leżałam sobie ostatnio w łóżku i myślałam, że przecież żyję w prawdziwej sielance i wspaniałościach. kolacje jadamy wspólnie i z ociąganiem się (kończymy o 23, i zaczynamy przygotowywać drugie danie, bo część osób jest znów głodna), na uniwersytecie nie jest źle, i odkrywamy uroki jedzenia na stołówce (portugalczycy gardzą wegetarianizmem, dlatego do jedzenia bez mięsa nigdy nie ma kolejek) i można usiąść ze wszystkimi, których się zna, i dosiadają się następni, najlepsze imprezy są najlepsze po prostu, a na kursie tańca... no, wszyscy wiemy, jak jest na kursie tańca. bajecznie i brazylijsko.
i musiałam zachorować. hot lemon zagłaskał me przeziębienie, i teraz na serio nic nie mogę robić, nawet włóczenie się nie jest fajne, miałam to olać, i siedzieć w fotelu z kubkiem mięty (podczas której kolacji przynieśliśmy fotel do kuchni, żeby było bardziej przytulnie), ale mam już tego dość. przepadły mi zajęcia tańca i najlepsza impreza! (i nic mnie nie obchodzi, że za tydzień znów nastąpi). więc obejrzałam wszystkie seriale, przeleżałam dwa dni, i dziś wyłudziłam od pana aptekarza antybiotyk, i czekam. bo... jutro przyjeżdża tomek! nie obyło się bez płaczu przez telefon, ale trochę nie mogę się doczekać. za mniej niż 24 godziny na lotnisku w porto, chyba wezmę okulary żeby najszybciej go wypatrzeć i się rzucić!
a tymczasem - wiwat chile! kurczę, czekałam na to mega! (communitas, jak by powiedziała magda m.)
No comments:
Post a Comment