przestało padać. na całe pół dnia. z tym, że chodzi oczywiście o deszcz, a nie o śnieg, więc i tak jest przewaga nad rzeczywistością polską. przeżywam głębokie rozterki (bo będę samoooootna w polsce), a muszę tam siedzieć (dosłownie, bo w buwie) do końca stycznia. koszmar! ok, na razie muszę lecieć, obiecałam zrobić amerykańskie naleśniki.
jako, że był wczoraj dzień ze splurge mode on, zamiast herbaty i adwentowej czekoladki (z kalendarza od Julianeczka, pamiętamy) - mam plan oszczędności - poszłam na branczyk do najśliczniejszej kawiarni w lizbonie, którą posiadają nota bene austriacy, i dzięki temu poczułam się jak w europie: to nie jest już TYLKO smak sera! (bo musicie wiedzieć, że moja portugalska dieta opiera się na tostach, czyli w wymowie tutejszej tosztasz). więc jadłam moją niebywałą kanapkę z dawno niesmakowanymi specjałami jak chutney z mango, no i po prostu. a wnętrze wygląda podobnie do domu mojej nowej idolki, nie ma tam jednakże tyle różu.
i wiem, że nie jestem nieodrodną koleżanką znawców muzyki i towarzyszką życia fana najlepszych zespołów świata, ale byłam na ich koncercie, i tańczyłam od początku do końca (portugalczycy prawie nie tańczą, więc sfilmowała nas ekipa telewizyjna.
No comments:
Post a Comment