dziendoberek! (wiem, wiem, ale jest pozno)
otoz trzeba zrobic maly apdejcik. na naszym strychu mieszkamy juz w piatke, plus portugalka (technik medyczny), i nie holender, tylko niemiec. gwoli scislosci. poza tym portugalczycy nic sobie nie robia z ciszy nocnej, bo jest druga nad ranem, a oni wlasnie wesolo jezdza smieciarka i pogwizduja.
wiedzialam, ze nie moge cieszyc sie za bardzo, bo poszlam dzis na pierwsze spotkanie erasmusow na moim uniwersytecie, i wszystkiego bylo za duuuuzo, za duzo ustawiania zajec, za duzo niepewnosci, za duzo ludzi, za malo innych rzeczy, a na deser byly ciasteczka z dorsza. rozwiazywalysmy test z portugalskiego siedzac na shcodach przeciwpozarowych na siodmym pietrze (pani koordynator powiedziala ze to jest super zabronione, ale skoro to pierwszy dzien, to mozemy).
a potem szlam i szlam, jak zawsze, i nie chcialo mi sie isc do domu, bo mi sie wydawalo ze mieszkam z blond glupkami, ktorzy sa super beznadziejni i nie ma juz dla mnie zadnej nadziei, a stypendium, ktore czeka na mnie w warszawie, na pewno zgarnie jakas okropna stara wrona zamiast mnie, i ze zadne zajecia po angielsku nie pasuja mi do planu, i nikt nie bedzie chcial sie zgodzic, zebym pisala prace licencjacka o zydach. zrobilam sobie obiad i wszystko bylo zle, zle, zle, i poszlismy z wspollokatorem na dol do osmiu wspolmieszkancow, zeby ich zabrac na grilla, i zamiast tego dostalam mega smak zycia (czyli film, wszyscy wiemy ze zycie smakuje wszystkimi smakami teczy).
a potem zakumplowalam sie z hiszpankami, i jutro bedziemy robic hiszpanska kolacje, a potem zrobimy impreze calego domu, i w kazdym pokoju bedzie inna muzyka, jak w tych klubach, o ktorych zawsze sie duzo mowi, a nigdy do nich nie chodzi. poszlismy piechote do dzielnicy imprez, takiej jak riowska lapa, i pilismy piwo siedzac na lawce i gapiac sie na lizbone, i chichoczac, no dobra, troche tez obgadywalismy, ale byly rowniez powazne tematy. w kazdym razie zniknela beznadzieja popoludniowa, a pan profesor z przyjemnoscia zgodzil sie zostac panem promotorem. jutro duze zydowskie swieto, a za rogiem (kilkoma rogami) synagoga! vamos, gente?
Ale trzaskasz te posty. :) Niedługo zostaniesz wciągnięta przez lizbońskie życie i zapomnisz i o ś ź ć ą ę, i o blogu!
ReplyDelete