byłam na imprezie. było fajnie.
pozwolili mi rzucić antropologię. jest fajnie.
mamy dziś w domu kolację z grzanym winem i irish coffee. będzie fajnie.
w sumie co z tego (oczywiście lepiej, niż żeby było niefajnie, ale wyciągam już walizkę i składam sukieneczki, chociaż wcale się nie cieszę na myśl o powrocie, bo chcę do domu znaczy chcę do mr sparrowa).
niedziela jest krótka, ponieważ wstałam w południe, zjadłam śniadanie po pierwszej, dokonałam stresującej korespondecji z władzą w postaci koordynatora erasmusa, i w końcu poszłam na poranną kawę (nie pijam kawy w domu, bo wtedy to żadna przyjemność). i szłam (i szłam) aż doszłam do mojego różowego quiosque i było ciemnawo, jesiennie, a ja siedziałam na ławce, latały samochody, łazili ludzie, skakały psy, i było hmmm, trochę jak w filmie (czy to ma sens?)
i potem poszłam w dół, na baixę do metra, i podszedł do mnie dziwny człowiek, który powiedział, widziałem cię w parku i chciałem porozmawiać, ale spotkałem koleżankę, i nic z tego nie wyszło. opowiedział mi o jeleniu, który przeżył pożar w muzeum nauki, dlatego jego imieniem nazwano salę (Sala Jelenia), i on ma tam wystawę (człowiek), bo jest artystą malarzem. opowiedział mi o filozofie, który mieszka niedaleko, i poszedł. jak widać jest to dziwna niedziela.
No comments:
Post a Comment