Wednesday, September 29, 2010

Who Can Live Without Samba [or] w Lizbonie tez jest Saska Kepa

chcialam to napisac zanim zasne.
dzien byl dlugi jak zawsze a wieczor mojego autorstwa. upilam sie jak szalona i sambowalam do muzyki na zywo, w lokalu ktory trwa od 1905 roku zapewniajac rozrywke zastpom brazylijczykow. musialam wlac w siebie kilka szklanek sangrii zeby zaczac tanczyc, a potem moi nowi pitiful przyjaciele porzucili mnie, bo szli do klubu na impreze. a ja szlam dlugo pusta ulica i spotkalam brazolkow z imprezy i powiedzialam hej, nie wiem, gdzie mam isc, i ten, ktory mial cale ramie tatuazy, zabral mnie i konwersujac odprowadzil mnie pod sklep luisa vittona, ktory jest o blok od mojego domu. wiec cud ze zyje. brazylia rzadzi. jestem pijana. jest sroda rano. odbior.

ps. dzis, sto lat temu, bylam na takiej gorze gdzie jest park i wille, wszystko wyglada jak saska kepa, a po tym parku biegal pies z gigantycznymi uszami. jestm bardzo niezadowolona z uniwersytetu, ale skoro mozna tanczyc sambe to chyba nie wszystko stracone? how do you think?

No comments:

Post a Comment