"Nie poddawać się. Nie wycofywać. Nie składać broni. Bo czy nie jest tak, że gdy coś wydaje nam się niemożliwe - w życiu czy w sztuce - i gdy człowiek jakimś strasznym mozołem to pokonuje, to z tego wypływa światło? Jest jakieś zmiłowanie, prawda? Ktoś nazwie to opatrznością, kto inny spyta: a jeżeli tam nic nie ma? Nawet jeśli nie ma, to i tak - wiemy z doświadczenia - nasz pozornie beznadziejny wysiłek musi zaowocować w przyszłości. Nie ma straty - co stracimy, zyskamy”, powiedziała maja komorowska, a ja ten cytacik woziłam ze sobą wszędzie w moim komiksowym kalendarzyku (z którym ciągle nie mogę się rozstać, mimo że był na 2008 rok).
na avenida de liberdade można kupić pieczone kasztany! to niezaprzeczalna oznaka jesieni. pamiętam jak w granadzie piekliśmy kasztany w kominku, i dookoła biegał szekspir (sheakspeare the dog), cóż to był za piękny czas! ale teraz jest równie wspaniale.
byłam dziś w moim ulubionym miejscu w lizbonie. znalazłam je już drugiego dnia mojego pobytu, dlatego nie ufałam mu za bardzo, ale jest to po prostu coś wspaniałego! to tylko (ha! tylko jest dla wtajemniczonych!) mały park, i dziś na przykład siedziałam sobie z kawką i czytałam gazetę, mamrocząc pod nosem słówka, których nie rozumiałam, a obok mnie przechodziła lizbońska mieszanka, ludzie jak z sartorialista, pani wariatka z psem, podstarzali ojcowie z małymi dziećmi, i w ogóle. zawsze się tam czuję wyjątkowo wspaniale, ciekawe dlaczego tak rzadko tam przychodzę? można też pójść ulicą w dół, i wtedy, ach! no wtedy jest się u wrót najfajniejszej pijalni drinków wszechczasów. jest z nim tak jak z tą piosenkę zeros, 'home', której słucham góra 2 razy dziennie, ten bar też sobie dawkuję, żeby mi się nie znudził, bo chcę go pokazać tomkowi, i razem z nim się radować popijając driny :).
no tak. tymczasem znalazłam sobie fantastyczne zajęcia na uniwersytecie, i wcale nie płaczę z nudów, (przynajmniej nie często), korzystam sobie z tego, co bouvier z mojej ukochanej książki nazywał mobilnością społeczną, i bywam a to na publicznych kolacjach gdzie pachnie skłote i dredami, a to w wysmakowanych lokalach z kelnerami w kamizelkach, a zaraz idę łyknąć ginjinhę, czyli portugalską wiśniówkę, a potem na tańce! przepraszam za niskie loty. po prostu mam za pełną głowę, a w planach zwycięstwo w konkursie i podróż do afryki, a wcześniej brazylijskie pląsy z najlepszym tancerzem lizbony.
no ja też chcę zobaczyć ulubione miejsce, najfajniejszą pijalnię, kasztany i tysiąc innych miejsc. ile tam jest stopni? u nas po tygodniu oceanu deszczy w końcu świeci słońce :)
ReplyDelete