dostałam właśnie maila o tytule serwus. był od polaka z mojej buddy grupy (wiem), i w sumie był bardzo miły, bo zawierał zaproszenie na kolację. otóż moja buddy, czyli opiekunka erasmusów, olała mnie, kiedy nie przyszłam na barbecue i rozładował mi się telefon i nie odpisałam jej, a że sama sobie poradziłam z rzeczami, w których oni mają nam pomagać, zapomniałam o niej bardzo szybko, ale nie moja grupa! więc jadają razem kolacje, i mnie zaprosili. czy to nie jest jeden z najmilszych tematów maili, zaproszenie na wspólne jedzenie?
teraz właśnie robię obiad dla mnie i mojego współlokatora Juliana, wśród strumieni deszczu i piorunów. Julian zrobił mi przed chwilą hot lemon tea, czyli megagorący sok z cytryny, bo niedomagam i chodzę po domu jęcząc i kaszląc. z tego powodu (również, ale podkreślmy przede wszystkim neurozę) nie pojechałam w odległe krainy, żeby pomagać uchodźcom. stałam w strugach deszczu na dworcu, bilet kosztował za dużo i nie nie miałabym za co wrócić (tom zakazał mi brania czegokolwiek, co można ukraść, bo to podejrzana dzielnica, a w drodze kupiłam już gazetę, żeby mieć co czytać, i zostały mi marne euraki). czułam się jak w brazylii, kiedy wracałam do domu po weekendzie. i bolała mnie głowa, byłam i tak spóźniona, i w końcu wsiadłam w metro i wróciłam do domu, i to jest kolejna godzina, kiedy włóczę się bez celu. po domu. i właśnie zalało mi pokój.
No comments:
Post a Comment