna z moich znajomych, więc sto razy odśpiewałam jej przeboje), i poszłyśmy. był mega tłok, osławiona door selekta to chyba żart, bo portugalczycy, ten naród niskich ludzi, ubierają się wyjątkowo beznadziejnie. a ja, błyszcząc nową sukienką(błyszcząc w przenośni) wyjebałam się na pustym dancefloorze piwnicy, na górze za to był megaścisk, wszyscy śpiewali forever more, jakiś otyły hiszpan wrzeszczał patrząc na mnie "tej pani czerwoną kartkę", a ja chciałam go uderzyć, bo na serio, nie lubię takiej muzyki (ale każdy erasmus musi pójść do luxa, żeby zdobyć experience), i nienawidzę tłoku. więc o czwartej pomknęłam do domu, mijając zmarzniętą grupkę czekających na cudowną rozrywkę. no i co? never more! błagam!
poza tym, jesieni nie można zaprzeczyć! ale nie narzekam (jak się ma prawie pokój bez okna, przynajmniej szybko się go nagrzewa). żeby spędzać sobie miło czas, znajduję miejsca takie jak to (bo chodzi o to, że w portugalii nie ma miejsc do siedzenia, tylko do stania i szybkich akcji, bo zazwyczaj jest ciepło, więc można bywać na wolnym powietrzu). to tutaj jest ewenementem, plus znajduje się w najsłodszym parku świata.
a! i wreszcie zjadłam najsłynniejsze ciastka portugalskie! bo pojechałyśmy z Alice do Belem, ale nie widziałam tej najsłynniejszej wieży ani szczątków camoesa, bo pomknęłyśmy na wystawę o architekturze afryki i brazylii. no tak! ciastka były pycha, a że było święto dziękczynienia, przywiozłam też po jednym dla współlokatorów, bo serdecznie za nich dziękuję! (robimy razem hanukę, ole!) a w całym naszym domu pachnie curry i mlekiem kokosowym, bo to właśnie mieliśmy na kolację.
No comments:
Post a Comment