Tuesday, April 26, 2011

batucada revolucionaria


ktoś powiedział, że nie da się dużo osiągnąć, chodząc z imienin na imieniny, i mimo że nie byłam na imieninach w sumie chyba nigdy, tak, potwierdzam. ale do rzeczy. na pewno nikt już tego nie przeczyta, mimo to postaram się opowiedzieć w skrócie przypadki kwietnia, łącznie z delicjami z różnych stron portugalii. zdjęć raczej wiele nie będzie, bo nigdy nikomu się nie podobały, więc trzeba sobie wyobrażać. valeu, jak mówią brazole?

no to pojechałam na maderę. było fajnie, ale bez
rewelacji. po dwóch dniach madeirańska rzeczywistość zastała mnie, kiedy wynosiłam w ramionach walizkę, mknąc na palusz
kach, żeby nie obudzić gospodarza, na wolność, i północ wyspy. nie będę już tak zdesperowana w szukaniu
hostów z couchsurfingu, obiecuję. za to na północy (jakieś 20 km), trafiła mi się wspaniałość. przygarnęła mnie rodzina piekarzy mieszkająca na zboczu, i jadłam świeżo upieczone przysmaki, jeździliśmy po okolicy z dwoma synami, chodziłam po levadas czyli szlakach do łażenia i o mało nie umarłam ze zmęczenia, taki był to wyczeprujący wyjazd. plus siedząc nad basenami z zaschniętej lawy spotkałam ingo, z którym nie wiedzieliśmy, że jedziemy na maderę, i było cudnie. samolot powrotny spóźnił się 11 godzin. ale w sumie na przykład

dwa dni po powrocie wybrałyśmy się w dawno planowaną podróż na południe. w tymczasowo naszym fiacie panda ulokowała się ludovica (w osobie kierowcy), carol (o meu golfinho), stefania z bolonii i ja. było pięknie. piłyśmy piwo sagres w sagres, na końcu świata (przysięgam. wygląda to tak, ten przylądek, jakby świat spadał w wodę),

biwakowałyśmy razem z załogą samochodu nausiki na plaży blisko porto covo, grilując bakłażany nad ogniskiem, prawie porwa
ł nas wiatr n najfajniejszej plaży z super rzeką w carrapateirze, a potem udałyśmy się do interioru, mijając setki białych wiosek (dlaczego portugalczycy do ozdabiania krawędzi domów używają tylko żółtego i niebieskiego?

to niepokojące). dojechałyśmy do nudnego miasta beja, w mertoli wynajęłyśmy pokój, żeby się umyć po praz pierwszy porządnie (choć spałyśmy też wcześniej na czterogwiazdkowym campingu), i tamże poszłyśmy do restauracji biały bocian, żeby dziewczynki mogły skosztować lokalnego specjału, czyli dzika, a ja zjeść typowy zestaw frytki i surówka.


wracając w strugach deszczu zahaczyłyśmy o klasyk wspaniałej wioski z zamkiem, monsaraz, i wskoczyłyśmy do serpy, gdzie z powodu deszczu tylko weszłyśmy do sklepu ogłaszając "szukamy sera z serpy", bo lonely planet mówi, że to prawdziwy klejnot. ser (owczy) spożyłyśmy w parku w mourze, a kawkę wypiłyśmy jeszcze gdzie indziej, bo nigdzie (poza mertolą) nie zjadłyśmy dwóch posiłków, wykorzystując mobilność związaną z fiatem pandą.

wróciłyśmy ze śpiewem na ustach, przemykając przez hiperdługi most vasco da gamy. teraz schodzi mi skóra z pleców, bo na plażach różnorakich spiekłam się odrobinę, ale to nic.

podróże zainspirowały mnie do tego, żeby, jeśli kiedykolwiek będziemy budować domek dla małych wróbli, mieć takiego gołąbka na każdym rogu (jak na maderze)

i taki komin (jak w algarve, jest to pozostałość arabska)


więc jestem w lizbonie. na święta miałyśmy brunch z american pancakes mojej roboty i czekoladowymi jajkami z neispodzianką w rozmiarze xxl. plus szukanie jajek w rozmiarze xs na dachu domu siny, gdzie skombinowaliśmy mały lanczyk wśród miłych znajomych.

przyjażdżają przyjaciele, robimy obiady, ann sophie obcięłam na nawet włosy, stijn, dwumetrowy chłopiec, był ze mną na imprezie forro, na której jednym ruchem ręki zmiatał portugalczyków, bo to są małe ludziki, na serio.

życie toczy się w rytm pranzetti (lanczyki), i muzyki na ulicach (wczoraj rocznica wyzwolenia od salazaryzmu, była batucada na ulicy, po której jeździ tramwaj z windą), a potem kolacja na placu camoesa, na którym czuję się, jakbym była w nowym jorku (nigdy nie byłam w nowym jorku).

no więc średnio postępuje moja edukacja. niedługo mam okrągłe urodziny. jak to możliwe, być tak niepoważnym w wieku, w którym moja babcia miała już dwójkę dzieci i gospodarstwo? a moja mama tytuł lekarza? ja nie mam żadnego tytułu, żadnych dzieci (luckily!), żadnych posiadłości, i mglistą przyszłość. nie wiem, co o tym myśleć, dlatego wybiorę się na brazylijską kolację.

1 comment:

  1. marecki [also known as bluemauritius]April 28, 2011 at 11:24 AM

    ja to wszystko przeczytałem, ach jakie ekscytujące. czy to fioletowe drzewo to dżakaranda?

    ReplyDelete