nasz dom przeżywa inwazję dredów, bo przyjechali hiszpanie. sama miałam dredy, tak, wiem, ale czuję się, jakbym była z powrotem w granadzie. co ma swoje dobre strony, w sumie.
nie powinnam umieszczać takiej radosnej pijackiej notki, bo rano się obudziłam (po nocy z różnymi alkoholami), i mimo, że się nie upiłam, to miałam lekki ból głowy (bo belgijskie piwo nazywa się duvel, czyli diabeł, więc nie można go pić za dużo). okazało się, że dzwonił tom z australii, ale jako że spałam z zatyczkami wetkniętymi w ucho środkowe, nie odebrałam, a kiedy zadzwonił znów, nie mogłam przestać płakać, i jęczeć, że nie chcę, żeby był daleko. potem było tylko gorzej: myślenie (bo nie robienie, rzecz jasna) o obowiązkach szkolnych, gówniane eseje, testy midtermowe (tylko jeden w ten wtorek i potem zamierzam spędzić każdą noc na tańcach), męczenie się rozterkami innych, a także wysłuchiwanie mojej mamy, która jest przekonana, że ucieknę do sydney jeszcze przed urodzinami, i pyta, czy chcę wyjść za tomka za mąż. no przecież skąd mam wiedzieć już teraz!
No comments:
Post a Comment