ale najpierw pikczersy:
to by bylo na tyle z wycieczek. w piatek za to byla kolacja ogolnodomowa, czyli trzy mieszkania razem, a potem udalismy sie we trojke na koncert, ktory byl - wybacz jakubie - okropny, ale im sie podobal. mi nie, wiec siedzialam na tarasie ogladajac dzikie tlumy na bairro alto, a potem natknelam sie na bernardyna na schodach, wiec skomplementowalam go po hiszpansku, i wcale nie nie zjadl.
w sobote natomiast udalismy sie z ludovika i jej nowo poznana (przez nas) mama na obiad. i to byl hit! hit hitow! bo jest to ukryta, domowa chinska restauracja, gdzie je sie w pokojach normalnie, w przedpokoju stoi akwarium, a w lazience szczoteczki do zebow. poza tym pani chinka nie mowi po portugalsku, ale swietnie sie ze wszystkimi dogaduje. przyniosla nam na seder mandarynki. bylo cudownie. na przeciwko, w okolicy jak z faweli, byl bar, jak w faweli, wiec siedzielismy sobie podjadajac orzeszki, az przyszla nasza kolej (bo casa chinesa chociaz nielegalna, to jednak troche jak w warszawie), i wybralismy z menu napisanego po chinsku i portugalsku, a potem kazdy jadl z wszystkich talerzy podgryzajac krewetkowe chipsy. w planach jest nielegalna restauracja caboverdianska. niech juz szykuja cachupe!
ale! w madrycie wcale nie bylo tak slabo. i bylo duzo jedzenia. i nie mam juz sie czym martwic (ze tomek mnie nienawidzi), bo po jego odlocie wiem ze jest tak jak byc powinno (choc nie po mysli mojej mamy) i ze bedziemy mieszkac w domu z kangurami i vespa. wiec prezentuje zolwie z najfajniejszego dworca, i sniadanie hiszpanskich wszechczasow:


UWAGA: wszystkie zdjecia godne zauwazenia robi tomek wrobel. a ja je publikuje zeby zwiekszyc nieliczne grono czytelnikow, ale nie chce myslec, z jakim skutkiem!
ps. z racji wyjazdu toma dostalam od wspollokatorow jeden dzien specjalnych uczuc: zrobiono mi obiad (w sumie nie wiem do konca czy zrobiono MI, bo dostalam swoja porcje wtedy, kiedy chlopcy sie upewnili, ze sa najedzeni, ale to byla niespodzianka, wiec nie dbam oszczegoly), a dries upral mi recznik. i kupilam sobie kafelkowe piatki na moje warszawskie drzwi. odwleklam rowniez termin powrotu w warszawskie pielesze, wysylajac jedna tajemnicza rzecz, ktora powinna w najblizszym czasie wygrac mi pokoj gdzies na poludniu europy.
ps. z racji wyjazdu toma dostalam od wspollokatorow jeden dzien specjalnych uczuc: zrobiono mi obiad (w sumie nie wiem do konca czy zrobiono MI, bo dostalam swoja porcje wtedy, kiedy chlopcy sie upewnili, ze sa najedzeni, ale to byla niespodzianka, wiec nie dbam oszczegoly), a dries upral mi recznik. i kupilam sobie kafelkowe piatki na moje warszawskie drzwi. odwleklam rowniez termin powrotu w warszawskie pielesze, wysylajac jedna tajemnicza rzecz, ktora powinna w najblizszym czasie wygrac mi pokoj gdzies na poludniu europy.
kafelkowe cyferki rules my dear:)
ReplyDelete