drodzy państwo.
grzeję się przy nowo zakupionym grzejniku (tym z supermarketu), wróciłam z lekcji forro, gdzie było fantastycznie, a wczoraj w nocy była impreza forro, gdzie najstarszy kelner (około sześćdzieiątki) postawił mi kieliszek ginjinhii. takie rzeczy są tylko w portugalii! i rozpoznają mnie już na tych fiestach! kurczaki! (mimo że głównie balanuję z kieliszkiem i się śmieję). a o poranku dziś pojechałam autobusem (nowość!) do pałacu w kolorze różowym, gdzie mieliśmy poranne zajęcia z historii sztuki. a teraz słucham pauli i karola (mówcie, co chcecie) i postanowiłam, że opiszę wam moich współlokatorów, bo są wyjątkowi i już niedługo nasz skład pozostanie ten sam.
no to zaczniemy od julianeczka. jest to chudy niemiec, o którym szalony francesco mawiał, że ma aparycję seryjnego mordercy, bo jet perfekcyjny i opanowany w nieprawdopodobnym stopniu. co jest prawdą: mieszkam z nim już od dwóch miesięcy, ale ciągle mnie zaskakuje. jest chodzącym zegarkiem, a rano można go spotkać, kiedy pierze nową dawkę ubrań. wprowadził na nasz strych terror mycia nawet jednego kubeczka natychmiast po wypiciu zawartości, i bardzo dobrze gotuje. ma rozkrzyczaną dziewczynę marlen, która jest nauczycielką w podstawówce. jest przemiłym kompanem w zaskakujących sytuacjach, na przykład na obiadach w stowarzyszeniu kabowerdiańczyków, i nie zwraca uwagi na humory (julian, smutno mi. tak? mi też było smutno miesiąc temu). dał mi w prezencie kalendarz adwentowy, taki z czekoladką na każdy dzień grudnia, i biało zielone zatyczki do uszu. julian wyjeżdża (no dobra, za miesiąc) i już mi dziwnie.
na przeciwko pokoju juliana mieszka dries, właściciel jedynego pokoju z prawdziwym oknem. jest to belgijski surfer o posturze typowych autralijskich backpackersów, i tom pierwszy odkrył, że dries jest po prostu przedobrym chłopcem. uwielbia studenckie imprezy, ale chodzi ze mną na forro z uwielbieniem.
oihane to baskijka, i określmy to tak, że jest taka, jak tysiące młodych hiszpanów, hipisowata i pozbawiona trosk. co jest fajne, ale nie jesteśmy przyjaciółkami, mimo, że pomagamy sobie, każda na swój sposób. oihane ciągle imprezuje i na pytanie, jak się ma, odpowiada zazwyczaj "spokojniutka". i tak jakoś leci.
plus ana, portugalka z porto, która całe woje życie zostawiła tam właśnie, przybywając do lizbony na trzymiesięczny staż. nigdzie nie wychodzi, nie ma nowych znajomych, nigdy sama nie gotuje (zupy przywozi w tupperwarach an cały tydzień) ciągle się uczy i zawodzi, że jest zmęczona, ale jest bardzo bardzo sympatyczna.
tak więc oto nasza wesoła kompania!
Mój niemiec z mieszkania Jens (jensdens) też chodził jak w zegarku. Co rano robił pranie, i piekł pyszne strudle ;)
ReplyDeleteAhh