wróciliśmy do lizbony, właśnie! czyli nie wróciłam, tylko wzięłam tomka do autobusu na dworcu ukrytym wśród zaułków, i przejechaliśmy te trzy godzinki z północy kraju w sam raz w środek portugalii, czyli do lizbony. tęskniłam! lizbona feels like home, wdrapaliśmy się na strych, a tam wszyscy kłębią się w kuchni, włoszki z sąsiedniej kamienicy witają nas przez okno (to lepsze niż telefony), no, w ogóle.
od toma dostałam kubełek smażonej cebuli (takiej, jaką posypują kanapki w subwayu, przepadam) i miliony całusów.
śniadanie (a raczej brunch, trzymajmy się takiej nomenklatury) odbyło się w sekretnym parku, gdzie spokój i sielaneczkę zakłócali agresywni właściciele psów, ale tylko na początku. a my siedzieliśmy sobie wygrzewając się na słońcu, i popatrując na lizbonę z góry. okazało się, że kilka schodów niżej jest kawiarnia, gdzie przemiły kelner (to lizbońska specjalność, przemili kenerzy i barmani, jeju, czy nie możemy ich wziąć do polski?) podał nam kawkę, i nie chcę nic mówić, ale czułam się jak w monte carlo, z pycha kawą na tarasie, mega widokiem pod mega niebieskim niebem, i ekstrawaganckim tomem z przydługimi włosami. nigdy nie byłam w monte carlo, ale tak to sobie wyobrażam.
Ty szczęściaro!cieszę się żeś szczęśliwa,dobrze Ci tak!
ReplyDeleteP.S.Tom ma super okulary:)
bo to Tom rozumiem?
ReplyDeleteOla!!! serdenko, zaraz do Ciebie pisze! (no jasne ze tom, w moim prywatnym monte carlo ;)
ReplyDeletejest pięknie, it's bjutiful!
ReplyDelete